Thriller / Sensacja / Kryminał
Złe spojrzenia
24,99 zł
38,99

Złe spojrzenia

Daria Orlicz
brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327647382
Premiera: 2019-11-06

W Boże Narodzenie na cmentarzu za kościołem ktoś brutalnie morduje jedenastoletniego ministranta.
Policja długo nie może znaleźć winnego, ale miejscowi wydali już własny wyrok i niemal zlinczowali młodego wikarego – są pewni, że to on dopuścił się zbrodni.
Kto zabił syna bogatego biznesmena i czy ksiądz, który spędzał z chłopcem podejrzanie dużo czasu, rzeczywiście jest tak niewinny, jak twierdzi?

Młody wikary klęczał w błocie, otoczony przez ciskający wulgarnymi wyzwiskami, rozsierdzony tłum. W ciemnoszarym dresie, wyciągnięty z ciepłego wnętrza plebanii na ziąb i przerażony, sprawiał wrażenie dzieciaka, na którego czyhają za szkołą klasowi chuligani. Wilgotna grudniowa noc była wietrzna i ponura; ludzie zebrani wokół grobów sprawiali wrażenie zjaw. Stali zbici w grupę, ich twarze tonęły w mroku, jedynie czasem światła trzymanych w dłoniach latarek wyłaniały z ciemności znajome oblicza sąsiadów. Wezwany na miejsce starszy sierżant Wojciech Kiciński przepchnął się przez grupę mężczyzn i chcąc mieć lepszy widok, wszedł na marmurową płytę jednego z nagrobków niewielkiego przykościelnego cmentarza.

– Rozejść się! – wrzasnął, ale ciżba uparcie napierała.

Ktoś rzucił kamieniem, na szczęście nie trafił. Młody ksiądz zaczął płakać, jednak jego łzy tylko rozwścieczyły zebranych wokół grobów ludzi.

– Pedofil! – odezwał się ktoś z tyłu i przez otaczający wikarego tłum przeszedł złowieszczy pomruk.

– Wieszać się takich powinno! – zawtórował mu inny, a nad głową Wojciecha przeleciał kolejny kamień.

– Policja! Powiedziałem, rozejść się! – krzyknął Kiciński i kilka osób cofnęło się pomiędzy porośnięte mchem nagrobki. – Linczujecie człowieka, chociaż nie macie pewności co do jego winy! Tacy z was katolicy?

– To przecież on, a kto?! – wrzasnął Romek Halski i kilku mężczyzn ponownie zaczęło otaczać klęczącego w błocie wikarego.

– On, pewnie, że on! Martwy ministrant i młody ksiądz, dodajcie sobie dwa do dwóch! – Ireneusz Tarnowski, rosły brodaty piekarz, złapał leżący na jednym z grobów wypalony znicz i cisnął nim w stronę księdza.

Również nie trafił, ale brzęk tłuczonego szkła sprawił, że Kiciński zrozumiał zagrożenie. Jeszcze chwila i ci ludzie na jego oczach skatują wikarego. Co gorsza, nagle dopadła go klaustrofobia i poczuł się naprawdę fatalnie wśród wściekłych, rozsierdzonych agresorów. Ale własny lęk potrafił zwalczyć. Teraz trzeba było myśleć o skulonym w błocie wikarym, w którego ktoś właśnie rzucił kolejnym wypalonym zniczem i tym razem uderzył księdza w ramię.

– Zboczeńcy w sutannach! – wydarł się ktoś inny i przez tłum przeszedł kolejny złowrogi szmer.

Kiciński zeskoczył z nagrobka, rozepchnął grupkę młodych mężczyzn i podszedł do księdza Piotra.

– Pomogę. – Podał mu rękę.

Młody kapłan wstał i lekko się zatoczył, jakby wymierzona w niego nienawiść parafian odebrała mu siły. Szkło z rozbitych zniczy złowrogo zachrzęściło pod podeszwami jego butów.

– Niech ksiądz nikomu nie patrzy w twarz i nie reaguje na zaczepki. Idziemy prosto na plebanię – pouczył go Wojciech.

– Zapłacisz za to, skurwysynie! – wrzasnął Romek Halski, potrząsając trzymanym w ręku kijem.

Kolejny kamień przeleciał tuż nad głową Wojciecha i policjant stracił cierpliwość. Wskoczył na jeden z nagrobków, wyjął z kabury broń, po czym oddał pojedynczy strzał ostrzegawczy. Huk sprawił, że wokół nagle zrobiło się cicho, a część rozsierdzonych ludzi zaczęła się wycofywać w stronę wyjścia z cmentarza. Jednak nie wszyscy się przestraszyli. Kilkunastu młodych mężczyzn nadal napierało z każdej strony, osaczając ich w wąskim przejściu pomiędzy grobami. Wojciech wiedział, że nie może okazać strachu, ale w środku cały dygotał. Ksiądz też nie wyglądał najlepiej. Kiedy ktoś go pchnął, pochylił się, jakby miał zwymiotować i oparty o płytę jednego z grobów, spazmatycznie łapał oddech.

– Ty zabiłeś Kornela, co?! No przyznaj się, dzieciojebco! – Romek Halski uparcie obstawał przy swoim.

– Wypierdalać mi stąd, ale już! – krzyknął Kiciński, zaciskając spocone palce na chłodnej rękojeści służbowej broni.

Nagle wyobraził sobie, jak traci panowanie nad sobą i strzela na oślep, aż skończą mu się naboje…

– Ze zboczeńcami nagle trzymasz, Wojtuś? – burknął stojący obok Romka Halskiego Olgierd Nowicki, ale tłum powoli, powoli zaczął rzednieć.

– Chodźmy, zanim złapie ksiądz zapalenie płuc. – Kiciński zabezpieczył broń, narzucił na ramiona roztrzęsionego wikarego swoją puchową kurtkę i ruszyli w stronę plebanii.

Kiedy przeciskali się przez milczący, wrogo nastawiony motłoch, Wojciech zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna naprawdę się boi. W twarzach tych ludzi było coś zwierzęcego, przypominali szykujących się do ataku drapieżników. Jakby tylko czekali na ostateczny impuls, żeby rozszarpać ich na strzępy. Jakby nagle coś w nich wstąpiło…

Byli przy wyjściu z parafialnego cmentarza, kiedy ktoś jeszcze krzyknął za ich plecami „pierdolony pedofil!”, ale w końcu zapadła ponura, niepokojąca cisza. Kilku sąsiadów wyprzedziło ich w drodze do zaparkowanych przed kościołem samochodów i Kiciuś pomyślał, że to wszystko zdaje się jakieś nierealne. Zrobili nocną ustawkę, żeby nastraszyć, a może nawet ciężko pobić młodego księdza, nie mając pewności co do jego winy, a teraz, jak gdyby nigdy nic, wsiadali do swoich pełnych opakowań po chipsach aut z dziecięcymi fotelikami na tylnych siedzeniach i wracali do domów, aby nastawić budzik i rano wstać do pracy. Piekarze, rolnicy, mechanicy. Sąsiedzi. W tłumie Wojciech wypatrzył nawet miejscowego dentystę i nauczyciela. „Wszyscy ci na co dzień prawi, spokojni obywatele przyszli zlinczować księdza, bo ktoś, nie czekając na wyrok sądu, wydał własny werdykt” – pomyślał Kiciuś, kiedy weszli na plebanię.

– Nic księdzu nie jest? – zapytał, kiedy w niewielkim korytarzu rozbłysło światło.

– Nie, chyba nie. Ale zniszczyli drzwi…

– Jak tutaj weszli? Co się właściwie stało? – Policjant rozejrzawszy się dookoła, zauważył na dywanie grudy błota i szkło z rozbitego wazonu, który ktoś musiał strącić ze stojącej przy drzwiach komódki.

– Siedziałem przed komputerem, kiedy sforsowali drzwi od strony ogrodu i wpadli na górę. Księdza proboszcza nie ma, wciąż jest w szpitalu. Byłem sam. Wywlekli mnie na zewnątrz i zabrali na cmentarz, a tam… Sam pan widział… Kto pana wezwał? – zapytał ksiądz Piotr.

– Sąsiad. Zadzwonił do mnie na komórkę. Przyszedł wprawdzie z nimi, bo przyjaźni się z Halskim, ale chyba nagle się przestraszył, że sytuacja wymknie się spod kontroli. Powiedział, iż bardzo groźnie to wygląda, więc przyjechałem. Popełniłem błąd, że oficjalnie nie zawiadomiłem kolegów i nie poprosiłem o wsparcie. Nie spodziewałem się jednak, że jest ich aż tylu. – Wojciech zdał sobie sprawę, że tylko fartem wyszli z tego cało.

– Dziękuję. Gdyby pan nie przyjechał…

– Zawsze do usług.

– Oddaję. – Młody wikary wręczył Wojciechowi jego kurtkę i wciąż roztrzęsiony usiadł na najniższym stopniu prowadzących na piętro schodów. – Panie władzo, ja nie mam z tym nic wspólnego – dodał ledwie słyszalnym głosem. – Ja nigdy tego chłopca nie tknąłem, a już żeby zabić dziecko… Jezu Chryste, przecież to zrobił jakiś zwyrodnialec…

– Nie musi się ksiądz teraz tłumaczyć. Nie jesteśmy w sądzie.

– Ale chciałbym…

– Chce ksiądz wnieść skargę? – wszedł mu w słowo Kiciński. – Bo możemy od razu podjechać na komendę.

– Nie, chyba nie… Nic mi przecież nie zrobili.

– Nic księdzu nie zrobili? Polemizowałbym.

– Tak, ale… Nie, nie chcę wnosić skargi. Po tym, co się stało, rozumiem ich wzburzenie.

– Jak ksiądz woli. Pójdę już. Radziłbym się nie kłaść, zanim nie zabezpieczy ksiądz drzwi. Oni mogą wrócić.

– Może nie wrócą. – Wikary skulił się i Wojciech pomyślał, że wygląda jak przestraszony dzieciak.

Duże, ciemne oczy, pucołowate policzki, delikatna, niemal dziewczęca uroda. Ładniutki i naiwny. Ale może to tylko pozory?

– Spokojnej nocy. A gdyby znowu zaczęli się tu kręcić, proszę od razu dzwonić po policję – poradził Jarzynie, zanim zostawił go samego.

Szedł do swojego samochodu, gdy zaczepił go stojący nieopodal wejścia na plebanię Olgierd Nowicki, z którym lata temu Kiciuś chodził do podstawówki.

– Pedofila bronisz, Wojtuś? – zapytał, ciskając niedopałek w błoto.

– Powtarzasz się – burknął Kiciński, przechodząc obok dawnego znajomego.

Tamten jednak ewidentnie szukał zwady, bo złapał Wojciecha za ramię i szarpnął.

– Nie masz dzieci, to nie rozumiesz, co się dzieje, ale mówię ci, nie zadzieraj z nami! W takich chwilach trzeba być po stronie sąsiadów, a nie zboczeńców! – warknął.

Wtedy Wojciech stracił panowanie nad sobą i walnął go pięścią w nos, a Nowicki momentalnie zalał się krwią.

– Kurwa, człowieku… sąsiada bijesz? – wykrztusił, odchylając głowę w tył.

– Nie… dotykaj… mnie – wycedził Wojciech, wymijając go w wąskiej przykościelnej alejce. – I zapamiętaj sobie jedno. Nie ciska się kamieniem w człowieka, któremu nie udowodniono winy!

– Przecież to on! Naiwny, kurwa, jesteś?! – wrzasnął Nowicki, ale Kiciuś już nie słuchał.

Wsiadł do samochodu i wyjął z kieszeni komórkę.

– Podeślijcie patrol pod plebanię, księdza prawie zlinczowali – poprosił dyżurnego.

Do domu dotarł grubo po pierwszej nad ranem, śmiertelnie wykończony, głodny i przemarznięty. Zdejmował kurtkę, kiedy za jego plecami rozbłysło światło.

– Gośka? Kiciu, czemu łazisz po nocy? Przestraszyłaś mnie jak cholera. – Wojciech gwałtownie się odwrócił i wkopał pod ścianę ubłocone buty. – Co jest, nie możesz spać?

– Gdzie byłeś? – odpowiedziała pytaniem.

Jej głos brzmiał ostro, zaczepnie, nie spodobał mu się ten ton.

– No, burda była, musiałem gdzieś podjechać. – Wzruszył ramionami, starając się jakoś załagodzić sytuację.

Ale Małgorzata była wściekła.

– Znowu? Ostatnio prawie straciłeś oko, już zapomniałeś?! – krzyknęła, a Kiciuś mimowolnie zerknął w wiszące w korytarzu lustro.

– Ale nie straciłem. Mam tylko bliznę. – Skrzywił się na wspomnienie jatki w domu Bugaja i swojego policzka rozoranego tulipanem ze stłuczonej butelki.

Lecz tamci dwaj też nie wyglądali dobrze, kiedy z pomocą nastoletnich znajomych Arka dali im wycisk. Jednak Gośka do dziś miała do niego żal o to, że pojechał tam bez wsparcia i władował się w sam środek awantury z dwoma agresywnymi pijanymi mężczyznami. „Jakbym miał inne wyjście” – pomyślał, opuszkami palców muskając bliznę pod lewym okiem. Nie była tak koszmarna, jak się na początku obawiał. Wciąż poszarpana, długa na jakieś trzy centymetry, zaczęła jednak blednąć i pewnie z czasem stanie się o wiele mniej widoczna. Ale Gośka wpadła w jakąś histerię i tkwiła w niej od kilku długich tygodni.

– Kiedyś cię zabiją, słyszysz? – podniosła głos.

– Jak wykraczesz, to na pewno – odburknął.

– Wojtek, ja mam tego dość!

– Czego?! Czego nagle masz dość? Nigdy ci nie przeszkadzało to, że jestem gliną – rzucił ostro.

– Mam dość strachu. Tego, że budzę się w nocy i pierwsze, co robię, to sprawdzam twoją stronę łóżka. Czy wciąż przy mnie śpisz, czy może znowu ktoś po ciebie zadzwonił… Boję się, Wojtek! Tego, co może się stać, tego, co mogą ci zrobić…

– Każdemu może się coś stać, kicia. W takim żyjemy świecie. W biały dzień możesz wpaść na jakiegoś wariata. Nie trzeba być gliną, żeby skończyć z nożem w bebechach. Więc przestań mi przytruwać i chodź do łóżka. – Wojciech wyciągnął rękę do Gośki, ale nie podeszła.

– Mam tego dość, słyszysz? – szepnęła.

– Czyli co? Chcesz się rozstać? O to ci chodzi? Jest pierdolony środek nocy, a ty nagle zaczynasz jakieś lamenty? Możesz mi, kurwa, wytłumaczyć, co się ugryzło w dupę?! – wrzasnął, ale nie odpowiedziała.

Rozszlochała się i zamknęła w łazience.

– Kurwa mać, tylko tego mi było trzeba – mruknął pod nosem Kiciuś.

Jej zachowanie mocno wytrąciło go z równowagi. Gośka nigdy nie była histeryczką, a już na pewno nie wyrzucała mu tego, że naraża się na niebezpieczeństwo. Była twarda, lubił to w niej. „A teraz nagle zachowuje się jak rozhisteryzowana panienka” – pomyślał, samotnie wchodząc do sypialni.

 

Rano przyniósł jej do łóżka kawę, a ona rozpłakała się na jego widok.

– Nie, no! Co z tobą, kobieto? Teraz będziesz beczeć?

– Przepraszam. Chyba wciąż przeżywam to, co się stało w andrzejki.

– Nic się nie stało, Gośka! Oberwałem w ryj rozbitą butelką, bywa… – Kiciński usiłował zbagatelizować całe zajście, ale to tylko ją rozsierdziło.

– Bywa? Co ty pieprzysz? Chcesz skończyć jak Krzysiek? – naskoczyła na niego. – Nie chcę któregoś dnia stanąć nad twoją trumną, słyszysz?!

– Krzyśka zabił zazdrosny mąż. Ja nikogo na boku nie dymam!

– Nie o to chodzi! Obracasz się wśród bandziorów!

– Taka praca, kocie. – Wojciech postawił kubek z kawą na nocnej szafce i pogłaskał Gośkę po głowie. – Policjant, kurwa i złodziej na jednym jadą wozie, nigdy nie słyszałaś? – dodał żartem.

– Teraz będziesz sypał złotymi mądrościami?

– Po prostu nie chcę się kłócić. Chyba, że masz mi coś jeszcze do powiedzenia?

– Właściwie tak. – Gośka usiadła na łóżku i spojrzała mu prosto w twarz. – Potrzebuję przerwy.

– Od czego? – zapytał, zanim zrozumiał. – Zaraz, czy ty mi właśnie mówisz, że z nami koniec? Kurwa, po tylu latach, po…

– Przykro mi. – Małgorzata wstała i boso ruszyła w stronę łazienki.

W pierwszym momencie Kiciuś chciał zapukać do drzwi i prosić o rozmowę, ale nagle poczuł wściekłość. Zrywa z nim, bo kilka tygodni wcześniej dostał wpierdol od jakichś kolesi, broniąc syna Krzyśka? O to jej chodzi? A może to tylko pretekst? Przeszło mu przez myśl, że może kogoś ma. Może wcale nie chodzi o jego pracę? W drodze do samochodu zrozumiał, że stracił nie tylko dziewczynę, ale również dach nad głową. Niewielki dom, który wspólnie wyremontowali, prawnie należał do niej. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, nawet ładując okrągłe sumki na kolejne renowacje. To było ich gniazdko, coś niepodważalnego. Przecież Gośka była jak śmierć i podatki – pewna i na zawsze. I nagle mówi mu, że to koniec? Spakował się w kilka minut, wściekły, upokorzony i rozgoryczony. Kiedy wychodził, stała w korytarzu i płakała. Zazwyczaj na widok jej łez miękł i zaczynał przepraszać bez względu na to, czy czuł się winny, czy nie, ale tym razem minął ją bez słowa i wyszedł z jej domu, zatrzaskując za sobą drzwi.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ