Powieść obyczajowa
Mamy jeszcze czas
24,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Mamy jeszcze czas

Michael Zadoorian
brak opinii
Liczba stron: 256
ISBN: 9788327628343
Premiera: 2018-02-22

Ella i John, małżeństwo osiemdziesięciolatków, wyruszają w ostatnią sentymentalną podróż. Jadą wysłużonym kamperem słynną Drogą 66 wiodącą z Detroit do Los Angeles. Ella ma raka w końcowym stadium, John cierpi na alzheimera, mimo to podróżują przez Stany wbrew opinii lekarzy i protestom własnych dzieci. Pokonywali tę trasę wielokrotnie, w podróży poślubnej, z małymi dziećmi, z nieżyjącymi już przyjaciółmi. Oboje chcą udowodnić, że pragnienie wolności i przygody jest w nich nadal żywe, niezależnie od wieku i fizycznych ograniczeń.

 

Amerykańska powieść drogi, przejmująca i czasem zabawna, o wspólnej podróży do kresu życia.   

Jesteśmy turystami.
Niedawno pogodziłam się z tą myślą. Mąż i ja nigdy nie zaliczaliśmy się do ludzi podróżujących po to, żeby poszerzać swoje horyzonty. Jeździliśmy dla rozrywki – zobaczyć Weeki Wachee, Gatlinburg, South of the Border, Lake George, Rock City czy Wall Drug. Widzieliśmy pływające świnie i konie, pokryty kukurydzą pałac w rosyjskim stylu, dziewczęta pijące pod wodą pepsi z małych butelek, Most Londyński na środku pustyni, a nawet papugę kakadu jeżdżącą rowerem po linie.
Chyba zawsze zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
Ta podróż, nasza ostatnia, została należycie zaplanowana w ostatniej chwili, co jest przywilejem emerytów. Cieszę się, że postanowiłam, byśmy ruszyli w drogę, choć wszyscy (lekarze, nasze dzieci) nam tego zabronili. Gdy napomknęłam o planach wyjazdowych doktorowi Tomaszewskiemu – jednemu z setek lekarzy, mam wrażenie, którzy obecnie się mną opiekują – powiedział: „Stanowczo, podkreślam, stanowczo odradzam wszelkie podróże”. Z kolei moja córka, na rzucony od niechcenia pomysł choćby weekendowego wypadu, odezwała się tonem, jakim zazwyczaj zwracamy się do nieposłusznego szczeniaczka: „Nie!”.
Jednak Johnowi i mnie wakacje były potrzebne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Poza tym lekarze chcą, żebym była na miejscu tylko po to, by mogli przeprowadzać na mnie badania, dźgać lodowatymi narzędziami i szukać cieni w moim ciele. Sporo już się napracowali. Z kolei dzieci mają na względzie wyłącznie nasze dobro, ale tak naprawdę wtykają nos w nie swoje sprawy. Posiadanie bezterminowego pełnomocnictwa nie daje prawa decydowania o wszystkim.
Możecie zapytać: Czy to dobry pomysł? Żeby dwoje starych pryków dotkniętych przez los – ona ma więcej dolegliwości zdrowotnych, niż spotyka się w krajach trzeciego świata, a on taką demencję, że nie wie, jaki jest dzień tygodnia – wyruszało w podróż przez cały kraj?
Głupie pytanie. Pewnie, że to nie jest dobry pomysł.
Przypomina mi się historia o tym, jak pan Ambrose Bierce, którego makabryczne opowiastki sprawiały mi wiele przyjemności w młodych latach, jako siedemdziesięciokilkulatek postanowił wypuścić się do Meksyku. Napisał tak: „Oczywiście możliwe jest, a nawet prawdopodobne, że stamtąd nie wrócę. W obcych krajach wszystko może się zdarzyć”. Dodał jeszcze: „To groźniejsze niż starość, choroba albo upadek ze schodów do piwnicy”. Będąc osobą, którą dotknęły te trzy przypadłości, całkowicie zgadzam się ze starym Ambrose’em.
Krótko i węzłowato, nie mieliśmy nic do stracenia. Postanowiłam więc przejść do czynów. Nasz mały kamper, model winnebago leisure seeker, był wyekwipowany i przygotowany do drogi. W takim stanie utrzymywaliśmy go przez cały czas, będąc na emeryturze. Zapewniwszy naszą córkę i naszego syna, że wyjazd na wakacje nie wchodzi w rachubę, porwałam swojego męża, Johna, i czmychnęliśmy z domu, obierając za cel Disneyland. Tam zabraliśmy kiedyś dzieci i dlatego wolimy ten w Kalifornii od tego na Florydzie. Jakkolwiek by patrzeć, jesteśmy w wieku, gdy coraz bardziej dziecinniejemy. Zwłaszcza John.
Opuszczamy Detroit, gdzie mieszkamy od urodzenia, i przemierzamy stan w kierunku zachodnim. Na razie jedzie się wspaniale, gładko i spokojnie. Przez fletnerkę po mojej stronie wpada ze świstem powietrze, a przebyte mile oddalają nas od dawnego Johna i Elli. W głowie się rozjaśnia, bóle słabną, zmartwienia znikają, przynajmniej na kilka godzin. John się nie odzywa, ale siedzi za kierownicą z bardzo zadowoloną miną. Ma swój cichy dzień.
Po około trzech godzinach zatrzymujemy się na pierwszy nocleg w miejscowości wypoczynkowej, która mieni się „kolonią artystyczną”. W centrum zza zimozielonych krzewów prześwituje paleta malarska wielkości brodzika dla dzieci, na której każda plama farby jest elegancko oświetlona lampką w tym samym kolorze. Obok widnieje napis

SAUGATUCK

Tu, przed niemal sześćdziesięcioma laty, spędziliśmy tak zwany miodowy miesiąc (pensjonat pani Miller spłonął dawno temu). Pojechaliśmy autobusem Greyhounda. Tak wyglądała nasza podróż poślubna: wyjazd za psie pieniądze do zachodniego Michigan. Na tyle było nas stać, ale mimo wszystko mieliśmy frajdę. (Och, ileż korzyści człowiek może czerpać z tego, że łatwo go rozbawić).
Po zameldowaniu się na kempingu wykorzystujemy resztę popołudnia na przechadzkę po mieście, dopóki daję radę. Bardzo się cieszę, że znów jestem tu z mężem, po tak długim czasie. Od tamtej pory upłynęło co najmniej trzydzieści lat. Ze zdziwieniem stwierdzam, że miasteczko niewiele się zmieniło – jest dużo cukierni, galerii sztuki, lodziarni i sklepików z pamiątkami. Park znajduje się tam, gdzie dawniej. Wciąż stoi wiele starych budynków, dobrze się trzymają. Jestem zaskoczona, że ojcowie miasta nie widzieli potrzeby zburzenia wszystkiego i zbudowania do nowa. Pewnie uznali, że urlopowicze lubią wracać do miejsc, gdzie czują się swojsko, u siebie, choćby na krótko.
Siedzimy z Johnem na ławeczce przy Main Street, w jesiennym powietrzu unosi się intensywna woń ciepłego karmelu. Przyglądamy się przechodniom: rodzice z dziećmi, w szortach i bluzach, zajadają lody w rożkach, gawędzą, śmieją się lekko i beztrosko, odprężeni ludzie na wakacjach.
– Miłe miejsce – odzywa się John, pierwszy raz od przyjazdu do miasteczka. – Mieszkamy tutaj?
– Nie. Ale miejsce rzeczywiście jest miłe.
John zawsze pyta, czy mieszkamy w danym miejscu, czy jesteśmy w domu. Robi to coraz częściej mniej więcej od roku, gdy mu się pogorszyło. Kłopoty z pamięcią zaczęły się jakieś cztery lata temu, ale pierwsze oznaki wystąpiły wcześniej. U niego proces przebiegał stopniowo. (Moje dolegliwości pojawiły się całkiem niedawno). Powiedziano mi, że mamy szczęście, choć wcale na to nie wygląda. W umyśle Johna najpierw powoli zamazywały się rogi tablicy, potem krawędzie, potem krawędzie krawędzi, powstało kółko, które coraz bardziej się zmniejszało i w końcu zapadło się do środka. Pozostały jedynie niewyraźne ślady tu i ówdzie, w miejscach, gdzie gąbka nie wykonała swojego zadania w pełni, resztki wspomnień, które słyszę na okrągło. Co pewien czas John uprzytamnia sobie, że nie pamięta, co się działo przez znaczną część naszego wspólnego życia, ale ostatnio zdarza się to coraz rzadziej. Gdy od czasu do czasu wpada w złość, nie mogąc sobie czegoś przypomnieć, sprawia mi to radość, bo oznacza, że on wciąż jest po tej stronie, razem ze mną. Ale najczęściej go nie ma. W porządku. To ja przechowuję wspomnienia.

*

John przesypia noce zaskakująco dobrze, natomiast ja prawie w ogóle nie mogę zmrużyć oka. Do późna czytam albo oglądam jakiś durny talk show na naszym telewizorku z wbudowanym akumulatorem. Towarzystwa dotrzymuje mi jedynie peruka na styropianowej głowie. Siedzimy we dwie w niebieskiej poświacie, słuchając Jaya Leno zagłuszanego chrapaniem Johna. Nie szkodzi. Zazwyczaj jest mi wszystko jedno, bo i tak zapadam w drzemkę najwyżej na parę godzin. Sen jest teraz luksusem, na który rzadko mogę sobie pozwolić.
John zostawił portfel, garść monet i kluczyki na stole, tak jak to robi w domu. Biorę do ręki pękatą, impregnowaną potem skórzaną kabzę i zaglądam do środka. Ulatuje stęchły zapach i słychać, jak przegródki odklejają się od siebie. W portfelu panuje bałagan – wyobrażam sobie, że taki sam mój mąż ma w głowie – wszystko jest przemieszane, posklejane, poplątane, jak pokazano w broszurach, które widziałam w gabinetach lekarskich. Znajduję karteczki z bazgrołami nie do odczytania, wizytówki ludzi zmarłych dawno temu, zapasowy kluczyk do samochodu sprzedanego przed laty, nieważne na przemian z ważnymi legitymacje ubezpieczalni Aetna i Medicare. Mogę się założyć, że nie porządkował portfela co najmniej przez dziesięć lat. Nie rozumiem, jak mógł siedzieć na takiej cegle. Nic dziwnego, że ciągle boli go krzyż.
Wsuwam palce do przegródek i wyciągam złożoną na cztery kartkę. W przeciwieństwie do pozostałych rzeczy nie wygląda tak, jakby leżała tam od zawsze. Prostuję ją i widzę oderwane od czegoś zdjęcie. W pierwszej chwili mam wrażenie, że to zdjęcie rodzinne – grupa ludzi stoi przed budynkiem. Ale nikogo nie rozpoznaję. Gdy odginam ponaddzierany brzeg na dole, wyłania się podpis: OD TWOICH PRZYJACIÓŁ Z PUBLISHERS CLEARING HOUSE!
Muszę wyjaśnić, że ta firma wysyłkowa wprost zasypuje nas listami. Swego czasu, jeszcze na początku choroby, John dostał bzika na ich punkcie. Zawsze wypełniał kupony ich loterii i odruchowo zamawiał prenumeratę kompletnie niepotrzebnych nam czasopism dla młodzieży, samochodziarzy czy hodowców fretek. Wkrótce dostawaliśmy po trzy listy tygodniowo od tych skurczybyków. Gdy wypełnianie formularzy zaczęło sprawiać mu coraz większą trudność, otwarte i ledwie przejrzane listy tylko się piętrzyły.
Dopiero po chwili dociera do mnie, dlaczego nosi to zdjęcie w portfelu. Wydaje mu się, że przedstawia jego własną rodzinę! Parskam głośnym śmiechem. Nie chcę obudzić Johna, ale śmieję się do łez. Potem drę zdjęcie na strzępy.

 

INDIANA

Wczesnym rankiem jedziemy przygnębiającą autostradą międzystanową przez Indianę w kierunku Chicago, gdzie zboczymy na Drogę 66, mającą tam swój oficjalny początek. Zazwyczaj nie zbliżamy się do dużych miast. Są niebezpieczne dla starych ludzi. Człowiek po prostu nie nadąża i raz-dwa leży plackiem na chodniku. (Pamiętajcie o tym). Ale ruch jest niewielki, jak to możliwe tylko w niedzielny poranek. Niemniej mijają nas wielkie ciężarówki z naczepami, łoskoczą i sapią, pędząc siedemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt albo i więcej mil na godzinę. Johna jednak nic nie wzrusza.
Choć słabnie na umyśle, nadal jest doskonałym kierowcą. Przypomina mi się Dustin Hoffman w filmie Rain Man. Być może przyczyniły się do tego liczne podróże samochodem, które odbyliśmy przez te wszystkie lata, a może fakt, że prowadzi samochód od trzynastego roku życia. Nie przypuszczam, że kiedykolwiek straci tę umiejętność. W każdym razie gdy człowiek siądzie za kółkiem i wpadnie już w rytm jazdy na długiej trasie, ważne jest tylko utrzymanie kierunku (a to moje zadanie – ja dzierżę mapy), unikanie nagłych i niespodziewanych zjazdów oraz sprawdzanie w lusterku, czy nie zbliża się niebezpieczeństwo.
Niepostrzeżenie powietrze staje się szare i mdłe. W oddali w chmurze zanieczyszczeń lśnią budynki hut i innych zakładów przemysłowych.
John spogląda na mnie krzywo i pyta:
– Puściłaś bąka?
– Nie. Właśnie przejeżdżamy przez Gary.

 

ILLINOIS

Za Chicago, na autostradzie Dana Ryana, nie ma tłoku, za to wszyscy jadą cholernie szybko. John stara się trzymać prawego pasa, tyle że liczba pasów wciąż się zmniejsza albo zwiększa. Żałuję, że nie pojechaliśmy obwodnicą Joliet, jak pierwotnie zamierzałam. Ale coś mnie podkusiło, żeby odbyć tę podróż Drogą 66 od samego jej początku do samego końca.
Nieoficjalnie zaczyna się przy Lake Michigan, na skrzyżowaniu Jackson Drive i Lake Shore Drive, które znajdujemy z łatwością. Dużo trudniej odnaleźć miejsce, gdzie zaczyna się oficjalnie: na skrzyżowaniu Adams Street i Michigan Avenue. Gdy wreszcie widzimy tablicę, każę Johnowi zatrzymać się przy krawężniku. W dzień powszedni byłoby to niemożliwe, dziś jednak ulica jest pusta.

TU ZACZYNA SIĘ HISTORYCZNA DROGA 66 W ILLINOIS

Żeby lepiej widzieć, wychylam się przez okno, ale nie wysiadam. Przy takim wietrze byłoby już po mojej peruce, potoczyłaby się po ulicy jak kłąb suchego zielska na pustyni.
– To tu – mówię do Johna.
– Tak jest – odpowiada z zapałem. Nie mam pewności, czy wie, co robimy.
Prowadzę go wzdłuż Adams Street. Jedziemy między budynkami tak wysokimi, że nie dociera do nas światło słoneczne. W półmroku pod wieżowcami czuję się dziwnie bezpiecznie. Gdy jesteśmy na Ogden Avenue, widzę pierwsze oznaczenia Drogi 66.
W Berwyn logo drogi wisi na latarniach. Dostrzegam agencję nieruchomości o nazwie Route 66 Realty. Gdy docieramy do Cicero, które kiedyś upodobał sobie Al Capone, mieszkańcy jakby dopiero co obudzili się ze snu. Krążą samochodami, ale bez pośpiechu, korzystając z wolnego czasu w niedzielne przedpołudnie.
Stwierdzam, że jeśli mamy z Johnem przetrwać tę podróż, musimy zachowywać się tak samo. Nie śpieszyć się, nie stresować, unikać czteropasmowych autostrad, gdy się tylko da. Ileż to razy gnaliśmy z dziećmi na wakacje. W dwa dni na Florydę, w trzy dni do Kalifornii – „mamy tylko dwa tygodnie urlopu” – jazda, dalej, dalej. Teraz czasu nam nie brakuje. Tyle że ja się sypię, a John ledwie pamięta, jak się nazywa. Ale nie szkodzi. Ja pamiętam. Gdy dodać jego do mnie, w sumie wychodzi jedna cała osoba.
Dwoje małych dzieci idzie drogą z kościoła. Machają do nas. John trąbi w odpowiedzi, a ja macham dłonią niczym królowa Elżbieta.
Mijamy wielkiego białego kurczaka na cokole.

*

Wiedzieliście, że niektóre odcinki Drogi 66 są pogrzebane pod autostradą? Naprawdę. Ci bezwzględni dranie je zabetonowali. Dlatego ta trasa jest obecnie martwa, zdegradowana, pozbawiona oznak jak żołnierz okryty hańbą.
Gdy dojeżdżamy do takiego kawałka autostrady, John odruchowo przyśpiesza – naturalna reakcja u mających „ciężką nogę” chłopców z Detroit.
– Grzejemy! – wołam, ciesząc się swobodą, jakiej nie zaznałam od lat.
Z wysokości kabiny czuć, że schowana w grobowcu Droga 66 przelatuje pod nami z rykiem morskich fal. Nagle ogarnia mnie senność, więc uchylam okno i wpuszczam balsamiczne powietrze, które wpada z impetem i furkotem prześcieradeł suszących się na dworze. Chcę czuć powiew wiatru na twarzy. Ze schowka wyjmuję plastikową chustkę, gadżet reklamowy rozdawany przed wiekami klientom naszej lokalnej pralni chemicznej w Detroit. Zakładam chustkę na perukę, wiążę pod brodą i opuszczam szybę. Kapturek wydyma się, jakby miał poderwać się do lotu, zabierając ze sobą perukę. Podnoszę szybę prawie do samej góry.
Poranek w pełni, pogoda doskonała. Mamy piękny wrześniowy dzień, ze słońcem jak wymalowanym żółtą kredką w górnym rogu dziecięcego rysunku. Mimo to czuję już jesienne tchnienie, lekką wilgoć, piżmowy zapach. W takie dni jesienną porą miałam dawniej wrażenie, że wszystko jest możliwe. Przypomina mi się, jak podczas jakiejś podróży samochodem przed laty, gdy dzieci jeszcze mieszkały z nami, spoglądałam na równinny krajobraz Missouri właśnie takiego dnia, czując przez chwilę, że życie może trwać wiecznie, nigdy się nie kończy.
Aż dziw bierze, o czym potrafi człowieka przekonać odrobina słońca.
Jesień już nie jest moją ulubioną porą roku. Zwiędłe, suche liście przestały mnie urzekać. Sama nie wiem dlaczego.
Kończy się autostrada z warstw i znów jedziemy Drogą 66. Świadczy o tym gigantyczny astronauta w zielonym kombinezonie, stojący przy szosie.
– Tylko popatrz, John! – wołam, gdy podjeżdżamy do szmaragdowego olbrzyma z potężną łepetyną osłoniętą hełmem, który przypomina kuliste akwarium.
– Że niby co? – mamrocze, prawie nie odrywając wzroku od jezdni, kompletnie niezainteresowany.
Kiedy mijamy restaurację drive-in o stosownie astronautycznej nazwie Launching Pad, znów mam ochotę opuścić szybę do samego dołu. Wtedy uprzytamniam sobie, że jeżeli chcę wystawić twarz na wiatr i słońce, nie ma powodu się powstrzymywać. Ściągam chustkę i rozpinam klamerki hełmu z włókna sztucznego wyglądającego jak naturalne (model: Eva Gabor Milady II, odcień: wieczorny zmierzch – siedemdziesiąt pięć procent bieli i dwadzieścia pięć czerni), którymi jest przypięty do resztek włosów jakiej takiej grubości, pozostałych nad karkiem. Wsuwam dłoń pod perukę, ściągam ją od tyłu do góry i obnażam głowę.
Opuszczam szybę i wyrzucam to cholerstwo za okno, patrząc, jak toczy się skrajem drogi i podskakuje niczym potrącone zwierzę. Co za błoga ulga! Nie pamiętam, kiedy ostatnio promienie słońca padały bezpośrednio na moją czaszkę. Na czubku pozostały nędzne resztki owłosienia, cienkie i delikatne jak meszek na główce.
Rozwiewane wiatrem długie kosmyki plączą się i tańczą wokół głowy niczym smętny, zamotany turban, ale teraz w ogóle się tym nie przejmuję. Gdy po klimakterium przerzedziły mi się włosy, strasznie się martwiłam. Było mi wstyd, jakbym zrobiła coś złego, i bałam się, co powiedzą inni. Przez całe życie człowiek dręczy się tym, co ludzie sobie pomyślą, chociaż większość tak naprawdę nie myśli. Kiedy już pomyślą – to prawda, zdarza im się, choć rzadko – zwykle jest to coś złego, ale trzeba ich podziwiać przynajmniej za to, że w ogóle cokolwiek postanie w ich głowach.
Zerkam za siebie na styropianowy stojak na perukę. Głowa nadal jest przymocowana do blatu, nie wygląda już jak moja towarzyszka, lecz mierzy mnie wzrokiem, ocenia, pyta: „Psiakrew, coś ty przed chwilą zrobiła?”. Nie spoglądam do lustra. Wiem, że wyglądam jak półżywa. Nieważne. Już mi lżej.

Mamy jeszcze czas to książka, która umili wam czas - mnie umiliła. Jest to powieść o prawdziwym życiu, o miłości mimo przeszkód i o przyjaźni. Powieść drogi, napisana cudownym prostym językiem i pokazująca, że nie tylko na młodych ludzi czeka przygoda.

Amerykańska powieść drogi, przejmująca i czasem zabawna, o wspólnej podróży do kresu życia.

Wybierzcie się wraz z Ellą i Johnem w ich… podróż. Gorąco polecam.

Co mi się spodobało? Na każdej stronie widać ogrom miłości. Ludzie schorowani, ale pamiętający o uczuciu, o drobnych gestach. Ujęła mnie troska, z którą Ella zajmowała się mężem, dbała o niego.
I mimo, ze zakończenie okazało się przewidywalne, trudno. W świetle tego, co przeczytałam nie jest to problemem.

Gdybym miała opisać jednym słowem książkę, którą tym razem wybrałam do recenzji, zapewne określiłabym ją mianem nieprzeciętnej. Dlaczego właśnie ten wyraz przyszedł mi na myśl? Otóż nie spotykam się zbyt często z powieściami traktującymi o… starości. Przecież przemijanie, choroby, wszystko, co związane z raczej rychłą śmiercią, jest tematem przeważnie pomijanym, odpychanym w najdalsze rejony świadomości, powodującym strach.

Zaryzykowałam. Przekonał mnie opis, który znaleźć możemy na stronie wydawnictwa oraz tyle okładki. W zasadzie najlepiej obrazuje on fabułę książki i przyciąga do zapoznania się z historią. No właśnie – czyją?

Książka skłania do przemyśleń, cieszy obrazami odległych (dla nas) miejsc, które warto by było odwiedzić. W dodatku pozwala mi przy sobie odpocząć w taki niesamowity sposób. Spokojnie i bez nerwów. A na końcu pozostaje smutek i pustka po skończonej lekturze. A także myśl: czy zakończenie, które wybrał autor jest na pewno odpowiednie? Z pewnością takiego się nie spodziewałam!

A jednak jest to opowieść o życiu, najprawdziwszym życiu z jego smutkami i radościami. Zaskakująca do samego końca.

"Mamy jeszcze czas" to dość zabawna historia dwojga starszych osób, które wbrew ograniczeniom postanawiają wyruszyć w podróż. powieść ta ukazuje obraz miłośći, która jest silna pomimo licznych problemów, odmiennych poglądów i... częstego zapominania "kim dla mnie jest ta druga osoba". Ponadto, myślę, że ta książka uczy także wytrwałości - jak w trudnych sytuacjach nie zniechęcać się i stale podążać naprzód, do celu. Ella i John przekonali mnie, że jest to możliwe.

„Mamy jeszcze czas” to powieść, która otworzymy Wam rzeczy na mnóstwo spraw, równocześnie sprawiając, że poczujecie dziwny spokój. Pełne dobrych wzruszeń i humoru, zdecydowanie spodoba się osobom lubiącym książki emocjonalne, ciepłe — ta świetnie nada się na prezent dla tych tracących radość z życia. Naprawdę, potrafi poprawić nastrój!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ