Powieść historyczna
Uparci kochankowie
KUP TERAZ

Uparci kochankowie

brak opinii
ISBN: 9788327631497
Premiera: 2017-11-15

Royd Frobisher wyrusza do Afryki, by dokończyć misję ratunkową, prowadzoną dotąd przez jego braci. Nie przypuszcza jednak, że na statku znajdzie się również Isobel Carmichael – jego była narzeczona. Obdarzona żywiołowym temperamentem Isobel ma własną misję do spełnienia: musi odnaleźć i sprowadzić do domu swoją kuzynkę. Liczy też na to, że wspólna podróż pozwoli jej wyzbyć się marzeń o Roydzie, o którym nie może zapomnieć.

Żadne z nich nie spodziewa się tego, co ich czeka po przybyciu do Freetown.

Stephanie Laurens

Stephanie Laurens to australijska powieściopisarka urodzona w Cejlonie. Jej książki to głównie romanse historyczne. W Polsce znana jest m.in. z powieści o rodzie Cynsterów. Ma doktorat z biochemii i wraz z mężem prowadziła badania nad rakiem. Na emeryturze poświęciła się jednak pisaniu.

Stojąc w swoim gabinecie, którego okna wychodziły na port Aberdeen, Royd Frobisher jeszcze raz przeczytał wiadomość, którą właśnie mu doręczono.

Czy tylko mu się wydawało, czy też Wolverstone naprawdę się czymś martwił?

W latach, gdy Wolverstone zajmował stanowisko kierownika wywiadu, Royd często otrzymywał podobne wezwania, ale dobór słów w tym liście zdradzał pewien niepokój ze strony zazwyczaj niewzruszonego księcia.

Niepokój lub zniecierpliwienie, choć to ostatnie nie należało do przywar byłego szefa służb wywiadowczych.

Mimo iż dzieliła ich różnica dziesięciu lat, Royd i Wolverstone, zwany dawniej Dalzielem, od pierwszego spotkania doskonale się rozumieli, a kiedy Dalziel zrezygnował ze stanowiska, odziedziczywszy tytuł książęcy, stale się kontaktowali. Royd podejrzewał, że ich korespondencja to dla księcia jedno z głównych źródeł informacji o rozmaitych intrygach.

Zwięzłe pismo zawierało prośbę, aby przeprowadził swój statek, kołyszący się w tej chwili na wodach widocznych z okna gabinetu, do Southampton, gdzie miał się zaopatrzyć i czekać w gotowości do rejsu, gdy tylko nadejdą wieści z Freetown.

Wniosek był oczywisty. Wolverstone spodziewał się, że oczekiwane wiadomości – które miał dostarczyć najmłodszy brat Royda, Caleb – będą wymagać natychmiastowej reakcji, czyli wyprawy do Afryki Zachodniej.

I Royd, i Wolverstone umieli celnie ocenić sytuację. Jeśli więc książę się niepokoił…

– Muszę się z nim zobaczyć.

Royd podniósł głowę bardziej na dźwięk głosu niż wypowiadane słowa.

– Zapytam…

– Niezwłocznie. Proszę się odsunąć, panno Featherstone.

– Ale…

– Żadnych ale. Przepraszam bardzo.

Royd usłyszał mocny i szybki stukot obcasów po drewnianej podłodze.

Gladys Featherstone, jego niemłoda już sekretarka, na pewno załamywała teraz ręce, ale w końcu mieszkała w okolicy od urodzenia i powinna była wiedzieć, że kiedy Isobel Carmichael ma do załatwienia coś ważnego, zmienia się w żywioł, który niewielu byłoby w stanie powstrzymać.

Włączając w to Royda.

Ściana oddzielająca jego prywatny gabinet od pozostałej części biura była przeszklona, ale dopiero od wysokości sześciu stóp – kiedy pracował przy biurku, wolał pozostawać niewidoczny na wypadek, gdyby jacyś przypadkowi goście chcieli marnować jego czas. Musieli wtedy prosić Gladys, aby sprawdziła, czy Royd jest u siebie.

Teraz jednak stał, a Isobel była tylko o kilka cali niższa od niego, i tak jak on widział przez szklany segment pawie piórko u jej kapelusza, podskakujące w rytm energicznych kroków, tak ona na pewno widziała czubek jego głowy.

Zastanowił się przelotnie, co też mogło ją tak wzburzyć. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że zaraz się tego dowie.

W typowy dla siebie sposób panna Carmichael otworzyła gwałtownie drzwi i przystanęła w dramatycznej pozie na progu, przyszpilając Royda ciemnym spojrzeniem.

Jedno intensywne spotkanie ich oczu wystarczyło, żeby Royd poczuł ucisk w dołku i poruszenie w spodniach.

Może nie było to zaskakujące, biorąc pod uwagę łączącą ich przeszłość, ale teraz…

Isobel miała sześć stóp wzrostu, szczupłą i zwinną figurę oraz gęste granatowoczarne loki. Rozpuszczone spadały na jej plecy niesforną masą luźnych jedwabistych pukli, dziś jednak były ciasno ściągnięte w kok na czubku głowy. Isobel patrzyła na Royda oczami barwy czekolady, osadzonymi pod pięknymi łukami czarnych brwi. Twarz miała owalną, a cerę bladą i nieskazitelną. Jej usta były różowe, jędrne i pełne, ale w tej chwili zaciśnięte w wąską linię. W przeciwieństwie do większości dobrze wychowanych dam Isobel nie miała w zwyczaju sunąć płynnym krokiem. Jej ruchy cechowały stanowczość i siła, a dumna postawa przywodziła na myśl królową Amazonek.

Royd skinął lekko głową.

– Isobel – powiedział. Gdy nadal patrzyła na niego bez słowa, uniósł brew. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność?

Isobel wpatrywała się w niego uparcie. Sądziła, że potrafi sobie z nim poradzić, że jest w stanie znieść jego towarzystwo nawet poza okolicznościami zawodowymi – że jej misja jest ważniejsza od popędów.

Mimo to już sam widok Royda obudził w niej zmysły. Wystarczył dźwięk jego niskiego głosu, żeby straciła rezon.

A to delikatne uniesienie brwi i intensywne spojrzenie, które w nią wbijał… Powinna była zabrać ze sobą wachlarz.

Mimo to zacisnęła zęby, nie godząc się na porażkę. Nie mogła teraz zrezygnować, nieważne, jak bardzo ją onieśmielał.

Jego twarz okalały nieposłuszne pukle, niemal tak czarne jak jej własne. Nawet sam diabeł uległby urokowi jego rysów: szerokie czoło, proste czarne brwi, rzeźbione kości policzkowe, mocna kwadratowa szczęka. Efekt podkreślała schludnie przycięta broda, którą Royd ostatnio zapuścił. Nawet kiedy stał nieruchomo, jego rosła postać emanowała męską siłą. Miał szerokie ramiona i długie, silne nogi oraz sylwetkę pełną wrodzonej elegancji, widocznej w swobodzie, z jaką się nosił. Patrzył na Isobel głęboko osadzonymi i aż nazbyt przenikliwymi oczami, wyginając w grymasie kształtne usta.

Isobel zapanowała nad budzącymi się zmysłami, odetchnęła głęboko i oświadczyła zwięźle:

– Musisz mnie zabrać do Freetown.

Royd zamrugał ze zdziwieniem.

– Freetown?

– Właśnie tak – potwierdziła, dziwiąc się jego reakcji. Zazwyczaj nie okazywał zaskoczenia. – To stolica Afryki Zachodniej.

Była przekonana, że znał to miejsce; chyba nawet był tam kilkakrotnie.

Zamknęła drzwi gabinetu, po czym podeszła bliżej.

Royd odłożył trzymany w ręce list.

– Dlaczego właśnie tam? – spytał.

Isobel spojrzała na niego zza bezpiecznej bariery w postaci biurka. Mogła zająć jedno z krzeseł, ale wolała stać na wypadek, gdyby musiała unieść się gniewem. Awantury lepiej jej wychodziły na stojąco.

Oczywiście skoro ona nie chciała usiąść, Royd także tego nie zrobił.

Isobel odchyliła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy – te przenikliwe oczy koloru wzburzonego morza i nieba nad Aberdeen.

Zaschło jej w ustach. Na szczęście przygotowała sobie przemowę.

– Wczoraj dotarły do nas wieści, że moja kuzynka w drugiej linii, Katherine Fortescue, zaginęła we Freetown. Pracowała tam jako guwernantka u pewnej angielskiej rodziny, państwa Sherbrooków. Wygląda na to, że zniknęła kilka miesięcy temu w drodze na pocztę i pani Sherbrook dopiero teraz zdecydowała się poinformować o tym jej krewnych. Jak możesz sobie wyobrazić, Iona jest wielce poruszona. – Iona Carmody była babką Isobel po kądzieli, niekwestionowaną przywódczynią klanu Carmodych. – Kiedy Katherine straciła matkę, Iona chciała zaprosić ją do nas, ale ona uparła się, że sama będzie się utrzymywać, i zatrudniła się jako guwernantka. Wyjechała, zanim zdążyłam dojechać do jej domu i się z nią zobaczyć. Więc teraz oczywiście muszę popłynąć do Freetown, odnaleźć ją i sprowadzić z powrotem.

Royd nie odrywał spojrzenia od ciemnych oczu Isobel. Dla niego wcale nie było to oczywiste, lecz wiedział dostatecznie dużo na temat matriarchalnego klanu Carmodych, żeby zrozumieć niedopowiedzianą prawdę. Isobel postrzegała to wszystko w kategoriach własnej porażki. Przecież to ona nie zdążyła powstrzymać kuzynki przed wyjazdem i otoczyć jej opieką klanu. Teraz więc czuła się w obowiązku naprawić sytuację, zwłaszcza że Iona była „wielce poruszona”. Isobel była bardzo przywiązana do babki, którą zresztą niezwykle przypominała.

Royd rozumiał jej tok myślenia. Lecz nie oznaczało to, że Isobel musi osobiście udać się do Freetown.

Zwłaszcza gdy istniało ogromne prawdopodobieństwo, że Katherine Fortescue należy do uprowadzonych z kolonii ofiar, którym Royd miał niedługo ruszyć na ratunek.

– Tak się składa, że wkrótce wybieram się do Freetown – rzekł, pilnując się, aby nie spojrzeć na list Wolverstone’a; Isobel mogłaby porwać wiadomość ze stołu i sama ją przeczytać. – Obiecuję, że znajdę twoją Katherine i sprowadzę ją bezpiecznie do domu.

Isobel zamyśliła się nad jego propozycją, po czym zdecydowanie pokręciła głową.

– Nie. Sama muszę tam popłynąć. – Zawahała się i przyznała niechętnie: – Iona tego chce.

Minęło osiem lat, od kiedy rozmawiali na tematy niezwiązane z interesami. Po zerwaniu zaręczyn Isobel unikała Royda jak ognia, dopóki konieczność nawiązania współpracy nie zmusiła ich do ponownego spotkania twarzą w twarz. On chciał sprzymierzyć się ze stocznią Carmichaelów, żeby móc pracować nad udoskonaleniem rodzinnej floty, ona zaś i jej ojciec musieli polegać na Kompanii Frobisherów, aby utrzymać stocznię podczas zapaści ekonomicznej, jaka nastąpiła po zakończeniu wojen.

Spotykali się więc nad biurkiem zawalonym inżynierskimi planami oraz rysunkami projektów i, jak nietrudno przewidzieć, ich współpraca na tym polu układała się wyjątkowo pomyślnie.

Royd był wynalazcą – podczas częstych wypraw w różnych kierunkach nieustannie wpadał na nowe pomysły udoskonalania rodzinnych jednostek zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i szybkości.

Isobel z kolei była wspaniałą projektantką. Potrafiła zrozumieć wstępne koncepcje Royda i nadać im konkretny kształt.

On był doświadczonym inżynierem i umiał przerobić jej projekty na fizyczne konstrukcje.

Ona zaś prowadziła stocznię, której pracownicy niemal ją czcili. Całe dzieciństwo biegała po porcie i dokach, rosła na oczach robotników i uważali ją za jedną z nich. Sukces Isobel był ich sukcesem i pracowali dla niej tak, jak nie pracowaliby dla nikogo innego.

Isobel brała inżynierskie projekty Royda, ustalała system pracy i dostarczała komponentów, podczas gdy on sprowadzał jednostkę, którą chciał zmodyfikować – i razem dokonywali prawdziwych cudów.

Dzięki tej współpracy flota Frobisherów osiągała coraz lepsze wyniki, co na dłuższą metę oznaczało przetrwanie ich kompanii transportowej. Stocznia Carmichaelów z kolei szybko zdobywała reputację niezrównanego prekursora szkutnictwa.

Pod względem zawodowym stanowili więc niezwykle zgrany zespół odnoszący wielkie sukcesy.

Mimo to przez ostatnie lata podczas wszystkich spotkań Isobel trzymała Royda na dystans. Nigdy nie pozwoliła mu poruszyć kwestii tego, co właściwie się wydarzyło przed ośmiu laty, kiedy wrócił z rejsu, żeby usłyszeć od niej – swojej narzeczonej, o której poślubieniu marzył od miesięcy – że nie chce go więcej widzieć.

Od tamtej pory Isobel nie dała mu ani jednej sposobności do osobistej rozmowy, chociaż niegdyś byli sobie tak bliscy.

Royd zastanawiał się, czy Isobel tęskni za nim tak samo, jak on tęsknił za nią. W końcu żadne z nich nie wstąpiło w związek małżeński. Plotka głosiła, że Isobel z miejsca odrzucała kolejnych zalotników ustawiających się w kolejce do ręki kobiety, która pewnego dnia miała przejąć stocznię Carmichaelów.

A teraz ta kobieta stała w jego gabinecie, gotowa walczyć o prawo do spędzenia całych tygodni na pokładzie „Korsarza”. Całych tygodni na pokładzie jego statku, gdzie nie byłaby w stanie go unikać. Całych tygodni, podczas których mógłby starać się skłonić ją do szczerej rozmowy, tak aby wreszcie rozwiązali dawne problemy i zostawili przeszłość za sobą.

Albo naprawić to, co się kiedyś popsuło, i zacząć wszystko od nowa.

Isobel nadal czekała na odpowiedź i jej oczy pociemniały. Royd wciąż dość dobrze potrafił odczytywać, co się dzieje w jej głowie. Ze wszystkich znanych mu kobiet ona jedna mogłaby choćby rozważać urządzenie mu awantury. Właściwie w pewnym sensie nawet na to liczył…

Isobel zmrużyła oczy, jakby czytając w jego myślach. Zacisnęła usta, po czym stwierdziła cicho:

– Royd, jesteś mi to winien.

Po raz pierwszy od ośmiu lat wymówiła jego imię tonem, który wciąż przeszywał go na wskroś. Więcej – było to pierwsze odniesienie do ich przeszłości od czasu, gdy Isobel zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Tylko że Royd nadal nie był pewien, co miała na myśli. Dlaczego właściwie jest jej to winien? Przychodziło mu do głowy kilka odpowiedzi, ale żadna nie była satysfakcjonująca.

Royd nie był do końca przekonany, czy podejmuje dobrą decyzję, lecz nie potrafił się oprzeć, żeby wykorzystać taką okazję.

– „Korsarz” wypływa w środę z poranną falą. Bądź na nabrzeżu przed świtem.

Isobel popatrzyła mu w oczy i skinęła energicznie głową.

– Dziękuję – powiedziała. – Będę tam.

Z tymi słowami obróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.

Royd patrzył za nią, ciesząc się, że nie zamknęła drzwi, dzięki czemu mógł rozkoszować się widokiem jej kołyszących się bioder.

Bioder, których kiedyś mógł dotykać i przyciągać je do siebie…

Zdając sobie sprawę, że przez te zdradliwie wyraziste wspomnienia zaczął odczuwać pewien dyskomfort, mruknął pod nosem i ukradkiem poprawił spodnie. Podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz.

Gladys Featherstone spojrzała na niego jakby w oczekiwaniu reprymendy.

– Trzeba rozesłać dyspozycje – rzekł, wzywając ją do siebie.

Cofnął się do biurka i opadł na fotel. Kiedy Gladys usiadła przed nim z notatnikiem na kolanie, wziął się w garść i zaczął dyktować pierwsze z wielu poleceń, jakie musiały zostać wykonane, zanim będzie mógł opuścić Aberdeen i popłynąć do Freetown, aby wypełnić misję, którą za pośrednictwem Wolverstone’a zlecał mu hrabia Melville, Pierwszy Lord Admiralicji.

I aby odkryć, czy istnieje jeszcze jakaś nadzieja dla niego i Isobel Carmichael.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ