Prawdziwe historie
Polowanie na El Chapo
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Polowanie na El Chapo

Andrew Hogan, Douglas Century
brak opinii
Liczba stron: 368
ISBN: 9788327631299
Premiera: 2018-09-19

Andrew Hogan i Douglas Century oddają w ręce czytelników zapierającą dech w piersi książkę, którą zamierza przenieść na ekran wytwórnia Sony. To fascynujący opis jednego z najważniejszych epizodów wojny narkotykowej XXI wieku. Kronika ośmioletniego pościgu za przestępcą, który przez dekadę skutecznie wodził za nos organy ścigania.

Każda epoka ma swój słynny czarny charakter, ale każdy przestępca kiedyś trafia na zdeterminowanego stróża prawa, który zrobi wszystko, by ukrócić zbrodniczy proceder. Billy the Kid został zastrzelony przez Pata Garretta. Eliotowi Nessowi udało się wsadzić za kratki Al Capone, a Joaquin Archivaldo Guzmán-Loera, słynny El Chapo, spotkał na swej drodze agenta DEA, Andrew Hogana.

Po ukończeniu Akademii DEA w 2006 roku Andrew Hogan został skierowany do Arizony. Brał udział w wielu niebezpiecznych akcjach, podczas których wpadł na trop El Chapo, bossa kartelu narkotykowego Sinaloa i wroga publicznego numer jeden w USA. Po sześciu latach pościgu Hogan dojdzie do wniosku, że ma z El Chapo coś wspólnego – obu cechuje wręcz obsesyjna dbałość o szczegóły.

Krok po kroku Hogan zbiera materiały i przenika do zaufanych współpracowników El Chapo. Mimo początkowych niepowodzeń wierzy, że dopadnie człowieka, który zbudował imperium na śmierci tysięcy ludzi.   

Phoenix, stan Arizona
30 maja 2009 r.

Z legendą Joaquína Guzmána, pseudonim El Chapo, po raz pierwszy zetknąłem się w meksykańskiej spelunce Mariscos Navolato, mieszczącej się przy North Avenue 67 w zachodnim Phoenix, w dzielnicy Maryvale. W knajpie panował półmrok, a Diego Contreras, mój partner z Oddziału Specjalnego ds. Zwalczania Przestępczości Narkotykowej DEA , krzyczał mi prosto do ucha angielski przekład słów granej właśnie piosenki:
Cuando nació preguntó la partera
Le dijo como le van a poner?
Por apellido él será Guzmán Loera
Y se llamará Joaquín.
Oddech Diega był gorący i woniał tequilą Don Julio, którą przed chwilą w siebie wlał, kiedy wywrzaskiwał:
Gdy się urodził, położna spytała:
Jakie imię będzie nosił dzieciak?
„Nazwisko Guzmán Loera,
A wołać go będą Joaquín”.
W Oddziale Specjalnym Diego i ja pracowaliśmy razem od początku 2007 roku i po dwóch latach byliśmy zżyci jak bracia. Tamtego majowego wieczoru byłem jedynym białym gościem w Mariscos Navolato, ściągając na siebie nieufne spojrzenia tłoczących się naokoło bywalców, ale obecność Diega, który siedział tuż obok, dodawała mi otuchy.
Niedługo po tym, jak się poznaliśmy, Diego zaczął odkrywać przede mną świat kultury meksykańskiej w Phoenix. Odtąd nieraz objadaliśmy się meksykańskim gulaszem birria serwowanym w plastikowych miseczkach, a działo się to w przytulnej kuchni prywatnego domu pewnej señory, która udostępniała ją gościom w charakterze prowizorycznej sali restauracyjnej. Chętnie dla orzeźwienia sięgaliśmy też po lodowy deser raspados o smaku mango, sprzedawany z wózka przez ulicznego handlarza. W takich chwilach nieodmiennie towarzyszyły nam rytmy ballad narcocorrido , których pokaźną kolekcję Diego zgromadził na płytach CD. Wprawdzie nie byłem rodowitym Meksykaninem, jednak Diego zapewniał mnie, że powoli stawałem się güero – a więc jasnoskórym, płowowłosym i błękitnookim Meksykaninem – dodając, że niedługo przestanę być brany za gringo.
Tego wieczoru w Mariscos Navolato produkowała się kapela grająca muzykę norteño . Czteroosobowy zespół Los Jaguares de Culiacán, wywodzący się ze stolicy słynącego z przemocy meksykańskiego stanu Sinaloa, odbywał akurat trasę po Południowym Zachodzie USA. Kojarzące się z rytmami polki umpa lumpa, wygrywane na tubie i akordeonie, miały w sobie coś dziwnie pociągającego. Znałem pobieżnie język hiszpański, ale Diego wprowadzał mnie w tajniki zupełnie nowego dla mnie języka. Przy nim poznawałem slang używany w poszczególnych barrios , uliczną mowę handlarzy narkotyków, żargon obowiązujący w różnych „strefach wojny”, takich jak Ciudad Juárez, Tijuana czy Culiacán. Diego skwapliwie wyjaśnił mi, czemu narcocorridos zawdzięczają swój urok. Nie chodzi wcale o swawolne dźwięki tuby, akordeonu czy gitary. Moc owych ballad kryje się w tekstach, w namiętnych opowieściach o bezwzględnych bandytach.
W pewnym momencie ciemnowłosa kelnerka, ubrana w obcisłe białe dżinsy i szpilki, przyniosła nam kubełek z lodem, w którym chłodziły się butelki piwa La Cerveza del Pacifico. Szybko chwyciłem butelkę i odkleiłem wilgotny rożek kanarkowej naklejki, odczytując hasło reklamowe: „PACIFICO: chluba Mazatlán”. Zabawne, pomyślałem. Byliśmy przecież w samym sercu zachodniego Phoenix, a mimo to można odnieść wrażenie, że jakimś cudem pokonaliśmy niepostrzeżenie granicę i znaleźliśmy się nagle w Sinaloa, a więc stanie oddalonym od nas o 1300 kilometrów w kierunku południowym. W Mariscos Navolato roiło się od narcotrafficantes, czyli przemytników narkotyków. Z Diego szacowaliśmy, że trzy czwarte gości lokalu są to ludzie w taki lub inny sposób powiązani z handlem kokainą, marihuaną i metamfetaminą.
Najbardziej w oczy rzucali się przemytnicy w średnim wieku, paradujący w kowbojskich kapeluszach i wysokich butach ze skóry aligatora. Niektórzy spośród nich, dla zachowania pozorów, parali się zresztą legalną pracą w charakterze farmerów na ranczach. Przedstawiciele młodszego pokolenia, stawiający pierwsze kroki w świecie narkobiznesu, przypominali typowych arizońskich studenciaków, bo wystrojeni byli w koszulki Lacoste i markowe dżinsy. Jednak większość mogła pochwalić się kosztownymi zegarkami, na które raczej nie byłoby stać przeciętnego dwudziestoparolatka.
Wkoło parkietu przystanęło paru mężczyzn, którzy wyglądali, jakby na sumieniu mieli niejedno zabójstwo. Omiatali salę twardym, stalowym wzrokiem. Domyślałem się, że to cyngle kartelu. W barze bawiło się też kilkudziesięciu uczciwych, ciężko pracujących obywateli wszelkich profesji. Zapewne byli wśród nich malarze pokojowi, sekretarki, projektanci ogrodów, kucharze, pielęgniarki. Zwyczajni ludzie, którzy przyszli do Mariscos Navolato, żeby posłuchać na żywo balladzistów z Sinaloa.
Cały dzień pochłonęła nam otępiająca obserwacja, dlatego gdy po dziesięciu godzinach bez jedzenia postawiono przede mną piwo, pierwszą butelkę Pacifico opróżniłem duszkiem. Kiedy poczułem, jak po moim wnętrzu rozlewa się przyjemny chłodek, odjąłem szyjkę butelki od ust i pozwoliłem sobie na błogie westchnienie.
– Mis hijos son mi alegría también mi tristeza! – wrzeszczał mi do ucha Diego, niemal rozrywając błonę bębenkową. – Moi synowie są moją jedyną radością, ale też moim utrapieniem. Edgar, te voy a extrañar – wtórował Diego wokaliście Jaguarów – Edgarze, będę za tobą tęsknić.
Wyczekująco zerknąłem na niego, spodziewając się wytłumaczenia niejasnych słów.
– Edgar to jeden z dzieciaków Chapo – pośpieszył z wyjaśnieniem Diego. – Zginął od kuli na parkingu w Culiacán. Był najukochańszym synem Chapo, miał odziedziczyć schedę po ojcu. Po zabójstwie Edgara Chapo urządził krwawą łaźnię. Ten pinche cabron ma na sumieniu wiele osób…
Diego czuł się w tej spelunce jak u siebie. Niedostatki wzrostu – mierzył bowiem nie więcej niż metr sześćdziesiąt pięć – nadrabiał pewnością siebie i niezaprzeczalnym urokiem osobistym. W pewnym momencie zauważyłem, że jedna z panienek podrygujących na parkiecie wdała się z nim we flirt na odległość. Tańczyła co prawda z jakimś facetem w kowbojskich butach, ale nie przeszkadzało jej to podrywać Diega. Mój partner z wyglądu nie przypominał typowego gliniarza z wydziału narkotykowego. Zamiast T-shirtu i luźnych bezkształtnych dżinsów, zazwyczaj ubierał się elegancko. Często widywałem go w wyprasowanej koszuli z kołnierzykiem, i to zarówno w domu, jak i podczas pracy w terenie.
Wystarczyło, że otworzył usta, i od razu zjednywał sobie szacunek słuchaczy, zwłaszcza gdy odzywał się po hiszpańsku. Urodził się na przedmieściach stołecznego Meksyku, jako dzieciak przeniósł się z rodzicami do Tucson. Potem los rzucił go do Phoenix, gdzie w 2001 roku zaciągnął się do policji, rozpoczynając pracę w Departamencie Policji w Mesie jako funkcjonariusz patrolujący ulice. Podobnie jak ja, szybko zyskał opinię agresywnego gliniarza ulicznego. Miał niewątpliwą smykałkę do prowadzenia dochodzeń w sprawach narkotykowych – już w 2006 roku został awansowany do rangi detektywa, a rok później na mocy decyzji przełożonego wszedł w szeregi elitarnego Oddziału Specjalnego ds. Zwalczania Przestępczości Narkotykowej DEA w Phoenix, dołączając do Trzeciej Jednostki tej formacji.
Właśnie tam się poznaliśmy i zaczęliśmy pracować jako dwuosobowy zespół, było bowiem oczywiste, że nasze umiejętności wzajemnie się uzupełniają. Diego miał nadzwyczajny talent do działań w terenie, na ulicy. Nieustannie kogoś rozgryzał, zdobywał zaufanie informatora, nawiązywał kontakt z jakimś oszustem, nierzadko rozpracowywał własnych znajomych. Zdarzało się, że korzystał z czterech telefonów komórkowych równocześnie. Najlepiej spełniał się w roli tajnego agenta, wcielając się w jakąś rolę i biorąc na siebie całą gadkę. Ja natomiast, mimo że też świetnie czułem się w pracy w terenie, wolałem działać w cieniu. Tamtego wieczoru taka właśnie była moja rola – siedziałem przy naszym stoliku, chłonąc wszystko, co działo się naokoło, zapisując w pamięci wszystkie szczegóły, przypatrując się bacznie i zapamiętując twarze bywalców. Nie chciałem być w centrum wydarzeń, a zakulisowa praca, jaką wykonywałem, miała okazać się równie wartościowa.
Niedawno zabraliśmy się z Diegiem do rozpracowywania działającej w Phoenix grupy narco juniors, czyli młodych handlarzy. Zachodziło podejrzenie, że zajmują się dystrybucją dostarczanej przez kartel z Sinaloa kokainy, metamfetaminy i dużych transportów cajety . Przewożone w kontenerach narkotyki miały być rozprowadzane po całym Południowym Zachodzie USA.
Co prawda nie zaplanowaliśmy na ten wieczór wchodzenia w interakcję z podejrzanymi, jednak Diego wystroił się jak przystało na młodego handlarza, to znaczy miał na sobie luźno puszczoną rozpinaną koszulę od Calvina Kleina, granatowe dżinsy i czarne skórzane buty sportowe marki Puma, a na przegubie połyskiwała czarna tarcza kosztownego zegarka firmy Movado. Ja natomiast w czapeczce bejsbolowej marki Hurley, szarym T-shircie i dobranych pod kolor butach firmy Diesel bardziej mogłem kojarzyć się z kalifornijskim studenciakiem.
– Moi synowie są moją jedyną radością, ale też moim utrapieniem – zanucił pod nosem Diego.
Była to najbardziej popularna z obecnie modnych narcocorridos. Nosiła tytuł El Niño de La Tuna, czyli Chłopak z La Tuny, a jej autor, Roberto Tapia, zdołał zawrzeć w słowach piosenki potężny ładunek emocjonalny. Z oczu słuchaczy, gdy kapela wykonywała ten kawałek, wyzierała autentyczna namiętność, wszyscy znali słowa na pamięć i wtórowali śpiewem muzykom. Przypatrując się im, nie mogłem opędzić się od myśli, że w El Chapo dostrzegają kogoś, kto z jednej strony jest Robin Hoodem, z drugiej Alem Capone.
Uniosłem spojrzenie na Diego i skinąłem lekko głową, jakbym dawał mu do zrozumienia, że doskonale rozumiem sens piosenki, choć w gruncie rzeczy wtedy jeszcze nie miałem bladego pojęcia, co to wszystko może znaczyć.
Byłem tylko młodym agentem specjalnym, chłopakiem z Kansas, wychowanym na krwistej diecie serwowanej przez Metallicę i wykonawców muzyki country pokroju Tima McGrawa i George’a Straita. Podczas tego pierwszego wieczoru z Diegiem w Mariscos Navolato musiałem się wiele nauczyć.
Na pięciu płaskoekranowych telewizorach puszczano na żywo piłkarski szlagier z meksykańskiej Primera División – zespół Mérida prowadził 1:0 z Querétaro, ale nie umiałem nadać tym informacjom żadnego konkretnego znaczenia. W szafie grającej do wyboru były utwory z gatunku banda i ranchera, ściany obwieszono plakatami firm browarniczych Modelo, Tecate, Dos Equis i Pacifico, reklamami meksykańskiego deseru flan domowej roboty. Wypatrzyłem też zapowiedzi zbliżających się koncertów norteño oraz odręcznie pisane wywieszki zachwalające kulinarne propozycje, w których specjalizował się bar, w rodzaju almeja Reyna, potrawy z małży szczególnie cenionej w Sinaloa.
– El Chapo? – zagadnąłem Diega.
Na usta cisnęły mi się pytania. El Chapo czyli Mały. Czyżby ten przydomek miał brzmieć złowrogo? Jak to możliwe, że jakiś dzieciak półanalfabeta z maleńkiej mieściny La Tuny w górach Sierra Madre, który by pomóc rodzinie, sprzedawał pomarańcze na ulicy, teraz jest wysławiany jako największy baron narkotykowy w historii? Czy to prawda, że El Chapo był potężniejszy od samego PREZYDENTA Meksyku, jak głosiły miejskie legendy i ballady?
Rozmyślania o El Chapo nie przeszkodziły mi jednak w obserwacji narco juniors, którzy zajęli stolik niedaleko drugiego końca baru. Jeden był ogolony po wojskowemu, dwóch innych miało podgolone boki i postawione czuby na środku, czwarty włożył czapeczkę bejsbolową Arizona State University. Byliśmy z Diegiem niemal pewni, że wszyscy są uzbrojeni.
Plan przewidywał, że jeśli młodzi handlarze opuszczą bar i wsiądą do samochodów, będziemy ich śledzić.
Diego rzucił dwa banknoty dwudziestodolarowe na bar, puścił oko do kelnerki i wstał z fotela. Zobaczyłem, że przy stoliku naszych chłopaków też zrobił się ruch. Jeden z dilerów wstał, poprawił czapeczkę na głowie, po czym płynnie obrócił się na piętach sportowych butów Air Jordan, niczym koszykarz wykonujący obrót przed wejściem na kosz.
Diego dopił resztę Pacifico i gestem poradził, żebym zrobił to samo. Kapela dawała czadu, a rozbawiony Diego dołączył do rozśpiewanych gości akurat w momencie, gdy piosenka osiągnęła punkt kulminacyjny:
Może i jestem niewysoki, ale odwagi mi nie braknie…
I ja też nie umiałem powstrzymać uśmiechu, kiedy odsuwałem fotel i wstawałem od stolika. Hipnotyczny rytm zrobił swoje i po chwili zorientowałem się, że śpiewam razem z innymi i mam z tego równie wielką frajdę jak wszyscy handlarze narkotyków w kowbojskich kapeluszach.
– Yo soy El Chapo Guzmán!

 

 

Guadalajara, Meksyk
24 maja 1993 r.

Spokój pięknego wiosennego popołudnia zmącił nagły huk wystrzałów oddanych z karabinu AK-47. Strzały padły na parkingu pod lotniskiem Guadalajara Airport, wzbudzając panikę wśród pasażerów. Celem ataku był kardynał Juan Jesús Posadas Ocampo, arcybiskup metropolita Guadalajary. Duchownego, który przybył na lotnisko, by powitać nuncjusza apostolskiego, czternaście kul dosięgło na fotelu pasażera w białym samochodzie grand marquise. Sześćdziesięciosześcioletni kardynał z czołem zalanym krwią osunął się bezwładnie na środek samochodu. Śmierć nastąpiła natychmiast. Karoseria limuzyny została dosłownie poszatkowana kulami, oddano w jej kierunku ponad trzydzieści strzałów. Wśród pozostałych sześciu zabitych znalazł się też szofer kardynała.
Kto mógł się odważyć na tak bezczelny atak dokonany w biały dzień, którego celem był arcybiskup, jeden z najbardziej popularnych przywódców meksykańskiego Kościoła katolickiego? Wkrótce okazało się jednak, że prawda jest porażająco prozaiczna. Kardynał Posadas padł ofiarą walk między dwoma kartelami narkotykowymi, kartelem z Sinaloa oraz Tijuany, które od wielu miesięcy prowadziły boje o wyjątkowo dochodową plazę, czyli szlak przemytu narkotyków, która wiodła do południowej Kalifornii. Po przyjeździe na lotnisko kardynał został omyłkowo wzięty za przywódcę kartelu z Sinaloa, Joaquína Archivalda Guzmána Loerę, pseudonim El Chapo, który, jak spodziewali się zabójcy, miał przybyć na parking mniej więcej o tej porze w podobnym białym sedanie.
Filmowe relacje ze strzelaniny w iście westernowym stylu lotem błyskawicy obiegły światowe media, a władze i dziennikarze próbowali zrozumieć, co tak naprawdę stało za tą masakrą. Los Angeles Times donosił na pierwszej stronie:
Pośród ryku śmigłowców unoszących się nad głowami policja zabezpieczyła około dwudziestu pojazdów podziurawionych przez kule. W jednym z samochodów znaleziono granaty i karabiny szturmowe.
Dokonane w biały dzień zabójstwo kardynała Posadasa do głębi wstrząsnęło meksykańskim społeczeństwem. Na miejsce niezwłocznie przybył prezydent Carlos Salinas de Gortari, aby złożyć kondolencje, a także by uspokoić rodaków.
Strzelanina na lotnisku okazała się punktem zwrotnym w najnowszych dziejach Ameryki Łacińskiej, ponieważ właśnie wtedy meksykańska opinia publiczna po raz pierwszy uświadomiła sobie bestialską naturę operujących w kraju karteli narkotykowych. Do tej pory większość Meksykanów nigdy nie słyszała o niepozornym herszcie grupy z Sinaloa, którego ksywa bardziej skłaniała do śmiechu niż strachu.
Po mordzie na kardynale Posadasie nieudolne portrety pamięciowe El Chapo zagościły na pierwszych stronach gazet i czasopism wydawanych w całej Ameryce Łacińskiej. Odtąd jego nazwisko, jako osobnika poszukiwanego przez policję pod zarzutem zabójstwa i obrotu narkotykami, miało każdego wieczoru powracać w wiadomościach telewizyjnych.
Wkrótce dla Guzmána stało się jasne, że nie jest już bezpieczny ani na swym rodzimym odludziu w górach Sierra Madre, ani też w sąsiednim stanie Durango. Podobno zdecydował się na wyjazd do Jalisco, gdzie posiadał ranczo, następnie udał się do miasta Meksyk, gdzie w hotelu zwołał naradę, na którą stawiło się kilku pomocników szefa z kartelu z Sinaloa. Ponoć podczas tej narady przekazał swym podwładnym dziesiątki milionów dolarów, które miały zabezpieczyć byt jego rodzinie w okresie, gdy będzie ukrywał się przed policją.
Następnie udał się na południe kraju, podróżując incognito i legitymując się fałszywym paszportem wystawionym na nazwisko Jorge Ramos Pérez. Czwartego czerwca 1993 roku przekroczył granicę i przedostał się do Gwatemali. Prawdopodobnie planował niepostrzeżenie przemierzyć ten kraj, poruszając się w asyście swojej partnerki i kilku ochroniarzy, po czym przyczaić się w Salwadorze i tam poczekać, aż sytuacja się uspokoi. Dopiero potem wyszło na jaw, że podczas ucieczki z kraju nie obeszło się bez sowitych łapówek, na przykład pewnemu gwatemalskiemu oficerowi El Chapo miał zapłacić 1,2 miliona dolarów w zamian za zagwarantowanie swobody przemieszczania się po terytorium leżącym na południe od granicy meksykańskiej.

Dotychczas nie sięgałam zbyt często po literaturę faktu, bo wydawała mi się nudna. Wiem, głupie myślenie. To trochę jak z flakami, których nie chce się próbować za samą nazwę. Okazuje się jednak, że to mój konik i na półkach sklepowych będę częściej zaglądać do tego działu. No i cóż, zdecydowanie ta książka nie jest nudna. Polecam.

Podsumowując, jest to bardzo dobra książka, którą przeczytałem w ekspresowym tempie i polecam ją wszystkim zainteresowanym tematyką. Po za tym, nie ma za dużo na rynku takich pozycji, które by opisywały działania operacyjne z pierwszej ręki. Oczywiście mam zastrzeżenia, do tego jak jest ta książka wyważona, jednak w ogólnym odczuciu dałem się porwać opowiadanym wydarzeniom i nie żałuje spędzonego z nią czasu.

 

Polowanie na El Chapo to prawdziwa historia króla dragów - jego wzlotów, upadków, aresztowań i ucieczek. Jest to jednocześnie pamiętnik agenta DEA, Andrew Hogana, który mocno zaangażował się w sprawę narkotykowego bossa i miał ogromny udział w jego zatrzymaniu.
Opowieść jest zdumiewająca, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja, wcześniej o działalności El Chapo nie słyszał. Fabułę podrzuciło samo życie, przez co całość jeszcze bardziej fascynuje i wciąga. Determinacja Hogana oraz całego zespołu ludzi, zjednoczonych w polowaniu na czarne charaktery, jest godna podziwu, a i pomysłowość bandy El Chapo nie raz mnie zaskoczyła.
Niewątpliwie ogromnym atutem tej publikacji są umieszczone na jej końcu zdjęcia z podpisami, które przybliżają czytelnikowi zarówno sylwetkę głównego bohatera, jak i samego autora.
Polowanie na El Chapo to historia niebanalna, poszerzająca horyzonty, warta uwagi. 
Historia El Chapo zaangażowała mnie od pierwszych stron. W książce nie brakuje wartkiej akcji, choć dodam, że chwilami ta szybkość za bardzo się wytrącała przez co lektura stawała się nieco nużąca. Warto jednak przebrnąć przez te „stonowane” wydarzenia i znów dać się porwać nurtowi wydarzeń.
 
Polowanie na El Chapo” to nie tylko książka o jednej z największej akcji przeprowadzonej przez agentów DEA, ale także opowieść o niebanalnych osobowościach, które przyciągają siłą charakteru.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ