Thriller / Sensacja / Kryminał
Dom szpiegów
KUP TERAZ

Dom szpiegów

brak opinii
ISBN: 9788327634290
Premiera: 2017-11-22

Było ich dwunastu. Wszyscy spędzili jakiś czas w ośrodku szkoleniowym ISIS. Dotarli do Wielkiej Brytanii pojedynczo, większość przywitano z otwartymi ramionami. Mieli zabić tylu niewiernych, ilu zdołają. Mężczyzn, kobiet, dzieci – bez różnicy.

Zaatakowali w sercu Londynu. Następnego dnia większość zabitych leżała tam, gdzie zginęła. Cały West End ogłoszono miejscem zbrodni.

Ze względów bezpieczeństwa przestało kursować metro, a instytucje publiczne i domy handlowe zostały zamknięte. Londyńska giełda otworzyła się o czasie, ale transakcje zawieszono, gdy doszło do gwałtownych spadków akcji. Straty finansowe okazały się równie katastrofalne, jak ofiary w ludziach.

Sposób przeprowadzenia ataków wskazuje, że operacją kierował Saladyn, terrorysta odpowiedzialny za podobne zamachy w Waszyngtonie. Brytyjski wywiad prosi o pomoc Gabriela Allona, który od dawna próbuje dopaść Saladyna.

Ślady prowadzą do Jeana-Luca Martela, właściciela restauracji, hoteli i salonów mody. Ten francuski celebryta i ulubieniec elit może mieć na sumieniu setki ludzkich istnień.

Daniel Silva

Daniel Silva to autor najlepiej sprzedających się powieści szpiegowskich na świecie. Przetłumaczone na ponad trzydzieści języków, przez wiele tygodni gościły na listach bestsellerów New York Timesa. Autor wraz z żoną Jamie Gangel, dziennikarką, i dwójką dzieci – Lily i Nicholasem – mieszka na Florydzie

 Było ich dwunastu. Arabowie i Afrykańczycy z pochodzenia, lecz z europejskimi paszportami. Wszyscy spędzili jakiś czas w kalifacie ISIS, między innymi w zniszczonym teraz ośrodku szkoleniowym w pobliżu starożytnej Palmyry, i wszyscy wrócili do Europy, uchodząc uwadze władz. Później ustalono, że otrzymywali rozkazy poprzez Telegram – oparty na chmurze darmowy komunikator używający szyfrowania end-to-end. Podawano im tylko adres, datę i godzinę, o której mieli się stawić. Nie wiedzieli, że nie tylko oni otrzymują podobne instrukcje, ani też, że stanowią część większego spisku. W gruncie rzeczy nie wiedzieli nawet, że jakiś spisek istnieje.

Docierali do Zjednoczonego Królestwa pojedynczo, pociągami i promami. Dwu lub trzem zadano na granicy jakieś pytania, resztę powitano z otwartymi ramionami. Czterech udało się do miasta Luton, czterech do Harlow i czterech do Gravesend. We wszystkich tych miejscach oczekiwał ich zamieszkały na stałe w Wielkiej Brytanii członek siatki. Czekała tam również broń – kamizelki z materiałami wybuchowymi i karabiny bojowe. Każda z kamizelek zawierała kilogram TATP, wrażliwej substancji o potężnej sile wybuchu, do produkcji której używano zmywacza do paznokci oraz wody utlenionej. Karabiny bojowe AK 47 pochodziły z fabryki na Białorusi.

Brytyjscy koordynatorzy krótko instruowali członków komórek szturmowych na temat ich zadań i celu misji. Planowana operacja nie wymagała udziału zamachowców- samobójców, lecz wojowników gotowych na śmierć. Wyposażeni w automaty mieli zabić tylu niewiernych, ilu tylko zdołali. I dopiero w ostateczności, osaczeni przez policję, mogli zdetonować wybuchowe kamizelki. Ich celem nie było zniszczenie budynków czy pomników, lecz rozlew krwi. Nie robili różnic między mężczyznami i kobietami, dorosłymi i dziećmi. Nie znali litości.

Późnym popołudniem członkowie trzech komórek – w Luton, Harlow i Gravesend – zjedli wspólnie ostatni posiłek, po czym dokonali rytualnego przygotowania ciał na śmierć. Na koniec, o siódmej wieczorem, wsiedli do trzech identycznych białych furgonetek marki Ford Transit. Brytyjscy rezydenci prowadzili, wojownicy – w kamizelkach i z karabinami – siedzieli z tyłu. Żadna z komórek nie wiedziała o istnieniu innych, ale wszystkie kierowały się w stronę londyńskiego West Endu, by zgodnie z nadrzędnym planem zaatakować o tej samej porze. Punktualność była znakiem firmowym Saladyna. Wierzył, że zarówno w aktach terroru jak i w życiu, wyczucie czasu ma decydujące znaczenie.

Szacowny Teatr Garricka przetrwał światowe wojny, Wielką Depresję, zimną wojnę  i królewską abdykację. Nigdy jednak nie doświadczył niczego, co można by porównać z tym, co wydarzyło się o 8.20 tego wieczoru, gdy wtargnęło tam pięciu terrorystów ISIS i zaczęło strzelać do widowni. W ciągu pierwszych trzydziestu sekund zginęło ponad sto osób, a kolejne sto poniosło śmierć w następnych pięciu minutach, kiedy to napastnicy metodycznie przesuwali się przez salę teatralną, nie omijając żadnego rzędu ani fotela. Około dwustu szczęściarzy zdołało uciec bocznymi i tylnymi drzwiami, łącznie z całą obsadą aktorską i obsługą sceny. Wielu z nich już nigdy nie podjęło pracy w teatrze. 

Terroryści opuścili teatr po siedmiu minutach, by natknąć się na zewnątrz na dwu nieuzbrojonych funkcjonariuszy policji metropolitalnej. Zabili obu i ruszyli na Irving Street. Tam, przesuwając się od restauracji do restauracji, mordowali każdą napotkaną osobę do momentu, gdy na skraju Leicester Square podjęła interwencję para funkcjonariuszy ze specjalnej jednostki Met. Dysponowali oni wprawdzie jedynie glockami 17 kalibru 9mm, ale i tak zastrzelili dwu spośród zamachowców, zanim ci zdołali zdetonować swoje kamizelki. Dwaj, którzy przeżyli, wysadzili się w holu przepastnego kina Odeon, a trzeci w pełnej ludzi włoskiej restauracji. Była to zaledwie jedna odsłona ataku, a zginęło w niej blisko czterysta osób, co stanowiło największą liczbę śmiertelnych ofiar zamachu w brytyjskiej historii, większą nawet niż eksplozja na pokładzie samolotu PanAm lot 103, do której doszło w 1988 roku nad szkockim Lockerbie.

Niestety owa pięcioosobowa komórka nie była osamotniona. Druga grupa, ta z Luton, jak okazało się później, zaatakowała Teatr Księcia Edwarda również o 20. 20, w trakcie spektaklu Miss Saigon. Sala była tu znacznie większa niż w Teatrze Garricka, gdyż miała 1600, a nie 656 miejsc. Dlatego liczba ofiar znacznie przewyższała poprzednią. Co więcej, wszystkich pięciu terrorystów zdetonowało swoje kamizelki w barach i restauracjach położonych przy Old Compton Street. W ciągu sześciu minut zginęło ponad pięćset osób.

Trzecim celem był St. Martin`s. Pięciu terrorystów zaatakowało dokładnie o 20.20. Tym razem jednak wkroczyła jednostka specjalna. Później okazało się, że pewien przechodzień, w którym z czasem rozpoznano znanego londyńskiego marszanda, zaalarmował władze sekundy po wtargnięciu napastników do teatru. Ten sam marszand aktywnie pomagał w ewakuacji gości z restauracji Ivy, dzięki czemu w tej części ataku zginęły jedynie osiemdziesiąt cztery osoby. Gdyby się to wydarzyło innego wieczoru i w innym mieście, liczba ofiar byłaby niewyobrażalna. Należało dziękować Bogu. Ale Saladyn uderzył w serce Londynu i odtąd Londyn nigdy już nie miał być taki sam.

Skala nieszczęścia ujawniła się w pełni dopiero następnego ranka. Większość zabitych leżała tam, gdzie zginęła, w istocie wielu nadal siedziało na wykupionych miejscach. Komendant Policji Metropolitalnej uznał cały West End za miejsce zbrodni i apelował, by zarówno londyńczycy jak i turyści unikali tej dzielnicy. Ze względów bezpieczeństwa metro przestało kursować, a instytucje publiczne i domy handlowe zostały zamknięte. Londyńska giełda otworzyła się wprawdzie o czasie, ale transakcje zawieszono, gdyż doszło do gwałtownych spadków akcji. Straty finansowe okazały się równie katastrofalne jak ofiary w ludziach.

Względy bezpieczeństwa zadecydowały również o tym, że premier Jonathan Lancaster dopiero w południe udał się na teren ataku. Z towarzyszącą mu małżonką Dianą przeszedł pieszo z Garrick do Teatru Księcia Edwarda, a potem do St. Martin`s. Następnie, stając na Leicester Square przed prowizorycznym posterunkiem Met, udzielił krótkiej wypowiedzi dla mediów. Blady i  wstrząśnięty zapewnił, że ręka sprawiedliwości dosięgnie zbrodniarzy.

– Wróg jest zdeterminowany – oświadczył. – Ale my też.

Tymczasem wróg zachowywał dziwne milczenie. Owszem, pojawiło się kilka triumfalnych wpisów na popularnych stronach ugrupowań ekstremistycznych, ale centralne dowództwo ISIS nie podpisało się pod żadnym z nich. W końcu jednak o godz.17-tej czasu londyńskiego na jednym z wielu tweetów tej organizacji oficjalnie potwierdzono odpowiedzialność za zamach i zamieszczono zdjęcia piętnastu terrorystów, którzy go dokonali. Kilku analityków terroryzmu wyraziło zdziwienie, że w oświadczeniu nie występuje wzmianka o niejakim Saladynie. Ale najbardziej wtajemniczeni nie byli tym zaskoczeni. Saladyn – mówili – jest mistrzem. I jak wielu mistrzów nie lubi podpisywać się pod swym dziełem.

 O ile pierwszy dzień przepełniony był żalem i poczuciem solidarności, już na drugi pojawiły się różnice opinii i oskarżenia. W Izbie Gmin kilku członków opozycji obwiniało premiera i szefów służb specjalnych o to, że nie zdołali udaremnić zamachu. Nade wszystko jednak usiłowano dociec, jak to możliwe, by w kraju o jednym z najbardziej drakońskich praw dotyczących posiadania i nabywania broni terroryści weszli w posiadanie karabinów bojowych. Szef komórki antyterrorystycznej Met wydał w tej kwestii oświadczenie, podobnie jak Amanda Wallace, dyrektor generalna MI5. Natomiast Graham Seymour, szef Służb Specjalnych, znanych jako MI6, wolał zachować milczenie. Do niedawna rząd brytyjski nie potwierdzał istnienia MI6 i żaden minister o zdrowych zmysłach nie rozważał nawet możliwości publicznego ujawnienia nazwiska szefa wywiadu. Seymour przedkładał stare obyczaje nad nowe. Był urodzonym i dobrze wyszkolonym szpiegiem. A żaden szpieg nie zdradza swej tożsamości tam, gdzie wystarczy zręczny przeciek wykorzystany przez znajomego reportera.

Odpowiedzialność za ochronę brytyjskiej ziemi przed terroryzmem spoczywa głównie na MI5, Policji Metropolitalnej oraz Centrum Antyterrorystycznym. Niemniej tajne służby wywiadu mają do odegrania ważną rolę polegającą na wykryciu spisków za granicą, zanim te dotrą do brytyjskich wybrzeży. Graham Seymour wielokrotnie ostrzegał premiera, że atak ISIS na Zjednoczone Królestwo jest bliski, ale jego agenci nie zdołali przedstawić żadnych aktualnych, konkretnych dowodów na potwierdzenie tej tezy. Dlatego atak na Londyn, który pochłonął horrendalną liczbę ofiar, Seymour uznał za największą klęskę w swej długiej i chlubnej karierze.

Gdy terroryści dokonywali rzezi, przebywał w swym wspaniałym biurze na najwyższym piętrze Vauxhall Cross, skąd widział błyski eksplozji – a w ponurych dniach, które nastąpiły potem, rzadko je opuszczał. Jego najbliżsi współpracownicy błagali, by choć na chwilę się zdrzemnął, a prywatnie wyrażali niepokój na widok jego skrajnego wyczerpania. Seymour krótko odpowiadał, że powinni się raczej zająć poszukiwaniem jakiejś istotnej informacji, która pozwoliłaby zapobiec następnemu atakowi. Pragnął uchwycić jakąś luźną nić, znaleźć kogoś z siatki Saladyna, kto byłby skłonny do współpracy. Nie kogoś z kręgu władz, ci byli zbyt lojalni. Poszukiwał płotki – gońca lub tragarza. Kogoś, kto, być może, nie zdawał sobie nawet sprawy, że jest członkiem organizacji terrorystycznej. Może nawet imię Saladyn było mu obce.

Policjanci różnych formacji w sytuacjach kryzysowych posiadają liczne uprawnienia – organizują pościgi, dokonują aresztowań, zwołują konferencje prasowe, by zapewnić społeczeństwo, że robią wszystko co w ich mocy dla bezpieczeństwa ogółu. Szpiedzy nie dysponują takimi możliwościami. Z definicji działają w ukryciu, zakamuflowani w pokojach hotelowych i tajnych kwaterach, a także innych podejrzanych miejscach, gdzie perswazją lub przymusem skłaniają potencjalnych informatorów do przekazania im ważnych wiadomości. U początków swej kariery zawodowej Graham Seymour również parał się taką pracą. Teraz jednak mógł najwyżej obserwować wysiłki innych ze złoconej klatki swego biura. Największą trwogą przejmowała go myśl, że jakieś obce służby wcześniej niż on trafią na taką luźną nić i że znów zostanie skazany na rolę pomocnika. MI6 nie mogło samodzielnie unicestwić siatki Saladyna. Potrzebowało w tym celu wsparcia sojuszników z Zachodniej Europy, Bliskiego Wschodu i Ameryki. Ale gdyby zdołało zdobyć jakąś istotną informację we właściwym czasie, Graham Seymour zostałby pierwszym wśród równych. We współczesnym świecie jest to dla asa wywiadu spełnienie największych ambicji.

Dlatego też przebywał w swym biurze dzień i noc, obserwując zazdrośnie, jak Met i MI5 likwidują resztki siatki Saladyna w Wielkiej Brytanii. MI6 nie miało żadnych osiągnięć. W gruncie rzeczy Seymour  dowiedział się więcej od przyjaciół z Langley i Tel Awiwu niż od swoich podwładnych. W końcu, dokładnie tydzień po ataku, uznał, że dobrze mu zrobi noc spędzona w domu. Kamery zarejestrowały, że jego limuzyna opuściła parking dokładnie o 8.20. Ale gdy kierował się przez Tamizę do Belgravii, cicho zamruczała służbowa komórka. Rozpoznał numer, podobnie jak kobiecy głos, który odezwał się chwilę później.

– Wybacz, jeśli przeszkadzam – zaczęła Amanda Wallce – ale mam coś, co mogłoby cię zainteresować. Czy wpadłbyś na drinka? Dziś ja stawiam.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ