Prawdziwe historie
Wszystkie pieniądze świata
24,99 zł
37,99

Wszystkie pieniądze świata

John Pearson
brak opinii
ISBN: 9788327635402
Premiera: 2018-01-24

Historia wzlotów i upadków trzech pokoleń amerykańskiej rodziny potentatów naftowych.

Jean Paul Getty I, senior rodu, dzięki dobrym inwestycjom w pola naftowe w Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej został najbogatszym żyjącym Amerykaninem. Mógł sobie pozwolić na każdą zachciankę, ale był tak skąpy, że we własnym domu zainstalował płatny telefon. Wielbiciel pięknych kobiet i dzieł sztuki, pięciokrotnie żonaty.

Jean Paul Getty’ego II szybko zrezygnował z pracy w rodzinnej firmie i wybrał dolce vita w Rzymie - wystawne życie lekkomyślnego imprezowicza. Organizator głośnych przyjęć, na których alkohol lał się strumieniami, a narkotyki dodawano do wszystkich potraw.

Jean Paul Getty III został w wieku szesnastu lat porwany przez włoski gang. Początkowo zażądano okupu w wysokości siedemnastu milionów dolarów. Negocjacje trwały długo, ponieważ senior rodu uważał, że jeśli zapłaci chociaż centa, wkrótce zostaną porwane wszystkie jego wnuki. Po uwolnieniu Jean Paul chciał podziękować dziadkowi, ale ten bez słowa odłożył słuchawkę. 

WSTĘP

Jean Paul Getty miał osiemdziesiąt trzy lata. Pierwszy lifting twarzy zrobił w wieku lat sześćdziesięciu, potem jeszcze dwukrotnie, ale ostatni, trzeci z kolei lifting nie był udany, i ten ponoć najbogatszy człowiek świata wyglądał bardzo staro. I miał już tylko jedno życzenie. Żeby Penelope czytała mu książki przygodowe dla chłopców G. A. Henty’ego, znanego pisarza z epoki wiktoriańskiej.
Penelope Kitson – nazywał ją Pen – była wysoką i ładną kobietą, od ponad dwudziestu lat najlepszą przyjaciółką Getty’ego i jego kochanką. Bardzo lubił, gdy czytała na głos, ponieważ robiła to jak rasowa Angielka z wyższych sfer, czyli tonem nieznoszącym sprzeciwu. A było co czytać, miał przecież sporo książek tego autora. Może dlatego, że jego lata chłopięce wyglądały całkiem inaczej niż bohaterów tych powieści i zawsze brakowało mu tego dreszczyku, takich przygód i takich emocji.
Samo umieranie budziło w nim lęk, ale wierzył w reinkarnację. Był przekonany, że w poprzednim życiu wcielił się w cesarza rzymskiego Hadriana. Może to i trochę zabawne, że on – było nie było Jean Paul Getty – podlega prawom reinkarnacji jak jakiś kulis ze slumsów Kalkuty. Czyżby dobry Bóg miał aż tak pokręcone poczucie humoru? Owszem, ma, bo Jean Paul żyć będzie dalej, z tym że jeśli chodzi o następne wcielenie, to żywił pewne obawy. W obecnym życiu szczęście mu dopisało, przecież osiągnął tak wiele. Jednak czy kolejne będzie równie łaskawe? No cóż, nie wiadomo.
Jeden z jego synów, najmłodszy spośród żyjących, razem z żoną przyleciał z Kalifornii. Był w Londynie przez kilka dni, usilnie namawiając ojca, by razem z nimi wrócił wynajętym boeingiem „do domu”. Domem tym miała być należąca do Jeana Paula rezydencja w stylu ranczo w Malibu, tuż nad Pacyfikiem. Ale stary człowiek okropnie bał się latania samolotem, a Malibu – jak i całych Stanów Zjednoczonych, swego ojczystego kraju – nie widział już od ponad dwudziestu lat. Trudno więc podróż do Malibu nazwać powrotem do domu.
– Wiesz co, Pen? Chcą mnie stąd zabrać, bo myślą, że już umieram.
Stwierdzając ten fakt, posłużył się akcentem środkowo-zachodnim, czyli zabrzmiało to tak, jakby jednocześnie liczył koszty każdej sylaby. Zabrzmiało też bardzo stanowczo. Sprawa definitywnie zamknięta, tak jak księgowy zamyka konto. Miliarder J. Paul Getty nie ruszy się z Sutton Place na krok.
Nie zamierza również iść teraz do łóżka.
– W łóżku się umiera – powiedział, dobitnie, dając do zrozumienia, że gdyby to od niego zależało, wybrałby inną opcję. Wiadomo – życie. W nieskończoność.
A ostatnio coś już wybrał. Życie w fotelu na kółkach i w szalu zarzuconym na ramiona.
Bogatym o wiele trudniej spojrzeć śmierci w oczy niż zwyczajnym śmiertelnikom. Z bardzo prostej przyczyny. Mają o wiele więcej do stracenia i do przekazania tym, którzy zostają na ziemskim padole, jak na przykład to wielkie domostwo, w którym niemal wszędzie hulają przeciągi. Zbudował je w latach 1521-1530 sir Richard Weston, dworzanin Henryka VIII, a w 1959 kupił Jean Paul Getty od przyciśniętego do muru szkockiego arystokraty, księcia Sutherlanda. Getty posiadał niejeden dom, ale tylko ta rezydencja, mimo wielu niedogodności, stała się dla niego prawdziwym „moim miejscem na ziemi”. Piękna rezydencja z czerwonej cegły zbudowana za czasów Tudorów w malowniczej okolicy w Surrey, leżała zaledwie trzydzieści kilometrów od Londynu, do którego wiodła autostrada. Było tu dwadzieścia siedem pokoi, a także wielka sala wyłożona boazerią i z balkonem dla minstreli, poza tym dom ten miał swojego ducha (oczywiście Anny Boleyn, bo kogóż by innego?).
Na terenie posiadłości była również niewielka farma, a w klatce koło domu rezydował Nero, lew Getty’ego. Stary człowiek kochał tego zwierzaka, to znaczy dawał mu tyle miłości, na ile go było stać. Karmił go osobiście, był więc pewien, że gdy go zabraknie, Nero będzie za nim tęsknił.
Jego kobiety chyba też.
– Jean Paul Getty jest bardzo męski – ostrzegał kiedyś lord Beaverbrook swoją wnuczkę, lady Jean Campbell.
– Co dokładnie masz na myśli, dziadku? – spytała wnuczka.
– To, że on zawsze jest w stanie gotowości.
I tak to się działo już od okresu dojrzewania, kiedy Getty mieszkał w Los Angeles. Kobiety były jedynym luksusem, którego nigdy sobie nie odmawiał. Raczył się młodymi i starymi, grubymi i tymi, co zgodnie z panującą modą ważyły bardzo niewiele. Były wśród nich mażoretki i księżne, gwiazdy filmu, ulicznice i panie z towarzystwa. Jeszcze do niedawna, by zachować potencję, brał mnóstwo witamin i H3 (czyli tak zwany drag seksu). Ale teraz wszystko wyglądało już inaczej, i to nie seks, lecz pogłoski o rychłym odejściu Getty’ego sprowadziły byłe kochanki do Sutton Place.
Co wcale nie znaczyło, że będzie wobec nich hojny. A już na pewno nie bardziej niż wobec siebie. Może dlatego, że chociaż zawsze był wobec kobiet szarmancki, uczucia było w nim niewiele i rzadko angażował się na dłużej.
Czy pieniądze dały mu szczęście? Cóż…. Z tym był mały problem, ale mógł pocieszyć się myślą, że podobno jest to regułą. Ludzie bardzo bogaci zwykle mają niewiele radości ze swego bogactwa. On sam przynajmniej pod jednym względem mógłby być tego dowodem. Bo ta jego mina. Ćwiczył twarz, by w starciu ze światem była kamienna, a wyszła zbolała, i w rezultacie znany był z tego, że zazwyczaj wygląda jak męczennik. Claus von Bülow, jego osobisty asystent, a przy tym obdarzony swoistym poczuciem humoru, wyraził to inaczej. Jego zdaniem Getty miał zawsze taką minę, jakby był na własnym pogrzebie. Zaraz jednak potem skwapliwie dodał, że była to tylko smętna maska, bo szef tak naprawdę zawsze cieszył się życiem. A całe jego życie była to swego rodzaju komedia.
Może i tak to wyglądało, jednak nigdy się nie dowiemy, czy Getty faktycznie rozkoszował się życiem, kiedy w Surrey, w nocnej ciszy – a był nocnym markiem – ślęczał nad zestawieniem bilansowym.
Jego majątek osiągnął wymiary wręcz surrealistyczne. Znaczna jego część została ostrożnie zainwestowana, pomnażając pieniądze, i w rezultacie nawet sam Jean Paul Getty nie potrafił dokładnie określić, jak wielki jest jego majątek. Wystarczy powiedzieć, że był niemal równy ówczesnemu budżetowi Irlandii Północnej, ziemi jego przodków. Gdyby każdemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych, każdemu mężczyźnie, kobiecie i dziecku dał banknot dziesięciodolarowy, i tak pozostałby bogaczem. Z tym że było mało prawdopodobne, by taka sytuacja kiedykolwiek zaistniała, ponieważ Getty – w przeciwieństwie do Johna D. Rockefellera, który każdemu napotkanemu dziecku zawsze dawał świeżo wybitą dziesięciocentówkę – nie był taki hojny. Niemniej jednak w obwołaniu go sztandarowym skąpcem było wiele przesady. Ludzie mówili, że jak sknera, to bogaty. A nie mieli racji. Sama chciwość nie wystarczy, by zdobyć taką górę pieniędzy. Owszem, może skąpstwo Getty’ego w jakimś stopniu przyczyniło się do tego, ale tak naprawdę przyczyny należy szukać gdzie indziej. Chodzi o to, że Jean Paul Getty był człowiekiem z pasją, który całkowicie skupił się na zdobyciu wielkiej fortuny, wkładając w to tyle serca, co na przykład wielki kompozytor w skomponowanie symfonii. Jego prawdziwą miłością nie były kobiety – to tylko dłuższe lub krótsze epizody – lecz pieniądze. Kochał je gorąco i w trwającym przez całe swe życie romansie z bogactwem okazał się partnerem wiernym, sumiennym i troskliwym, który bogactwo pracowicie pomnażał i strzegł jak oka w głowie przez ponad sześćdziesiąt lat.
A jeśli nawet i był trochę skąpy, można to zrozumieć, bo w tym przypadku to po prostu jeden z przejawów miłości. Oczywiście! Przecież z tym, co kochasz, nie chcesz się rozstawać, a jeszcze bardziej nie chcesz, gdy obiekt twej miłości jest aż tak szczególny, że daje ci wielką nadzieję na nieśmiertelność.
Getty, otulony przeogromnym bogactwem jak deszczową chmurą, prawie bóg, mógł czynić to, co nie dane było zwyczajnym śmiertelnikom, nawet jeśli mieli jakieś tam pieniądze. On, Getty, miał ich tyle, że mógł pociągać za sznurki na całym globie. Od ochroniarzy i ich owczarków alzackich przemykających w ciemnościach wokół jego domu począwszy, a skończywszy na rafineriach ropy pracujących przez całą dobę na okrągło, na prujących wody dalekich oceanów zbiornikowcach, na platformach wiertniczych pompujących bogactwo z dna morza i szybach naftowych w najodleglejszych zakątkach pustyń.
Niestety nawet ta niemal boska siła, którą obdarza śmiertelnego człowieka jego bogactwo, nie mogła uchronić przepotężnego miliardera przed tym, co kiedyś dotknie każdego.
Był samotnikiem, człowiekiem cichym, spokojnym. I tak też umarł 6 czerwca 1976 roku: cicho, spokojnie, pod wieczór, w samotności siedząc w ulubionym fotelu.

Śmierć bardzo pomniejsza człowieka. Niebywale bogaty, najbogatszy człowiek Ameryki, wyglądał bardzo niepozornie w trumnie, którą zgodnie z jego życzeniem wystawiono w wielkiej sali w Sutton Place. Tak jak to uczyniono z trumną pierwszego właściciela Sutton Place, owego dworzanina Tudora. Bo Getty – zgodnie z tym, co kiedyś wyjawiła któraś z jego kochanek – lubił sobie wyobrażać, że jest jednym z byłych właścicieli Sutton Place, księciem Johnem. O czym mógł sobie tylko pomarzyć, ponieważ tytułu książęcego nie można kupić nawet za wielkie pieniądze. Księciem nie był, a przy jego trumnie czuwali tylko ochroniarze, pilnując, by nikt nie ukradł nieboszczyka.
Potem, również zgodnie z jego życzeniem, została odprawiona msza żałobna w anglikańskim kościele św. Marka przy North Audley Street w Mayfair. Msza jednak nietypowa. Mowę wygłosił książę Bedford, zgromadzeni żałobnicy ubrani byli zgodnie z nakazami najnowszej mody, a w żadnym oku nie zakręciła się łza. Na mszę przybył tylko jeden syn Getty’ego, ten wyniszczony alkoholem i narkotykami, a wikariusz za posługę nie dostał ani pensa. Jeana Paula nie mógł za to winić, ponieważ rzeczony Jean Paul nie dość, że martwy i zapakowany w trumnę, był również nieobecny, bo po podróży środkiem lokomocji, którego bał się jak ognia, czyli samolotem – w tym przypadku boeingiem towarowym –przebywał już w Kalifornii w salonie pogrzebowym na cmentarzu Forest Lawn w Hollywood, podczas gdy jego rodzina i władze miasta Los Angeles toczyli zażartą dyskusję na temat, gdzie go pochować.
Niemniej jednak istniała pewna niewielka sfera, na polu której siły witalne tego zagadkowego człowieka wciąż jeszcze były wyczuwalne. Chodzi o testament opublikowany przez londyńskich prawników Getty’ego. I był to dokument bez żadnej przesady fascynujący. Po pierwsze, fascynujące było to, co komu zapisano, a komu nie. Po drugie, testament był fascynującym świadectwem dziwnych i skomplikowanych relacji między zmarłym, jego ogromną fortuną i członkami rodziny rozproszonymi po świecie.
Dzięki testamentowi, jak wiadomo, człowiek ma możność przekazać swoim bliskim ostatnią wolę wtedy, gdy nie będzie go już wśród żywych. Jean Paul doceniał tę możliwość, tym bardziej że sam żył w cieniu testamentu swego ojca sporządzonego przed pięćdziesięcioma laty. I podobnie jak papa, możliwość tę wykorzystał w pełni.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat za każdym razem, gdy pojawiał się u niego jego prawnik z Los Angeles, energiczny i siwowłosy Lansing Hays, Getty chciał coś zmienić w tym dokumencie, który tak naprawdę trochę go przerażał. Kazał kogoś do listy sukcesorów dodać, albo też, zły jak diabli, kogoś z niej usunąć. Był człowiekiem stawiającym na precyzję i swoje życzenia przekazywał właśnie tak. Bardzo precyzyjnie.
Nigdy specjalnie się nie przejmował zwyczajnymi, przeciętnymi ludźmi, a ci spośród nich, którzy zaistnieli w jego życiu, dostali tylko okruchy z najbogatszego stołu Ameryki. Léonowi Turrou, zaufanemu doradcy do spraw bezpieczeństwa, oraz Tomowi Smithowi, pół-Indianinowi i świetnemu masażyście, który w ostatnich latach życia łagodził starcze bóle, Getty obiecał solennie, że będzie o nich pamiętał. A jednak zapomniał i o jednym, i o drugim, czym byli bardzo rozgoryczeni. Ogrodnikom z Sutton Place zapisał równowartość trzech miesięcznych pensji, a równowartość sześciu Bullimore’owi, kamerdynerowi o twarzy pokerzysty. Nawet jego zaufana sekretarka, Barbara Wallace, która czuwała nad nim jak kokoszka nad pisklętami przez prawie dwadzieścia lat, musiała obyć się pięcioma tysiącami dolarów.
Ale kiedy go wspomina, jest wobec niego bardziej wspaniałomyślna niż on wobec niej.
– Taki po prostu był, a ja go kochałam. Dla mnie pieniądze nie są najważniejsze, lecz wspomnienia o pracy z człowiekiem o nadzwyczajnym charakterze. Poza nim nikogo takiego nigdy nie spotkałam.
Nie wszystkie jednak panie, które przewinęły się przez jego życie, były tak wyrozumiałe. Cnotliwej pannie Lund, która była jego radcą prawnym, zapisał zaledwie dwieście dolarów miesięcznie. Czy chciał w ten sposób przekazać, co myśli o niewinności? Może tak, może nie, bo wcale nie niewinnej i pochodzącej z Nikaragui pani Rosabelli Burch zapisał trochę więcej.
Tylko jedną ze swoich przyjaciółek naprawdę obdarował, a mianowicie panią Kitson. Zapisał jej akcje Getty Oil o wartości prawie ośmiuset pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Kiedy na początku lat osiemdziesiątych akcje te stały się dwa razy droższe, pani Kitson, chyba jedyna na świecie, została milionerką tylko dlatego, że kiedyś komuś czytała książki G. A. Henty’ego.
Powściągliwość w obdarowywaniu była zgodna z jego charakterem, więc tak naprawdę nie powinna nikogo dziwić, natomiast jeden, ale za to największy zapis w tym głęboko przemyślanym dokumencie, miał prawo wszystkich zaskoczyć. Ten naprawdę wielki gest ze strony Getty’ego był absolutnie nie w jego stylu. Chodzi o decyzję o spożytkowaniu osobistego majątku testatora w całości, bezwarunkowo i bez żadnych zastrzeżeń na jeden cel. Getty zawsze lubił zaskakiwać i postarał się, aby absolutnie nikt – naturalnie oprócz prawnika Lansinga Haysa – nie podejrzewał, że swoim zapisem testamentowym otworzy śluzę, którą pieniądze bardzo szeroką strugą popłyną do niewielkiej instytucji kulturalnej powstającej w jego posiadłości w Malibu. Tą instytucją jest Muzeum J. Paula Getty’ego, którego on sam na oczy nie widział, bo jakoś zabrakło mu odwagi.
Na to muzeum przeznaczył w swoim testamencie ogromne pieniądze, a mianowicie aktywa osobiste, które w chwili jego śmierci miały wartość prawie miliarda dolarów. Biorąc pod uwagę inflację, dziś byłyby to dwa miliardy. Dzięki tym pieniądzom to w sumie dość dziwne muzeum, bo usytuowane w pieczołowicie zrekonstruowanej starożytnej rzymskiej willi na brzegu Pacyfiku, w ciągu jednej nocy stało się najhojniej dofinansowaną tego typu instytucją w czasach współczesnych. Zdaniem osobistego asystenta Getty’ego, Norrisa Bramletta, jego szef w ten sposób pragnął zapewnić sobie nieśmiertelność. Chciał, by jego nazwisko było znane, dopóki istnieje cywilizacja.
Była to również, o czym Getty przecież wiedział doskonale, decyzja bardzo korzystna pod względem podatkowym. W Kalifornii muzeum jest uważane za placówkę dobroczynną i dlatego zezwala się dyrekcji muzeum co roku wydać cztery procenty kapitału na zakupy, które zwolnione są od podatku. Getty zawsze był przeciwny płaceniu podatków i w przeciwieństwie do wielu zwyczajnych obywateli, którzy myślą podobnie, ale płacą regularnie, on robił to nadzwyczaj rzadko.
Niemniej jednak, mimo powyższych faktów, w testamencie ani słowem nie wspomniano, dlaczego jego pieniądze mają być wykorzystane na ten właśnie cel, nie ma w nim też żadnych wskazówek, na co dokładnie mają być wydawane przez dyrekcję muzeum. Kiedy rywal Getty’ego, Armand Hammer, otworzył swoje i o wiele mniejsze muzeum w Los Angeles, wszystko dopiął na ostatni guzik, ustalając każdy szczegół. Clay Frick z kolei, magnat stali, postarał się, by usunięcie choćby jednej aspidistry z atrium w jego galerii było w świetle prawa właściwe niemożliwe – a co dopiero jeśli chodzi o obrazy! A gdyby dyrekcji Muzeum J. Paula Getty’ego przyszło raptem do głowy sprzedać całą kolekcję obrazów i zmienić muzeum sztuki w muzeum rowerów, mogliby śmiało zrealizować swój pomysł.
W sumie więc tak do końca nie wiadomo, czym kierował się stary człowiek, gdy czynił takie, a nie inne zapisy. Intrygujący był również fakt, że w testamencie prawie nie ma słowa na temat członków jego rodziny, czyli, jak lubił to określić, dynastii Gettych – a więc jego dzieci i wnuków, czyli owoców trzech spośród pięciu małżeństw, z których żadne nie było udane. Czy zapomniał o nich, czy też wszystkich bez wyjątku wydziedziczył?
Otóż nie. Miał po prostu inny pomysł. Kiedy archeolodzy rozkopywali groby najbogatszych faraonów, czasami natrafiali za komorą grobową na jeszcze jedną komorę wypełnioną wszystkim, co najlepsze, w której miał rezydować po wsze czasy duch zmarłego. Coś podobnego stało się z pieniędzmi pozostawionymi przez Jeana Paula Getty’ego, który, jako człowiek skryty, oprócz osobistego majątku, który zapisał swemu muzeum, powoli i systematycznie budował również drugą i jeszcze większą fortunę. Był to niewymieniony w testamencie i całkowicie odłączony od osobistego majątku fundusz powierniczy, który rósł w potęgę dzięki wygranym w potajemnej grze, w którą Getty grał ze światem przez ponad czterdzieści lat. I tam właśnie, w tym funduszu, odkładał olbrzymie kwoty, które zgodnie z zasadami tej gry odziedziczą jego zstępni. Z tym że nie wszyscy.
Fundusz ten, służący Getty’emu jako swego rodzaju wolna od opodatkowania monstrualna skarbonka, stworzony został w latach trzydziestych z inicjatywy jego matki Sarah w celu zabezpieczenia potomnych. I stąd też nazwa: Fundusz Sarah C. Getty. Był to fundusz powierniczy z klauzulą zabezpieczającą przed roztrwonieniem przez lekkomyślnego członka rodziny. Właśnie taki, by Sarah, która w swoim synu dostrzegała skłonność do rozrzutności, mogła spać spokojnie.
Trochę dziwne wydaje się posądzenie o rozrzutność człowieka okrzykniętego potem najbogatszym skąpcem stulecia. A jeszcze dziwniejsze, że Getty miał na punkcie funduszu niemal obsesję i dokładając nieprzerwanie, usypał wielką górę nieopodatkowanego kapitału. W końcu 1986 roku, kiedy fundusz ostatecznie został podzielony między beneficjentów, jego wartość szacowano na ponad cztery miliardy dolarów, a potem wielkość tego kapitału wzrosła jeszcze dwukrotnie.
Można by pomyśleć – a prawdopodobnie tak właśnie myślała Sarah – że fundusz zagwarantuje jej zstępnym wszystko, co może dać bogactwo człowiekowi, który podąża wyboistą drogą życia. Poczucie bezpieczeństwa, dostatek, a także, co bardzo ważne, oddanych przyjaciół.
I… Czy ktoś odważy się to wyszeptać?
Och, po prostu chodzi o szczęście.
Zastanów się nad tym, czytelniku!

Wielką i dotąd nierozwikłaną tajemnicą fortuny Getty’ego jest porażający fakt, że tak wielu swoich beneficjentów zniszczyła, że okazała się nie tylko największą, lecz prawdopodobnie także najbardziej destrukcyjną fortuną wszechczasów. Kiedy miliony ludzi marzą o milionach, kiedy niezliczone miliony gotowe są harować jak wół, spiskować, mordować, dać się ujarzmić już nawet nie za miliony, a za żałosną garść monet. A w przypadku Gettych coś tak pożądanego, tak przyjemnego jak pieniądze sprowadziło na nich tyle nieszczęść.
Jeszcze za życia starego Getty’ego niejeden z jego potomnych stał się wrakiem człowieka. Na trzy lata przed jego śmiercią jeden z jego synów popełnił samobójstwo, potem drugi syn, uzależniony od alkoholu i narkotyków, wyraźnie miał ochotę zrobić to samo. Trzeci syn, wydziedziczony już jako dziecko, z biegiem lat coraz bardziej był tym rozgoryczony. Tylko czwarty, najmłodszy syn żył normalnie, prowadząc szczęśliwe, spełnione życie – ale kosztem czegoś. Całkowitego odcięcia się od Getty Oil i pozostałych biznesów ojca.
Jeszcze zanim umarł stary Getty, zaraza zaczęła szerzyć się i w następnym pokoleniu. Najstarszy wnuk Getty’ego został porwany przez włoską mafię, tracąc przy tym ucho, a w konsekwencji do końca życia pozostał uzależniony od narkotyków, alkoholu i rozpusty, co wyniszczało go całkowicie. Natomiast jego siostra zaraziła się AIDS.
W rezultacie w tych ostatnich latach życia Jeana Paula Getty’ego często było tak, jakby cała rodzina sama chciała ulec autodestrukcji. Kiedy w sądzie brat walczył z bratem o ten ogromny, zatruty spadek. Jeden z dziennikarzy kiedyś wręcz stwierdził, że do końca lat siedemdziesiątych rodzina Gettych stała się po prostu synonimem terminu „rodzina dysfunkcyjna”.
Wielkie fortuny mogą niewątpliwie mieć katastrofalne skutki dla spadkobierców. Zwykle dlatego, że w zbyt młodym wieku uzyskują oni dostęp do zbyt wielkich pieniędzy. Ale w przypadku rodziny Getty’ego to nie pieniądz leżał u podstaw ich nieszczęścia. Żaden z synów Getty’ego nie chował się w luksusie, nawet jeśli w perspektywie było odziedziczenie wielkiego bogactwa. Z wnukami było podobnie.
Balzac, zafascynowany wielkimi fortunami i spustoszeniem, jakich dokonują w rodzinach nuworyszy w czasach II Cesarstwa Francuskiego, napisał kiedyś, że za każdą wielką fortuną kryje się wielka zbrodnia.
Ale tego również absolutnie nie można było odnieść do Gettych. Bo nawet jeśli podczas gromadzenia majątku przez Getty’ego ktoś tam kiedyś może i wykonał odrobinę brudnej roboty lub okazał się dwulicowy, nigdy nie miała miejsca żadna zbrodnia, którą można by wskazać palcem. A już na pewno żadna „wielka zbrodnia”.
W tym wszystkim jednak było coś bardzo intrygującego, co na pewno zafascynowałoby Balzaka. Charakter Jeana Paula Getty’ego. Na pewno skomplikowany. Historia jego fortuny to przecież historia jego życia, a sprzeczności i obsesje tego wyjątkowo ekscentrycznego Kalifornijczyka zawsze odgrywały zasadniczą rolę w jego działaniach, a więc i w sprawie jego problematycznego spadku. Tu odegrały rolę tak wielką, że śmiało można stwierdzić, że to, co stało się z jego dziećmi i dziećmi jego dzieci, jest również spuścizną po Jeanie Paulu, która jednych zniszczyła, a inni, choć z bliznami, dali sobie jakoś radę. A wśród młodszego pokolenia nie brakuje takich, którzy są świadomi tego zagrożenia i starają się nie dopuścić, by historia się powtórzyła.
Wszystko, co się wtedy wydarzyło, razem tworzy niezwykłą kronikę skutków oddziaływania ogromnych pieniędzy na ludzi w istocie bardzo bezbronnych. Aby to zrozumieć, należy zacząć od tego, jak powstała owa fortuna – na pewno w sposób nietuzinkowy – oraz od prześwietlenia charakteru pewnego purytanina, kobieciarza, ale i człowieka samotnego podatnego na lęki, który zrobił z siebie najbogatszego człowieka w Ameryce.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ