Thriller / Sensacja / Kryminał
Zostać panią Parrish
KUP TERAZ

Zostać panią Parrish

Liv Constantine
brak opinii
ISBN: 9788327634306
Premiera: 2017-11-15

Amber Patterson uważa, że jest stworzona do życia w luksusie. Ma wybujałą ambicje, zero skrupułów i spore zdolności aktorskie.

Daphne Parrish ma wszystko, o czym marzy Amber. Bogatego i przystojnego męża, luksusowy dom i udane dzieci. Prowadzi idealne, pozbawione trosk życie.

Amber obmyśla plan, jak zająć jej miejsce. Bez skrupułów, krok po kroku wdziera się w życie Parrishów, umiejętnie manipulując wszystkimi członkami rodziny. Prowadzi cyniczną grę, ale musi się spieszyć, bo na jaw mogą wyjść jej sekrety z przeszłości. Nie wie, że jest tylko pionkiem i to nie ona rozdaje karty. 

Gdy rzuciła pierwsze spojrzenie na dom w stylu charakterystycznym dla Nantucket, prawie zalała ją żółć, poczuła obrzydliwie gorzki smak zazdrości. Warta grube miliony posiadłość nad cieśniną Long Island idealnie wtapiała się w otoczenie. Biała brama, ogrodzenie gęsto porośnięte pnącymi różami i powojem, cudowna bryła budynku odwzorowująca kształt linii brzegowej… Innymi słowy, prawdziwa perła architektury.

Amber zaparkowała niebieską toyotę corollę i rozejrzała się wokół. Jej sfatygowany samochód aż nadto rzucał się w oczy obok lśniącego mercedesa i nowiutkiego bmw, wyglądał jak brzydka plama na drogocennym perskim dywanie. Zamknęła oczy i przez kilka minut siedziała nieruchomo. Oddychała głęboko, powtarzając w myślach wszystkie informacje zebrane w minionych tygodniach. Wszystko dokładnie zaplanowała, przede wszystkim starannie wybrała ubranie, by idealnie wpasować się w pożądany wizerunek. Zero ekstrawagancji, skromnie upięte włosy, śladowy makijaż – tylko trochę różu i niemal bezbarwny błyszczyk. Pedantycznie wyprasowana lekko rozkloszowana beżowa spódnica i biała koszulowa bluzka z długimi rękawami, zamówione z katalogu L.L.Bean. Do tego wygodne, niemal płaskie sandały pozbawione wszelkich ozdób. Skromnie i nudno, żadnego podkreślania kobiecości, nie mówiąc już o kokieterii. Czy taka szara myszka może stanowić dla kogokolwiek zagrożenie? Z pewnością nie dla kobiety pokroju Daphne Parrish.

Kiedy wysiadła z samochodu, pod stopami zachrzęściły kamyki, którymi był wysypany podjazd. Wszystkie lśniące i idealnie gładkie, niemal identycznej wielkości. Już po chwili zrozumiała, że stoi na tyłach budynku, który frontem, jakżeby inaczej, był zwrócony w stronę cieśniny. Po lewej stronie zauważyła przytulną, porośniętą wistarią altankę. Dwie długie ławki aż zapraszały, by na nich chwilę odpocząć. Nie śpieszyła się, uważnie lustrując otoczenie. Czytała o takich rezydencjach, oglądała w internecie domy gwiazd filmowych i najbogatszych przedsiębiorców. Często stały na uboczu, zawsze dalekie od ostentacji, by nie kłuć w oczy tych, dla których fortuna okazała się mniej łaskawa. Pieniądze dają wolność, dobrze o tym wiedziała. Dzięki nim możesz się ukryć przed resztą świata, masz wybór, to ty decydujesz, jakie życie chcesz prowadzić.

Daphne co prawda zaprosiła ją na dziesiątą, ale Amber postanowiła przyjechać nieco wcześniej. Przede wszystkim po to, by spędzić trochę czasu sam na sam z Daphne, poza tym wolała być na miejscu, zanim pojawią się kolejne kobiety, bo w ten sposób zyskiwała nad nimi lekką przewagę. Uznają ją za pilną pszczółkę, kolejną pozyskaną przez Daphne entuzjastkę pracy dobroczynnej, a dzięki temu stanie się dla nich niemal niewidzialna. Wkroczyła po szerokich schodach i nacisnęła dzwonek. Przez częściowo przeszklone drzwi widziała długi korytarz prowadzący do frontowego wejścia, zauważyła też błysk błękitnych wód zatoki. Po chwili w progu stanęła szeroko uśmiechnięta Daphne.

– Witaj. Jak miło, że znalazłaś dla mnie czas. – Ujęła Amber za ramię i poprowadziła w głąb domu.

Amber obdarzyła ją skromnym, nieco spłoszonym uśmiechem, który opanowała do perfekcji podczas ćwiczeń przed lustrem.

– Dziękuję za zaproszenie – odparła. – Tak się cieszę, że poprosiłaś mnie o pomoc.

– Wiele się spodziewam po naszej współpracy. Chodźmy tędy, zawsze spotykamy się w oranżerii.

Weszły do ośmiokątnego pomieszczenia z olbrzymimi, sięgającymi podłogi oknami. Kwieciste perkalowe zasłony w żywych kolorach nadawały wnętrzu przytulności. Przez otwarte przeszklone drzwi wpadała morska bryza, i Amber z przyjemnością wciągnęła do płuc przesycone solą powietrze.

– Usiądź, proszę. Mamy trochę czasu, zanim pojawią się pozostali – powiedziała Daphne.

Amber usiadła na obitej pluszem sofie, Daphne na jednym ze stojących naprzeciwko foteli. Eleganckim i wygodnym jak reszta mebli. Luz i niewymuszona pewność siebie, tak silna świadomość przynależności do kasty bogatych i uprzywilejowanych, że nie trzeba niczego udowadniać ani robić na pokaz. Daphne wyglądała jak żywcem wyjęta z magazynów o luksusowych wnętrzach, tutaj była u siebie, w swoim świecie. Idealnie skrojone szare spodnie, jedwabna bluzka, perłowe kolczyki. Lśniące blond włosy w na pozór niedbałych falach okalały twarz o idealnie regularnych rysach. Same ciuchy i kolczyki muszą być warte kilka tysiaków, a do tego należy doliczyć brylant wielkości jajka na palcu i zegarek od Cartiera. Prawdopodobnie w kasetce na biżuterię znalazłoby się jeszcze sporo innych godnych uwagi świecidełek. Amber zerknęła na swój przeceniony zegarek z taniego sklepu i uznała, że będą same jeszcze około dziesięciu minut.

– Daphne, jeszcze raz dziękuję, że zwróciłaś się do mnie o pomoc – powiedziała.

– To ja powinnam być wdzięczna. Pomocników nigdy za wiele. Oczywiście wszystkie panie ciężko pracują na rzecz chorych, jednak tylko ty wiesz, jak to wygląda od środka, z czym muszą się zmagać pacjenci i ich rodziny. – Daphne nachyliła się w jej stronę. – Opowiedz coś o sobie. Pochodzisz z Connecticut?

– Nie, z Nebraski. – Amber bardzo starannie opracowała i wykuła swój daleki od rzeczywistości życiorys. – Wyjechałam stamtąd zaraz po śmierci siostry. – Wybrała Nebraskę uznawaną za jeden z najnudniejszych stanów, poza tym wątpiła, by któraś z przyjaciółek Daphne stamtąd pochodziła. – Moja najlepsza przyjaciółka studiowała w Nowym Jorku, a mieszkała w Bishop’s Harbour. Kiedy przyjechała na pogrzeb mojej siostry, zaproponowała, bym się do niej wprowadziła. Uznała, że zmiana otoczenia dobrze mi zrobi, a jej przyda się współlokatorka. Od dwóch lat tam mieszkam.

– Przykro mi, że straciłaś siostrę. – Daphne patrzyła na nią badawczo. – Ten, kto nie stracił nikogo bliskiego, nie zrozumie twojego bólu. Ja codziennie myślę o Julii, nadal nie pogodziłam się z jej śmiercią, dlatego fundacja jest dla mnie taka ważna. Na szczęście mam dwie zdrowe córki, niestety dla wielu ludzi los nie był tak łaskawy.

Amber sięgnęła po oprawioną w srebrną ramkę fotografię dwóch małych dziewczynek.

– To twoje córki? – zapytała.

– Tak, Tallulah i Bella – odparła Daphne, uśmiechając się z dumą. – To zdjęcie z zeszłorocznych wakacji nad jeziorem.

Obie jasnowłose, opalone, w kostiumach kąpielowych. Siedziały na pomoście, obejmując się czule.

– Cudowne. Ile mają lat?

– Tallulah dziesięć, a Bella siedem. Są bardzo zżyte, mam nadzieję, że nic ich nigdy nie rozdzieli. – Daphne uroniła łzę i dodała: – Co wieczór gorąco się o to modlę.

Amber przypomniała sobie przeczytane wywiady z aktorami, w których opowiadali, że gdy muszą płakać na planie filmowym, zawsze myślą o najsmutniejszych wydarzeniach z własnego życia. Spróbowała zastosować teraz tę technikę, niestety bezskutecznie. Zasmucało ją jedynie to, że nie może zająć miejsca Daphne i zostać właścicielką tego wspaniałego domu. Zrobiła, co w jej mocy, by przynajmniej wyglądać na bardzo przygnębioną.

W chwili gdy odstawiała zdjęcie, ktoś zadzwonił do drzwi. Daphne wstała, ale zanim poszła otworzyć, zwróciła się do Amber:

– Poczęstuj się kawą albo herbatą. Na stole jest też trochę różnych łakoci.

Amber wstała, ale zostawiła na sofie torebkę, by zaznaczyć, że miejsce jest zajęte. Chciała być jak najbliżej Daphne. Kiedy nalewała kawę, do pokoju zaczęły wchodzić kolejne kobiety. Rozlegały się głośne afektowane powitania, ściskano się i całowano. Amber miała wrażenie, że znalazła się wśród stada gdaczących kwok.

– Proszę o uwagę. – Daphne podniosła głos, by przebić się przez harmider. Podeszła do Amber i objęła ją. – Mam wspaniałą nowinę. Od dzisiaj Amber będzie jedną z nas. Niestety jej siostra zmarła na mukowiscydozę. – Amber jak na komendę wlepiła wzrok w podłogę, pozostałe kobiety wydały kilka współczujących pomruków. – Proponuję, by zanim zaczniemy zebranie, każda z was przedstawiła się Amber. – Daphne usiadła, spojrzała na zdjęcie córek, a potem pedantycznie przesunęła je o kilka centymetrów.

Kobiety podchodziły do Amber, uśmiechały się i przedstawiały. Lois, Bunny, Faith, Meredith, Victoria i Neeve. Korowód zadbanych lasek w drogich ciuchach, podobne jedna do drugiej, jakby produkowane ze sztancy, jednak dwie zwróciły szczególną uwagę Amber. Bunny mogłaby bez castingu zostać gwiazdą programu Żony z Bishop’s Harbour, o ile ktoś chciałby taki gniot wyprodukować. Szczupła długowłosa blondynka o dużych zielonych oczach zapewniłaby programowi rekordową oglądalność. Perfekcyjna w każdym calu i w pełni świadoma tej perfekcji. Amber zauważyła ją już w siłowni, gdzie Bunny, ubrana w króciutkie szorty i sportowy stanik, wyciskała z siebie siódme poty. Cóż, w sumie niewielka cena za ciało jak marzenie. No i była jeszcze Meredith, która zupełnie nie pasowała do reszty towarzystwa. Nie tylko dlatego, jak zrozumiała Amber po dłuższej obserwacji, że prawdopodobnie miała w głębokim poważaniu swój wygląd i nie odczuwała potrzeby, by komukolwiek imponować. Ubrana w drogie ciuchy, ale o klasycznym kroju, bez krzty ostentacji. Świadoma, że w jej rodzinie pieniądze są od pokoleń, dlatego nie musi nic nikomu udowadniać. Akcent charakterystyczny dla absolwentów drogich prywatnych szkół, skromność i dystynkcja.

Pod koniec zebrania Meredith usiadła obok Amber i zagaiła:

– Witamy w naszej fundacji, Amber. Przykro mi, że straciłaś siostrę.

– Dziękuję.

– Od dawna przyjaźnisz się z Daphne?

– Nie, poznałyśmy się kilka dni temu na siłowni.

– Ciekawe zrządzenie losu. – Meredith nie spuszczała oczu z Amber, zupełnie jakby chciała przejrzeć ją na wylot.

– Miałyśmy szczęście – odparła ostrożnie Amber, przeczuwając, że przed tą kobietą musi mieć się na baczności.

– Można tak powiedzieć. – Meredith jeszcze raz zmierzyła Amber przenikliwym spojrzeniem. – Miło było cię poznać, a z biegiem czasu z pewnością poznam cię jeszcze lepiej. – Rozciągnęła usta w zdawkowym uśmiechu i odeszła.

Amber natychmiast wyczuła niebezpieczeństwo. Nie chodziło o słowa, które padły, raczej o sposób bycia Meredith. W tej kobiecie jest coś niepokojącego, ale może to tylko wytwór mojej wyobraźni, uznała Amber. Odstawiła filiżankę po kawie i podeszła do otwartych drzwi prowadzących na taras. Pokusa, by wyjść i chociaż przez chwilę popatrzeć na piaszczystą plażę i błękitną wodę, okazała się nie do odparcia.

Już miała wrócić do środka, gdy usłyszała perorującą Meredith:

– Na litość boską, Daphne, czy ty w ogóle coś wiesz o tej dziewczynie? Poznałyście się na siłowni, i tyle?

Amber cofnęła się trochę i nadstawiła uszu.

– Meredith, daj spokój. Wiem, że nie jesteś zbyt otwartą osobą, ale siostra tej dziewczyny umarła na mukowiscydozę, nic więcej nie potrzebuję wiedzieć – odparła Daphne. – Zależy jej, by zebrać jak najwięcej pieniędzy na walkę z tą straszną chorobą.

– Sprawdziłaś ją? – Meredith nie mogła wyzbyć się podejrzliwości. – Wiesz coś o jej rodzinie, wykształceniu, środowisku, w którym się obraca?

– Pracujemy na rzecz fundacji dobroczynnej, a nie w sądzie najwyższym. Zobaczysz, że będzie z niej pożytek – odparła poirytowana Daphne.

– W porządku, jak uważasz. Obyśmy nigdy więcej nie musiały poruszać tego tematu.

Amber przez chwilę słuchała oddalających się kroków, a potem weszła do środka. Meredith może stanowić problem, a skoro zamierza dowiedzieć się czegoś o niej, to trzeba dopilnować, by pozyskała jak najmniej informacji. Nie można dopuścić, by jakaś cholerna snobka popsuła jej szyki. Ostatnia osoba, która tego próbowała, dostała to, na co zasłużyła.

 

***

 

Amber otworzyła butelkę wina, którą chowała na specjalną okazję. Żałosne, że musiała zachować umiarkowanie nawet w spożyciu tak taniego wina jak ten merlot za dwadzieścia dolarów. Niestety nędzna pensja, jaką otrzymywała w biurze handlu nieruchomościami, ledwie starczała na czynsz, a ten w Bishop’s Harbour był absurdalnie wysoki. Oczywiście przed przyjazdem do Connecticut wszystko dokładnie sprawdziła, zależało jej na znalezieniu lokum w odpowiednio zamożnym mieście. Nie najbogatszym, raczej takim z pierwszej dziesiątki. No i niezbyt dużym, bo tam spodziewała się łatwiej znaleźć dla siebie wygodną niszę, z której mogłaby zaatakować bogatych i uprzywilejowanych. Bishop’s Harbour okazało się strzałem w dziesiątkę. Piękna plaża i blisko do Nowego Jorku. Co prawda w sąsiednim miasteczku znalazłaby tańsze mieszkanie, ale Bishop’s Harbour było o wiele bardziej perspektywiczne. Mogła na przykład korzystać z tutejszego basenu, gdzie Amber otworzyła butelkę wina, którą chowała na specjalną okazję. Żałosne, że musiała zachować umiarkowanie nawet w spożyciu tak taniego wina jak ten merlot za dwadzieścia dolarów. Niestety nędzna pensja, jaką otrzymywała w biurze handlu nieruchomościami, ledwie starczała na czynsz, a ten w Bishop’s Harbour był absurdalnie wysoki. Oczywiście przed przyjazdem do Connecticut wszystko dokładnie sprawdziła, zależało jej na znalezieniu lokum w odpowiednio zamożnym mieście. Nie najbogatszym, raczej takim z pierwszej dziesiątki. No i niezbyt dużym, bo tam spodziewała się łatwiej znaleźć dla siebie wygodną niszę, z której mogłaby zaatakować bogatych i uprzywilejowanych. Bishop’s Harbour okazało się strzałem w dziesiątkę. Piękna plaża i blisko do Nowego Jorku. Co prawda w sąsiednim miasteczku znalazłaby tańsze mieszkanie, ale Bishop’s Harbour było o wiele bardziej perspektywiczne. Mogła na przykład korzystać z tutejszego basenu, gdzie szybko zaczęła prowadzić pogawędki z nianiami pilnującymi bogatych dzieciaków. To właśnie tutaj, kilka miesięcy temu, po raz pierwszy usłyszała o Jacksonie Parrishu. Udawała zatopioną w lekturze, jednak w rzeczywistości wsłuchiwała się pilnie w rozmowę siedzących za jej plecami młodych kobiet, wychwytując każde słowo.

– Wiesz, będzie mi ich brakowało, ale jesienią kończę szkołę – powiedziała pierwsza z nich, sądząc po głosie, bardzo młoda.

– Nie możesz studiować i pracować? – zapytała druga, której akcentu Amber zupełnie nie umiała umiejscowić.

– Mogłabym, gdybym pracowała u kogoś innego, ale oni często podróżują. Fajnie było wyjeżdżać do domu nad jeziorem albo mieszkać w Nowym Jorku, tyle że musiałabym opuścić sporo wykładów.

– Czy już znaleźli kogoś na twoje miejsce? Chętnie bym się u nich zatrudniła.

– Jasne, nie ty jedna. Daphne jest cudowna, a o facecie jak Jackson marzy każda kobieta. Która nie chciałaby wyjść za przystojniaka z kupą szmalu? Daphne to szczęściara. Szukają teraz kogoś na moje miejsce, ale ze względu na dziewczynki nowa opiekunka musi znać francuski. Poszukaj pracy gdzie indziej.

Amber natychmiast wyciągnęła komórkę i wygooglowała Jacksona Parrisha. Aż zabrakło jej tchu, gdy jego zdjęcie pojawiło się na wyświetlaczu. Gęste czarne włosy, pełne wargi i kobaltowe oczy. Z taką urodą na pewno zrobiłby karierę w przemyśle filmowym. Przeczytała, co pisał o nim Forbes, i jej oddech natychmiast przyśpieszył. Jackson zbił fortunę na międzynarodowym handlu nieruchomościami i w tej chwili był wśród pięciuset najbogatszych ludzi świata. Kliknęła na następny link, artykuł w Town & Country. Dowiedziała się, że Jackson jest żonaty z cudowną Daphne. Długo wpatrywała się w zdjęcie pary i ich córek. Stali uśmiechnięci na plaży przed pięknym domem o szaro-białej fasadzie. Wyszukała wszelkie dostępne informacje o Parrishach, a przy tej o fundacji Uśmiech Julii w głowie Amber zaczął kiełkować śmiały plan.

Wyciągnęła się wygodnie w wannie, uniosła kieliszek z winem i wypiła solidny łyk, po raz kolejny składając sobie gratulacje za spryt i przemyślany sposób działania.

Pogrążyła się w rozmyślaniu o Daphne, Jacksonie i ich córkach, Tallulah i Belli. Modelowa rodzina dwa plus dwa, idealna jak z obrazka. Na wspomnienie szybkiej akcji, którą próbowała przeprowadzić w Missouri, ogarnął ją śmiech. Wtedy skończyło się katastrofą, teraz nie popełni już takich głupich błędów.

Otworzyła laptopa i wpisała do wyszukiwarki „Meredith Stanton”. Link za linkiem, mnóstwo informacji, większość na temat działalności dobroczynnej. Meredith pochodziła z bogatej rodziny Bellów, którzy zbili fortunę na organizacji wyścigów konnych. Jeśli wierzyć internetowi, Meredith była pasjonatką koni. Hodowała je, brała udział w zawodach, polowała konno i można było odnieść wrażenie, że większość czasu spędza w siodle lub stajni. Właściwie nie powinnam być zaskoczona, uznała Amber. Przecież ta kobieta ma nawet końską szczękę.

Przyjrzała się uważnie zdjęciu Meredith i jej męża, Randolpha H. Stantona III, którzy raczyli zaszczycić obecnością bal dobroczynny w Nowym Jorku. Amber uznała, że stary Randolph to sztywniak, wyglądał, jakby ktoś wetknął mu w tyłek bardzo długi kij. Nie wydawało się, żeby miał poczucie humoru, no ale to bankierowi chyba nie jest potrzebne. Za jego jedyną pozytywną cechę uznała dostęp do fortuny Stantonów.

Potem poszukała informacji o Bunny Nichols, ale tym razem niewiele się dowiedziała. Bunny była czwartą żoną Marcha Nicholsa, wpływowego nowojorskiego adwokata, który miał opinię bezwzględnego, pozbawionego wszelkich skrupułów człowieka. Jego poprzednie żony były w zasadzie kopiami Bunny, a zatem miał słabość do rozrywkowych, długonogich blondynek. W jednym z artykułów pisano o Bunny jako o byłej modelce, co Amber skwitowała gromkim śmiechem.

Wypiła resztę wina, odstawiła pustą już butelkę i zalogowała się na Facebooku, gdzie miała kilka fałszywych kont. Otworzyła profil, który pilnie śledziła, sprawdzając, czy są nowe informacje lub zdjęcia. Zmrużyła oczy, patrząc na fotografię małego chłopca. Trzymał pojemnik na lunch, drugą rączką ściskał dłoń tej wrednej bogatej suki. Podpis pod zdjęciem głosił:

Pierwszy dzień w Saint Andrew’s Academy.

Potem komentarz:

Ciężki dzień dla mamy.

Był zakończony emotikonem ze smutną buźką. Amber chciała zjadliwie skomentować:

Mamuśka i tatuś to załgane gnojki.

Ale przez pomyłkę kliknęła „Lubię to”. Ze złością zamknęła laptopa i skrzywiła się paskudnie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ