Powieść obyczajowa
Nieodparta pokusa
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Nieodparta pokusa

brak opinii
Liczba stron: 288
ISBN: 9788327631473
Premiera: 2018-05-16

Każde spotkanie Sary i Wolfa kończy się gwałtowną kłótnią. Ona wyzywa go od najgorszych – najczęściej po persku. On niezmiennie radzi, by szybko wracała do swej chatki na kurzej nóżce i nakarmiła wygłodniałe nietoperze.

Próbują się unikać, ale życie wciąż krzyżuje ich drogi. Są sąsiadami, robią zakupy w tych samych sklepach, a kiedy wybierają się do Houston lub San Antonio, to zawsze na to samo przedstawienie. W miarę jak coraz lepiej się poznają, początkowa wrogość ustępuje miejsca zrozumieniu i sympatii. Chętnie zaczęliby się spotykać na innych zasadach, ale najpierw muszą rozliczyć się z przeszłością.

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Rozbawiony i arogancki mężczyzna opierał się o ladę, świdrując ją oczami jak arktyczny lód. Sara miała wrażenie, że prześwietla ją na wylot. I dokładnie widzi jej bieliznę, a także kryjącą się pod nią jedwabistą skórę.

W końcu nie wytrzymała, nerwowo zwilżyła językiem usta i spojrzała mu prosto w oczy.

– Czyżbym budził pani niepokój, panno Brandon? – zapytał złośliwie.

Był przystojny, musiała to przyznać. Po prostu zwalał z nóg i wodził na pokuszenie. Szczupły i opalony, o szerokich barkach i wąskich biodrach, a także dużych stopach i dłoniach. Tak głęboko nasunął na czoło kowbojski kapelusz, że można było dostrzec jedynie chłodny błysk oczu. Jasne dżinsy tak mocno opinały długie mocne nogi, że wystawały tylko czubki drogich kowbojskich butów. Ciemne kręcone włoski wychylały się z nonszalancko niedopiętej pod szyją koszuli. Drań doskonale zdawał sobie sprawę, że jest pociągający, dlatego nie zapinał do końca koszuli i jeszcze mocniej podkreślał strojem atuty sylwetki. Sara była pewna, że robił to celowo. Nie umiała ukryć mimowolnej reakcji i wyczuła, że on to zauważył, co zdenerwowało ją jeszcze bardziej.

– Nie niepokoi mnie pan, panie Patterson – odparła nieco zdławionym głosem.

Jego spojrzenie powoli przesunęło się po jej kształtnej sylwetce, której nie zdołała zamaskować czarnymi wąskimi spodniami i tak samo czarnym golfem. Patterson uśmiechnął się, kiedy ściągnęła poły skórzanego – i ma się rozumieć czarnego – płaszcza, po czym zapięła wszystkie guziki, żeby nie wystawał choćby najmniejszy skrawek golfu. Długie włosy spływające niemal do talii poruszały się wzburzoną falą w rytm niespokojnych ruchów Sary. Idealnie wykrojone i lekko wydęte wargi, prosty nos i duże czarne oczy sprawiały, że była piękna. Jednak wcale jej to nie cieszyło. Nie lubiła swojego wyglądu i uwagi, którą nieustannie przyciąga. Założyła dłonie na piersiach i odwróciła wzrok.

– A mnie się wydaje, że wprost przeciwnie. Nie wyglądasz na spokojną – oznajmił głębokim głosem, przeciągając słowa.

– Nie chcę słyszeć, jak wyglądam.

Odepchnął się od lady i podszedł bliżej. Choć Sara była wysoka, górował nad nią. Celowo stanął na tyle blisko, że musiała zadrzeć głowę, żeby na niego spojrzeć. Cofnęła się o krok.

– Zachowujesz się jak spłoszona jałówka, która po raz pierwszy wychodzi na pastwisko – mruknął.

– Już od dawna korzystam z różnych pastwisk, panie Patterson, i wcale mnie to nie deprymuje.

Z niedowierzaniem uniósł brwi i wydął usta.

– Na moje oko wyglądasz na zdenerwowaną. Dlatego, że nie zabrałaś z domu nietoperzy?

– Słucham?! – Aż się zakrztusiła z oburzenia, ale ściszyła głos, widząc obracających się w ich stronę kolejkowiczów. – Nie trzymam w domu żadnych nietoperzy!

– A co? Zostawiłaś je w leśnej chatce razem ze swoją miotłą?

Sara zacisnęła szczęki.

– Panno Brandon, zrealizowałam już pani receptę – przywołała ją farmaceutka.

– Dziękuję – odparła Sara, skwapliwie wykorzystując okazję, żeby odsunąć się od Wofforda Pattersona, i podeszła do kasy.

Słusznie przezywano go Wolfem, bo miał w sobie coś z wilka. Sara była zadowolona, że nie wzbudza sympatii u tego drapieżnika.

Zapłaciła za preparat na zgagę, uśmiechnęła się do Bonnie, rzuciła pełne dezaprobaty spojrzenie swojemu prześladowcy i ruszyła do drzwi.

– Lataj nisko – mruknął.

Odwróciła się tak gwałtownie, że czarne włosy zawirowały gęstą zasłoną.

– Gdybym naprawdę była wiedźmą, jak sugerujesz, kazałabym moim nietoperzom wrzucić cię do gnojówki, a potem dorzuciłabym jeszcze zapałkę!

Cała apteka na czele z Woffordem Pattersonem gruchnęła śmiechem, a zaczerwieniona ze wstydu i złości Sara wybiegła, trzaskając drzwiami.

 

– Zastrzelę go – mamrotała, idąc w stronę białego jaguara. – Zastrzelę, a potem porąbię na kawałki i…

– Mówimy do siebie? Oj, niedobrze – usłyszała za sobą.

– Jesteś najbardziej namolną, podłą, złośliwą i obmierzłą kreaturą na świecie! – wykrzyczała.

– Wątpię – odparł, wzruszając ramionami. – Z nas dwojga to już prędzej ciebie nie da się lubić.

Sara zacisnęła dłonie w pięści, mnąc papierową torebkę z lekami. Gotowała się ze złości. Gdy zerknęła w bok, zobaczyła Casha Griera, komendanta miejscowej policji.

– Proszę go aresztować! – zawołała, wskazując Wofforda.

– A co ja takiego zrobiłem? – zapytał z niewinną miną. – Poprosiłem, żebyś ostrożnie wracała do domu, dbając o swoje bezpieczeństwo – dodał z anielskim uśmiechem.

– Ależ panno Brandon… – zaczął Cash, starając się ukryć uśmiech.

– Panno? Ona zdecydowanie nie zachowuje się jak panienka.

Sara nie wytrzymała i rzuciła w niego torbą z lekami.

– Hej, komendancie, ona mnie zaatakowała! A napaść to przestępstwo, czyż nie?

– Marzę tylko o tym, by zrobić ci krzywdę – wymamrotała pod nosem.

– Wiem, o czym marzysz, skarbie – odparł leniwie, patrząc, jak Sara podnosi torebkę z lekami. – Swego czasu byłem legendą wśród kobiet – dodał z zabójczym uśmiechem.

Sara wzięła zamach zgrabną nogą w eleganckim pantoflu.

– Jeśli go kopniesz, naprawdę będę musiał zainterweniować – uprzedził Cash.

– A może mógłbyś… choć trochę go poturbować? – szepnęła błagalnie.

Cash nie utrzymał powagi i ryknął śmiechem.

– Gdybym go zastrzelił, musiałbym sam siebie aresztować. Pomyśl, jak to by wyglądało.

– Powinnaś już iść do domu – przyjaznym tonem poradził Wofford. – Nietoperze na pewno tęsknią za tobą i umierają z głodu.

– Ty świnio! – krzyknęła, tupiąc nogą.

– W zeszłym tygodniu byłem gadem. Czy zatem przez ten czas wdrapałem się na wyższy stopień drabiny ewolucji?

Kiedy wściekła Sara zrobiła krok w stronę Wolfa, Grier uznał, że czas na interwencję, i wkroczył między nich.

– Saro, idź do domu. Proszę, już, teraz.

Spojrzeniem ciskając gromy, zdmuchnęła z oczu niesforny kosmyk, obróciła się na pięcie i ruszyła do jaguara, komentując przy tym:

– Szkoda, że nie przeprowadziłam się do piekła. Tam jest spokojniej.

– Gacki byłyby zachwycone.

– Pewnego dnia… – Zawiesiła głos.

– Wiesz, gdzie mieszkam. Zapraszam. Może znajdę jakieś rękawice bokserskie – odparował rozbawiony.

– Jesteś pewien, że powstrzymają kulę? – zapytała, po czym wściekłym tonem dorzuciła kilka niecenzuralnych słów po persku.

– Twój brat byłby zszokowany, słysząc takie słowa z ust młodszej siostrzyczki. – Wolf, udając oburzenie, zwrócił się do Casha: – Też znasz ten język. Powinieneś ją aresztować za obrażanie moich przodków.

Cash wyglądał, jakby przeżywał atak zabójczej migreny.

– Jadę do domu – oznajmiła rozwścieczona Sara.

– Jakoś nie widać. – Wolf z przyjemnością dolewał oliwy do ognia.

W odpowiedzi Sara powiedziała mu po persku, co powinien zrobić.

– Och, do tego potrzebne są dwie osoby – odparł w tym samym języku z błyskiem rozbawienia w oku.

Sara wsiadła do samochodu, głośno trzasnęła drzwiami i odjechała z rykiem silnika.

– Pewnego dnia ona cię zabije, a ja będę musiał zeznać na procesie, że to była uzasadniona samoobrona – ponuro skomentował Cash.

Wolf tylko się roześmiał.

 

Wracając do domu, Sara znacznie przekroczyła dozwoloną prędkość. Nadal drżała, parkując pod domem, który jej brat Gabriel kupił w Comanche Wells w pobliżu Jacobsville. Żałowała, że ich podopieczna Michelle nie wróciła z uczelni. Wysłuchałaby jej i okazała współczucie. Wiedziała o niej więcej niż tutejsi mieszkańcy.

Wiedziała, że ojczym napastował Sarę i prawie ją zgwałcił, a brat wyważył drzwi sypialni, ratując ją w ostatniej chwili. Sara musiała zeznawać w procesie, który skończył się skazaniem ojczyma. Opowiedziała obcym ludziom, co to zwierzę w ludzkiej skórze jej zrobiło. I o wszystkich obrzydliwych rzeczach, które jej mówił. Jednak nawet wtedy nie była w stanie powiedzieć wszystkiego. Obrońca ojczyma wstawiał przysięgłym głodne kawałki o nastolatce, która dotąd kusiła starszego mężczyznę, aż nie potrafił zapanować nad żądzą. To nie była prawda, ale Sara czuła, że część przysięgłych w to uwierzyła. Ojczym trafił do więzienia, a kiedy wyszedł, zginął z rąk policji. Sara zadrżała, przypominając sobie, jak to się stało. Po wyroku skazującym matka wyrzuciła ją i Gabriela z domu. Obrońca z urzędu, który był po jej stronie na drugim procesie w sprawie śmierci ojczyma, miał niezamężną i bezdzietną ciotkę, która ich przygarnęła, rozpieszczała i zapisała w testamencie majątek.

Choć były to grube miliony, obrońca nie pozwolił im się zrzec spadku. Nadal uważali go za członka rodziny. On jedyny nie odwrócił się od nich, kiedy cały świat był przeciw rodzeństwu Gabrielowi i Sarze Brandon.

Matka przeprowadziła się i zmarła z żalu za mężem, nie życząc sobie kontaktu z żadnym ze swoich dzieci. To nadal bardzo im ciążyło, a już szczególnie Sarze, która czuła się za wszystko odpowiedzialna.

Tamte doświadczenia zmieniły ją i sprawiły, że wybrała samotne życie. Z nikim się nie spotykała i nie chodziła na randki. Nigdy.

Sposób, w jaki Wolf Patterson na nią patrzył, był dla niej zupełnie nowy i… niepokojący. Podobało jej się to, jednak on nie mógł się o tym dowiedzieć. Gdyby się do niego zbliżyła, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli, jej sekret by się wydał. Nie umiała ukryć swoich reakcji na choćby najmniejszą intymność. Gdy jeden jedyny raz spróbowała pocałunków z chłopakiem, spanikowała i skończyła cała we łzach, a on nazwał ją niedotykalską flirciarą. To tyle, jeśli chodzi o randki.

Zamknęła za sobą drzwi, rzuciła torebkę na stolik i poszła na górę. Przed wizytą w aptece zjadła lunch, więc resztę dnia mogła spędzić, jak chciała. Była bogata, nie musiała pracować. Nie miała jednak życia towarzyskiego, a przynajmniej nie w realnym świecie. Natomiast w wirtualnym…

Włączyła laptopa i zalogowała się do World of Warcraft. Sara była zapalonym graczem, ale tylko Gabriel o tym wiedział. Jej awatarem był Krwawy Elf, postać o niemal białych włosach i błękitnych oczach. Stanowił całkowite przeciwieństwo Sary, która grała jako Casalese, potężna czarodziejka. Gdy tylko weszła do sieci, została wywołana przez rycerza śmierci Rednachta, również z Krwawych Elfów:

Masz ochotę na wspólną wyprawę?

Spotkali się rok temu w sieci i szybko zostali przyjaciółmi. Nie przedstawili się sobie, więc Sara nie miała pojęcia, kim tak naprawdę jest jej towarzysz. Akceptowała jego tajemniczość, nie szukała przecież kochanka, tylko przyjaciela. Odzywali się do siebie na prywatnym kanale, gdy mieli ochotę zagrać. Oboje uzyskali dziewięćdziesiąty poziom w tym samym czasie. Wspólnie uczcili zwycięstwo fajerwerkami, sokiem i ciastem w gospodzie w Pandarii. To była magiczna noc. Choć Rednacht był wspaniałym towarzyszem podczas gry, prawie nigdy nie rozmawiali o niczym innym. Rednacht tylko z rzadka wspominał o tym, co się dzieje w jego prawdziwym życiu, Sara również nie była wylewna i ograniczała się do ogólników. Nie zamierzała się zwierzać, a przez zajęcie, którym parał się Gabriel, musiała być szczególnie ostrożna. Większość ludzi nie miała pojęcia, jak jej brat zarabia na życie. Był najemnym żołnierzem pracującym dla Eba Scotta. Choć radził sobie w tym fachu znakomicie, Sara martwiła się o niego, tym bardziej że mieli tylko siebie. Wiedziała jednak, że brat nie zrezygnuje z ekscytującego zajęcia, przynajmniej nie teraz. To mogło się zmienić, kiedy Michelle, którą opiekowali się po śmierci jej macochy, skończy studia. Na razie jednak nie musieli się o to martwić.

Odpisała:

Wolałabym powalczyć. Miałam trudny ranek.

W odpowiedzi Rednacht przesłał uśmiechniętą buźkę wraz ze słowami:

Ja również. Niech nasze ostrza napiją się krwi wrogów.

 

Po kilku godzinach gry Sara poczuła się jak nowo narodzona. Zanim się wylogowała, życzyła przyjacielowi dobrej nocy. Potem zjadła lekką kolację i położyła się spać. Zdawała sobie sprawę, że w ten sposób ukrywa się przed prawdziwym życiem. Za to przynajmniej w grze miała przyjaciela, czego nie mogła powiedzieć o bolesnej rzeczywistości.

 

Uwielbiała operę, niestety opera w San Antonio była zamknięta od początku roku, pozostawała więc tylko opera w Houston, od której dzieliła ją długa droga. Kiedy jednak okazało się, że w dzisiejszym programie jest musical A little night music z jej ulubioną balladą Send in the clowns, uznała, że nie może przepuścić takiej okazji. Była dorosła, miała dobry samochód, i nic nie mogło powstrzymać jej przed podróżą. Wsiadła do jaguara i ruszyła, postanawiając, że nocną porą powrotu będzie martwić się później.

Taką samą miłością darzyła teatr, operę i balet. Miała karnety do wszystkich możliwych placówek kulturalnych. Dziś jednak czekała ją szczególna gratka. Dodała gazu.

 

Czytała program, kiedy kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Odwróciła głowę, żeby przyjrzeć się sąsiadowi, i zbladła. Patrzyła wprost w zimne i kpiące oczy swojego najgorszego wroga. Mimowolnie zaklęła po persku.

– Niewyparzony język – zauważył Wolf, kręcąc głową.

Sara zacisnęła zęby, postanawiając wyjść, przy okazji przydeptując palce wrogowi, o ile ośmieli odezwać się jeszcze choćby słowem. Natomiast Wolfa bez reszty absorbowała piękna towarzyszka, choć Sara myślała o tym inaczej. Wielokrotnie widywała go w towarzystwie olśniewających blondynek, uznała więc, że nie gustował w brunetkach, co ją uspokajało.

Nie mogła tylko zrozumieć, dlaczego zawsze siadał obok niej. Zwykle kupowała bilety wiele dni naprzód, a Wolf musiał robić podobnie. Tylko jakim cudem mieli sąsiadujące miejsca nie tylko w San Antonio, ale nawet w Houston? Obiecała sobie, że zanim następnym razem usiądzie, poczeka, aż Wolf gdzieś się usadowi. Tyle że bilety wskazywały konkretne miejsca, więc mogła mieć problem z uwolnieniem się od kłopotliwego sąsiada.

Orkiestra zaczęła stroić instrumenty, a po chwili kurtyna poszła w górę. Rozbrzmiała niebiańska muzyka Stephena Sondheima, w takt której ruszyły do tańca pary. Przypomniała sobie, jak kiedyś, podczas wycieczki do Austrii, tańczyła walca z siwowłosym dżentelmenem. Lubiła podróże. Zwykle wybierała się w pojedynkę, dołączając do zorganizowanej grupy, najczęściej starszych osób. Nie przepadała za samotnymi wyprawami, gdyż przyciągało to niechcianą uwagę mężczyzn. Świat wolała zwiedzać z Gabrielem lub emerytami.

 

W upojeniu wysłuchała Send in the clowns, ostatniego utworu przed przerwą. Blondynka, z którą Wolf zjawił się w operze, wyszła, korzystając z antraktu, ale on się nie ruszył.

– Lubisz operę, prawda? – spytał, chłonąc wzrokiem jej czarną suknię, która przylegała do ciała niczym druga skóra.

– Owszem – przytaknęła, jeżąc się w oczekiwaniu na kolejną porcję złośliwości.

– Baryton był całkiem niezły – oznajmił Wolf, zakładając nogę na nogę. – Z tego, co mi wiadomo, występował w Metropolitan Opera, ale stwierdził, że ma dość Nowego Jorku i wybrał miasto bez permanentnych korków.

– Czytałam o tym.

Wzrok Wolfa spoczął na jej dłoniach, które zaciskała kurczowo na torebce. Wydawało się, że Sara wiedzie beztroskie życie, tymczasem była spięta jak agrafka.

– Przyszłaś sama? – zapytał, a ona ledwie zauważalnie skinęła głową. – Masz daleko do domu, a robi się późno.

– Nie da się ukryć.

– Poprzednio na przedstawieniu w San Antonio widziałem cię z bratem i podopieczną – powiedział powoli, przyglądając się jej uważnie. – Żadnych mężczyzn?

Sara nie odpowiedziała, tylko jeszcze mocniej ścisnęła Bogu ducha winną torebkę. Ku jej kompletnemu zaskoczeniu na jej rękach spoczęła smukła, silna dłoń Wolfa.

– Przestań – poprosił i drgnął, kiedy spojrzała na niego nawiedzonym wzrokiem. – Co ci się stało? – wykrztusił zszokowany.

Sara bez słowa wyrwała mu dłonie, zerwała się z miejsca i uciekła. Zanim dotarła do samochodu, tonęła we łzach.

 

Życie nie jest sprawiedliwe. Od lat nie złapała gumy, ale oczywiście musiało się jej to przydarzyć właśnie teraz, w środku nocy i z dala od bezpiecznego apartamentu w San Antonio.

Kiedy nie było Gabriela ani Michelle, nie przepadała za samotnością w Comanche Wells. Posiadłość była zbyt oddalona od cywilizacji, a przez to niebezpieczna, gdyby odnalazł ją któryś z wrogów brata. Już kiedyś tak się stało, ale na szczęście Gabriel akurat był w domu.

Zdążyła już zadzwonić po holownik, ale musiała na niego trochę poczekać. Od strony gmachu opery nadjechało jakieś auto i zatrzymało się blisko niej. Kiedy do jej samochodu podszedł wysoki mężczyzna, zamarła ze strachu, zanim go rozpoznała i uchyliła okno.

– Fatalne miejsce na przebicie opony – szorstko mruknął Wolf Patterson. – Chodź, podwiozę cię do domu.

– Muszę zaczekać na holownik.

– To poczekamy w moim wozie. Nie zostawię cię tu samej – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Choć Sara była mu wdzięczna, słowa podziękowania jakoś nie chciały jej przejść przez gardło. Wolf zachichotał, widząc jej minę.

– Krótkie „dziękuję” powiedziane do wroga cię nie zabije – parsknął.

– Nie zakładałabym się o to – burknęła, ale wsiadła do jego wozu.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ