Powieść obyczajowa
Cud na Piątej Alei
24,99 zł
37,99

Cud na Piątej Alei

brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327632234
Premiera: 2018-01-24

Eva, nieuleczalna romantyczka, patrzy na życie przez różowe okulary i wierzy w szczęśliwe zakończenia. Jednak czasem nawet jej jest smutno. Po śmierci babki nie ma już żadnej rodziny i ciągle nie może znaleźć prawdziwej miłości, choć jej przyjaciółki dawno odszukały swoje połówki. Do tego nadchodzi Boże Narodzenie, a to trudny czas dla samotnych.

W liście do Świętego Mikołaja prosi więc o romans. Zbieg okoliczności sprawia, że śnieżyca nad Nowym Jorkiem więzi ją w jednym mieszkaniu z cynicznym i przepełnionym pesymizmem autorem kryminałów, których Eva nie cierpi. Wydaje się, że nie mogła trafić gorzej… 

Sarah Morgan

Sarah Morgan uważa, że romanse to najbardziej satysfakcjonująca z rozrywek. Od dziecka chciała być pisarką i chociaż jej życie nie zawsze podążało w tym kierunku, wreszcie się udało. Jej powieści są optymistyczne, za co często dostaje podziękowania od swoich czytelniczek.

W swojej pracy łączy biznes z przyjemnością. Krytycy określają jej powieści mianem „seksownych i pełnych akcji”. Czy może być lepsza zachęta do czytania?

– Jesteśmy na miejscu? – Eva wyjrzała przez okno taksówki. – Niesamowite. Mieszkanie ma pewnie widok na Central Park. Ile bym dała, żeby mieszkać tak blisko Tiffany’ego!

– Potrzebuje pani pomocy z tymi wszystkimi pakunkami? – Szofer spojrzał na nią w lusterku.

– Poradzę sobie, dziękuję.

Zapłaciła za kurs.

Zrobiło się rozpaczliwie zimno, a śnieg padał dużymi, mokrymi płatami, które ograniczały widoczność i osiadały na płaszczu. Kilka śnieżynek wylądowało na odkrytej szyi, wśliznęło się pod kołnierz jak lodowate palce. Wystarczyła chwila, a jej torby i płaszcz okrył śniegowy puch. Chodnik był jeszcze gorszy. Pośliznęła się na grubej warstwie zlodowaciałego śniegu i straciła równowagę.

– Aaaa… – Młóciła rękami w powietrzu i poleciałaby jak długa, gdyby nie portier, który zdołał przytrzymać Evę w ostatniej chwili.

– Uwaga. Jest diabelnie ślisko.

– Właśnie zauważyłam. – Wczepiła się w podane ramię. – Dziękuję. Nie chciałabym spędzać świąt w szpitalu. Podobno kiepsko karmią.

– Pomogę pani z bagażami.

Uniósł rękę i jak spod ziemi pojawiła się para pomagierów w liberiach, którzy załadowali jej torby i pakunki na wózek.

– Dziękuję. Zabieram wszystko do apartamentu na samej górze. Uprzedzono pana, że przyjadę. Zostanę tam przez kilka dni, żeby przyozdobić świątecznie mieszkanie klienta, który przebywa poza miastem. Lucas Blade.

Autor znanych na całym świecie kryminałów, z których przynajmniej tuzin utrzymywał się na listach bestsellerów.

Eva nie przeczytała ani jednego z nich.

Nienawidziła zbrodni – prawdziwej i fikcyjnej. Preferowała jasną stronę życia i ludzkie zalety. Nie chciała budzić się w nocy z krzykiem.

W budynku ogarnęła ją fala ciepła, odgoniła przeszywający mroźny powiew z Piątej Alei. Policzki ją szczypały, a palce mimo rękawiczek były zlodowaciałe. Nawet czapka naciągnięta na uszy nie chroniła wystarczająco dobrze przed srogą nowojorską zimą.

– Będę potrzebował jakiegoś dowodu tożsamości. – Portier był teraz zasadniczy i oficjalny. – Mieliśmy w okolicy serię włamań. Jak się nazywa firma?

– Urban Genie. – Wciąż czuła dumę, gdy wymieniała tę nazwę. Jej własna firma. Założyła ją z przyjaciółkami. Podała prawo jazdy. – Działamy na rynku od niedawna, ale idziemy jak burza. – Strzepnęła śnieg z rękawiczek i uśmiechnęła się. – Może nie jak burza, zważywszy na to, co się dzieje na dworze, ale jak przyjemny letni wiatr. Mamy wielkie nadzieje na świetlaną przyszłość. Oto klucze do apartamentu pana Blade’a. – Pomachała nimi, a spojrzenie portiera złagodniało.

Potem sprawdził podany dowód tożsamości.

– Jest pani na mojej liście. Proszę się podpisać.

– Mogę prosić o przysługę? – Eva podpisała się zamaszyście. – Kiedy wróci pan Lucas Blade, proszę mu nie mówić, że byłam. Dekoracja ma być niespodzianką. Otworzy drzwi do mieszkania i znajdzie wszystko gotowe do świąt. Zupełnie jak niezapowiedziane przyjęcie urodzinowe.

Wiedziała, że nie wszyscy lubią niespodziankowe przyjęcia, ale czyż rodzina nie powinna orientować się najlepiej? Babcia Lucasa była jedną z jej pierwszych klientek, a teraz stała się dobrą przyjaciółką. Dostała od niej wyraźne polecenie. Należy świątecznie przystroić mieszkanie. Wszystko ma być gotowe na Boże Narodzenie. Właściciel przebywał tymczasem w Vermoncie, pochłonięty pracą nad książką, i świat dla niego nie istniał. Przez weekend miała jeszcze przygotować świąteczne potrawy i wypełnić nimi lodówkę. Lucas wróci nie wcześniej niż w przyszłym tygodniu.

– Oczywiście, jestem do pani usług. – Portier uśmiechnął się.

– Dziękuję… – Zerknęła na plakietkę. – Albercie. Uratował mi pan życie. W niektórych egzotycznych kulturach to by oznaczało, że jestem pańską niewolnicą. Na szczęście dla pana żyjemy w Nowym Jorku. Nawet pan nie wie, jaki kłopot pana ominął.

– Babka pana Blade’a dzwoniła wcześniej i zapowiadała, że przyśle mu prezent. – Roześmiał się. – Nie spodziewałem się, że to będzie kobieta.

– To nie ja jestem prezentem, lecz moje umiejętności. Nie jestem przecież opakowana w srebrny papier i przewiązana czerwoną wstążką.

– Spędzi pani w apartamencie kilka nocy? Sama?

– Zgadza się. – Nic w tym dziwnego. Paige od czasu do czasu wpadała na nocowanie, ale poza nią Eva nie przyjmowała gości zostających do rana. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio spędził u niej noc mężczyzna. To się musi zmienić. Zmiana była na samym szczycie listy jej gwiazdkowych życzeń. – Lucas wróci w przyszłym tygodniu, a przy tej pogodzie nie ma sensu, żebym się miotała po mieście tam i z powrotem. – Spojrzała przez przydymioną szybę na sypiący coraz gęściej śnieg. – Dzisiejsza pogoda nie zachęca do podróży.

– Wyjątkowa śnieżyca. Prognozują, że w ciągu nocy napada dodatkowych czterdzieści sześć centymetrów śniegu. Będzie wiało z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas zaopatrzyć się w jedzenie i baterie do latarek i wyciągnąć ze schowków łopaty do odśnieżania. – Albert spojrzał na jej pakunki, z których wysypywały się choinkowe ornamenty. – Wygląda na to, że nie będzie się pani martwiła pogodą. Ręce pełne roboty przy świątecznej dekoracji. Pewnie kocha pani Boże Narodzenie.

– To prawda. – A przynajmniej tak było, dopóki żyła babcia. Eva zamierzała znów stać się dawną sobą. Na samo wspomnienie poczuła ból w sercu. – A jak to jest z panem, Albercie?

– Będę w pracy. Straciłem żonę. Byliśmy razem przez czterdzieści lat. Nie mieliśmy dzieci, więc święta spędzaliśmy we dwoje. Zostałem sam jak palec. Lepiej mi na dyżurze niż w pustym mieszkaniu przy odgrzewanym obiedzie z supermarketu. Lubię być wśród ludzi.

Eva poczuła przypływ współczucia. Rozumiała potrzebę przebywania wśród ludzi. Była taka sama. Nie to, że źle znosiła samotność. Radziła sobie z nią. Jednak mając wybór, zawsze wolałaby czyjeś towarzystwo. Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła wizytówkę.

– Niech pan to weźmie – powiedziała impulsywnie.

– Sycylijska restauracja Romano’s, Brooklyn?

– Najlepsza pizza w Nowym Jorku. Właścicielką jest mama jednego z moich przyjaciół. W Boże Narodzenie zaprasza do stołu wszystkich, którzy się tego dnia u niej pokażą. Pomagam jej w kuchni. Potrafię gotować, choć ostatnio organizujemy duże imprezy dla naszych klientów, więc zatrudniam zewnętrznych dostawców i restauratorów. – Za dużo gadam, pomyślała i wskazała na wizytówkę. – Jeśli będzie pan wolny w Boże Narodzenie, proszę do nas dołączyć, Albercie.

– Spotkała mnie pani przed pięcioma minutami. – Spojrzał na nią zaskoczony. – Dlaczego mnie pani zaprasza?

– Ocalił mnie pan, gdy o mało nie wywinęłam orła na chodniku. A poza tym chodzi o święta. Nikt nie powinien być sam w Boże Narodzenie. – Sam. To słowo wraca do niej jak bumerang. – Nie zamierzam zaszyć się w domu. Gdy tylko przestanie padać i da się coś zobaczyć na metr przed sobą, wyskoczę do Central Parku i zrobię gigantycznego bałwana wielkości Empire State Building. Nazwę go Bałwanem Empire State. A skoro już mowa o gigantach, zamówiłam dostawę choinki. Mam nadzieję, że dotrze jeszcze przed zamiecią. Pomyśli pan, że buchnęłam ją sprzed Rockefeller Center, ale przysięgam, nic z tych rzeczy.

– Taka wielka?

– Mój klient mieszka w luksusowym apartamencie. Takie mieszkanie wymaga odpowiedniego drzewka. Mam nadzieję, że uda mi się wtargać je na górę.

– Proszę się nie martwić. Zajmę się tym. – Zmarszczył brwi. – Czy rodzina nie będzie się niepokoiła? Może jednak powinna pani wrócić do domu, dopóki się da?

Niechcący trafił w jej czuły punkt.

– Będzie mi znakomicie. Ciepło i bezpiecznie. Dziękuję, Albercie. Jest pan na medal.

Poszła do windy, starając się nie myśleć o wszystkich mieszkańcach Nowego Jorku wracających teraz do swoich domów. Śmiech, radosne powitania, uściski.

Wszyscy to mają, tylko nie ona.

Jest sama jak palec.

Nie ma żadnego żyjącego krewnego. To prawda, ma przyjaciół, wspaniałych, ale z jakiegoś powodu to nie zmniejsza bólu.

Jest sama.

Dlaczego w czasie świąt Bożego Narodzenia samotność wydaje się jeszcze bardziej dotkliwa?

Winda wznosiła się gładko i w ciszy. Wreszcie drzwi się otworzyły.

Mieszkanie Lucasa Blade’a znajdowało się zaraz na wprost. Podziękowała dwóm pomagierom, którzy wnieśli za nią torby i paczki, i starannie zamknęła drzwi.

Kiedy się rozejrzała, oczarował ją spektakularny widok z okna, które zajmowało całą ścianę salonu.

Nie włączyła światła. Zdjęła tylko buty, żeby nie wnosić śniegu, i w skarpetkach podeszła do szklanej ściany.

Jedno trzeba przyznać, Lucas Blade ma dobry gust i klasę.

Miał też ogrzewanie podłogowe, więc rozkoszne ciepło przeniknęło przez grube wełniane skarpety i pomału rozmroziło jej stopy.

Patrzyła na dominujące na horyzoncie wieżowce, a uczucie chłodu wreszcie ustąpiło i stopniały ostatnie płatki śniegu.

Przed sobą w dole widziała światełka na Piątej Alei, gdzie kilku odważnych taksówkarzy przebijało się przez Manhattan. Wkrótce wszystko zasypie śnieg. Drogi zostaną zamknięte. Jazda samochodem stanie się niemożliwa, a przynajmniej nierozsądna. Nowy Jork, miasto, które nigdy nie zasypia, zapadnie w wymuszony bezruch.

Duże płatki opadały i wirowały, niesione przez wiatr, wreszcie osiadały na rosnącej grubej warstwie bieli otulającej miasto.

Eva objęła się ramionami. Spojrzała na srebrzystobiałe połacie Central Parku.

Oto Nowy Jork w swojej najpiękniejszej zimowej szacie. Dlaczego Lucas Blade uważał, że musi wyjechać, aby pisać w spokoju? Nie miała pojęcia. Gdyby to mieszkanie należało do niej, chyba by z niego nie wychodziła.

On jednak miał swoje powody.

Wciąż był w żałobie. Trzy lata temu przed świętami Bożego Narodzenia stracił ukochaną żonę. Jego babka opowiedziała Evie, jak bardzo się zmienił pod wpływem osobistej tragedii. Nic dziwnego. Stracił miłość swojego życia, pokrewną duszę.

Ewa oparła się czołem o szybę. Głęboko mu współczuła.

Przyjaciele mawiali, że jest zbyt wrażliwa, jednak ona przyzwyczaiła się, że wszystko tak bardzo przeżywa. Potrafiła wyobrazić sobie cierpienie Lucasa, choć nigdy go nie spotkała.

Spotkać miłość swojego życia tylko po to, by ją stracić – to okrucieństwo losu.

Jak się pozbierać po czymś takim?

Sama nie wiedziała, jak długo stała przy oknie, ale nagle poczuła, że nie jest sama. Zaczęło się od mrowienia na karku, które szybko przerodziło się w lodowaty dreszcz strachu, gdy usłyszała jakieś skrzypnięcie.

Chyba jej się przesłyszało. Przecież była sama. Luksusowy budynek miał jeden z najlepszych systemów zabezpieczeń w mieście, a sama zamknęła drzwi.

Nikt za nią nie szedł, więc mieszkanie powinno być puste, chyba że…

Przełknęła głośno ślinę, bo nagle przyszło jej do głowy inne rozwiązanie.

…ktoś tu się zakradł wcześniej.

Powoli odwróciła głowę, żałując, że nie zapaliła światła. Niebo pociemniało i całe mieszkanie wydawało jej się pełne podejrzanych cieni i tajemniczych zakamarków. Wyobraźnia zaczęła pracować gorączkowo, nie dopuszczając do głosu rozumu. Tamten odgłos mógł być wywołany czymś niewinnym. Mógł pochodzić zza ściany.

Wstrzymała oddech, a wtedy usłyszała kolejny dźwięk, tym razem zdecydowanie wewnątrz mieszkania. Brzmiało to jak odgłos ostrożnych kroków. Ktoś się skradał i robił to bardzo cicho.

Jakiś cień poruszył się za nią.

Przeszył ją paraliżujący strach.

Zaskoczyła włamywacza. Przestało być ważne, jak i kiedy wszedł. Liczyło się, jak się stąd wydostać.

Od drzwi dzielił ją ogromny dystans.

Uda się?

Serce jej waliło, dłonie były wilgotne od potu.

Pożałowała, że zdjęła buty.

Zaczęła się skradać do drzwi, a jednocześnie wyciągnęła komórkę. Ręce jej się trzęsły tak bardzo, że omal jej nie wypuściła.

Wcisnęła przycisk alarmowy. Odezwał się kobiecy głos.

– Telefon alarmowy 911.

– Pomocy, ktoś jest w mieszkaniu – wyszeptała do słuchawki Eva.

– Proszę mówić głośniej.

– Ktoś jest w mieszkaniu.

Drzwi były o krok. Jeśli uda jej się zjechać do Alberta…

Jakaś ręka zatkała jej usta. Zanim Eva zdążyła wrzasnąć, wylądowała na podłodze, przygnieciona przez silne męskie ciało.

Napastnik ją unieruchomił. Jedną ręką zatkał jej usta, a drugą brutalnie przyciskał jej dłonie.

Do jasnej anielki!

Gdyby mogła, z pewnością wzywałaby pomocy, ale nie była w stanie otworzyć ust.

Nie mogła się ruszyć. Nie potrafiła głębiej odetchnąć, choć o dziwo jej zmysły były na tyle wyczulone, że przyszło jej do głowy, iż rabuś naprawdę dobrze pachnie.

Co za ironia losu, że gdy po dwóch latach marzeń i nadziei wylądowała wreszcie z facetem w pozycji horyzontalnej, ten usiłuje ją zabić.

Co za szkoda i jaka perfidna ironia losu.

„Tu leży Eva, której gwiazdkowym życzeniem było znaleźć się w ramionach mężczyzny, ale nie określiła dokładnie okoliczności”.

To ma być jej ostatnia myśl? Jak widać mózg płata figle, gdy zaczyna mu brakować tlenu. Skoro już ułożyła dla siebie epitafium, umrze teraz w ciemnym mieszkaniu, kilka tygodni przed świętami, zmiażdżona przez przyjemnie pachnącego osiłka o mięśniach z żelaza. Jeśli Lucas Blade nie wróci w planowanym terminie, jej ciało znajdą po wielu tygodniach. Trwa przecież burza śniegowa, eufemistycznie określana jako „zimowe załamanie pogody”.

Wściekłość dodała jej sił.

Nie! Nie chce umrzeć bez pożegnania się z przyjaciółkami. Kupiła już prezenty gwiazdkowe dla Paige i Frankie, a nikt nie wie, gdzie je ukryła. W jej mieszkaniu panuje koszmarny bałagan. Wciąż powtarzała sobie, że trzeba posprzątać, ale jakoś nie znalazła na to czasu. A jeśli policja będzie tam poszukiwała wskazówek? Wszystko jest porozrzucane na podłodze. Co za wstyd. Ale silniejsze było pragnienie, żeby jeszcze raz nacieszyć się Bożym Narodzeniem w Nowym Jorku i nie umierać, dopóki przynajmniej raz w życiu nie zazna obłędnego, cudownego seksu, od którego ziemia się porusza.

To nie może być ostatni kontakt fizyczny z mężczyzną.

Chce żyć, za wszelką cenę.

Z rozpaczliwym wysiłkiem spróbowała wymierzyć agresorowi cios głową, ale z łatwością go uniknął. Usłyszała tylko przyspieszony oddech, dostrzegła czarne włosy i iskrzące się gniewem oczy. W tym momencie rozległo się łomotanie do drzwi i krzyki policjantów.

Osłabła z wrażenia.

A jednak zlokalizowali jej zgłoszenie.

W myślach podziękowała opatrzności. Napastnik zaklął pod nosem. Policja wpadła do środka, a tuż za nimi stanął Albert.

W tym momencie kochała starego portiera najbardziej na świecie.

– Policja, stać!

Pokój zalało światło elektryczne, a przygniatający Evę mężczyzna wreszcie ją puścił.

Gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Przymrużyła oczy i poczuła, że mężczyzna ściąga jej czapkę z głowy. Włosy opadły jej na ramiona.

Na moment ich spojrzenia się spotkały, a wtedy dostrzegła zaskoczenie i niedowierzanie napastnika.

– Kobieta?

Miał niski, seksowny głos. Seksowny głos, seksowne ciało. Szkoda, że bandyta.

– Jasne, że kobieta. A przynajmniej nią byłam. Teraz nawet nie wiem, czy jeszcze żyję.

Eva ostrożnie sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy jest w stanie poruszać nogami i rękami. Mężczyzna wstał sprężystym kocim ruchem, a ona zauważyła zszokowane miny policjantów.

– Lucas? Nie wiedzieliśmy, że jesteś w domu. Przyjęliśmy zgłoszenie od niezidentyfikowanej kobiety, że było włamanie.

Lucas? Napastnikiem był Lucas Blade? Przecież to nie kryminalista, tylko właściciel mieszkania!

Przyjrzała mu się uważnie i dotarło do niej, że wygląda znajomo. Widziała jego twarz na okładkach książek. Trudno było się pomylić. Ostre rysy twarzy, wyrazisty nos, czarne oczy i włosy. Aparycja równie pociągająca co zapach, a ciało… Nie potrzebowała taksować wzrokiem szerokich barków i napiętych mięśni, żeby wiedzieć, jaki jest silny. Przed chwilą leżała przygnieciona jego ciężarem, świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Poczuła dziwne łaskotanie w brzuchu.

Co się z nią dzieje?

Facet o mało jej nie zabił, a ona ma na jego temat erotyczne myśli.

Kolejny dowód, że długotrwałe życie w celibacie jej nie służy. Zdecydowanie trzeba jakoś temu zaradzić.

Odwróciła głowę i myślała gorączkowo.

Co Lucas robi w swoim mieszkaniu? Przecież miał być w Vermoncie?

– Ta kobieta się do mnie włamała – stwierdził ponuro Lucas i wszyscy jak na komendę spojrzeli na Evę.

Wszyscy poza Albertem, który najwyraźniej był skonfundowany.

– Nie jestem włamywaczką. Powiedziano mi, że mieszkanie będzie puste – oburzyła się Eva. – Miało pana nie być.

– Skąd pani wie? Sprawdza pani, które apartamenty będą puste w czasie świąt?

Może jest seksowny, ale zdaje się, że zbyt rzadko się uśmiecha. Eva nie rozumiała, dlaczego nagle to ona musi się tłumaczyć.

– Oczywiście, że nie. Zostałam o to poproszona.

– Ma pani wspólnika?

– Gdybym się włamała, czy dzwoniłabym na policję?

– Czemu nie? Zorientowała się pani, że ktoś jest w domu, więc spróbowała udawać Bogu ducha winną.

– Ale ja jestem niewinna. – Eva spojrzała na gospodarza z niedowierzaniem. – Ma pan dziwaczny, chory umysł.

Szukała wzrokiem wsparcia u policjantów, ale nie okazali zrozumienia.

– Proszę wstać.

Głos policjanta był szorstki i nieprzyjazny, więc Eva uniosła swoje poobijane ciało i usiadła.

– Łatwo powiedzieć. Mam przynajmniej czterysta połamanych kości.

Lucas szarpnął ją za rękę i zmusił do wstania.

– W ludzkim ciele nie ma czterystu kości.

– Właśnie że tak, skoro większość została połamana. – Evy nawet nie zdziwiło, że Lucas uniósł ją bez wysiłku. Zdążyła poczuć na sobie to mocne, dobrze umięśnione ciało. – Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? Zamiast przesłuchiwać mnie na temat rzekomego włamania, proszę go aresztować za napaść na kobietę. Co pan tu robi, do licha? Miał pan być w Vermoncie, a nie czaić się w ciemności.

– To mój dom. Nikt nie „czai się” we własnym mieszkaniu. – Zmarszczył brwi. – Skąd pani wiedziała, że jestem w Vermoncie?

– Powiedziała mi pańska babcia. – Eva rozcierała bolącą kostkę. – I podtrzymuję: skradał się pan w ciemnościach.

– To pani się czaiła w mroku.

– Podziwiałam śnieg. Jestem romantyczką. To chyba nie zbrodnia?

– My o tym zadecydujemy – przerwał jej policjant. – Zabierzemy podejrzaną na posterunek.

– Czekajcie. – Lucas podniósł dłoń, a to wystarczyło, żeby funkcjonariusz się zatrzymał. – Mówi pani, że moja babcia powiedziała o wyjeździe do Vermontu?

– Wszystko się zgadza, panie Blade – oznajmił Albert. – To jest Eva. Przysyła ją pańska babka. Sam sprawdziłem. Nikt nie wiedział, że jest pan w swoim apartamencie – zauważył z nutą nagany.

Lucas puścił to mimo uszu.

– Zna pani moją babcię? – zapytał Evę.

– Oczywiście. To ona mnie zatrudniła.

– Do czego konkretnie?

Oczy mu pociemniały. Przypominały niebo niemal czarne przed groźną burzą.

Babcia Lucasa w kółko opowiadała o swoim wnuku. Wspomniała, że był znakomitym narciarzem, że kiedyś spędził okrągły rok w arktycznej chacie, że biegle posługiwał się francuskim, włoskim i rosyjskim, że trenował przynajmniej cztery rodzaje sztuk walki i nigdy nie pokazywał nikomu swoich książek, dopóki ich nie skończył.

Nie wspomniała tylko, że potrafi budzić grozę.

– Miałam przygotować pańskie mieszkanie na nadchodzące święta Bożego Narodzenia.

– I?

– I co? To wszystko. Jaki niby miałabym inny powód? – Dostrzegła złośliwy wyraz jego oczu. – Sugeruje pan, że włamałam się, bo chciałam pana poznać?

– To nie byłby pierwszy taki przypadek.

– Kobiety robią takie rzeczy? – Oburzenie zmieszało się z zaciekawieniem. Nawet jej nie przyszedłby do głowy taki pomysł w pogoni za facetem. – Jak to wygląda? Rzucają się na pana, zamiast powiedzieć dzień dobry?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ