Powieść obyczajowa
Siedem dni razem
24 zł
37,99
KUP TERAZ

Siedem dni razem

Francesca Hornak
1 opinia
ISBN: 9788327631794
Premiera: 2017-11-15

Dowcipna, pełna celnych obserwacji powieść o tym, co czeka rodzinę, gdy podczas świąt zmuszona jest odbyć tygodniową kwarantannę…

 

Rodzina Birchów wyjeżdża na święta Bożego Narodzenia do podupadającej wiejskiej posiadłości. Będą odcięci od świata przez siedem dni. A że w Weyfield nawet wi-fi pozostawia sporo do życzenia, są więc skazani na własne towarzystwo. Winny temu jest wirus haag i Olivia, która leczyła w Afryce ofiary epidemii i musi odbyć tygodniową kwarantannę – tym razem wspólnie z rodziną. Emma i Andrew cieszą się, że święta spędzą wreszcie z dwiema córkami, bo Olivia, starsza z nich, rzadko gości w domu.       

Młodsza córka, Phoebe, zajmuje się wyłącznie sobą i swoim ślubem, który planuje dopiero za rok. Andrew zamyka się w gabinecie, gdzie pisze złośliwe recenzje restauracji i wspomina dni dawnej chwały, gdy pracował jako korespondent wojenny. Emma ukrywa tajemnicę, która wywróci życie rodziny do góry nogami.

 

W narzuconej, nie zawsze wygodnej bliskości nic nie może pozostać długo w ukryciu. Gdy na światło dzienne wychodzą kolejne sekrety i zadawnione urazy, największym wstrząsem okaże się niespodziewany gość, który nagle stanie na progu

Emma dotarła na Heathrow dużo za wcześnie, wyjechawszy z Norfolk przed świtem. Za każdym razem, kiedy szła do łazienki (robiła to bardzo często po wielkim kubku cappuccino z Costa Coffee), czuła straszliwy niepokój, że w hali pojawi się Olivia i zobaczy, że nikt na nią nie czeka. Podobnie zawsze bardzo bała się spóźnić, gdy odbierała córki ze szkoły. Trudno było jej też wchodzić do małych toalet na Heathrow z tablicą powitalną, którą przygotowała. Na zielonym bristolu, który kupiła w sklepie dla artystów przy Holloway Road, wypisała: „Witaj w domu, kochana Wiv, nasza bohaterko”. Trzymając teraz tablicę, bała się, że wygląda głupio. Olivia nie lubiła zbędnego zamieszania. I czy nadal mogła ją nazywać „Wiv”, jej dziecięcym imieniem wymyślonym przez malutką Phoebe? Ale musiała jakoś zaznaczyć bezpieczny powrót do domu Olivii. A praca nad tablicą na godzinę odwróciła jej uwagę od guza.

                Obok niej usiadł wysoki młody mężczyzna w czapeczce baseballowej. Położyła tablicę na podłodze, by jej róg nie uderzał go w udo. Spojrzał na napis, potem na nią. „Ładna tablica”, zauważył z amerykańskim akcentem. Gdyby się nie odezwał, założyłaby, że z tą oliwkową skórą i ciemnymi oczami pochodzi gdzieś z basenu Morza Śródziemnego. Miał regularne, rzeźbione rysy, które pasowały do aktora lub modela. „Seksowny”, powiedziałaby w młodości.

                - Jest pani mamą Wiv? – zapytał.

                - Tak. Była w Liberii, pracowała tam podczas epidemii wirusa haag. Jest lekarzem.

                - To niesamowite. Musi być pani dumna.

                - Oczywiście! To cudowne, co tam robią. – Lubiła entuzjazm Amerykanów. Zawsze czuła, że pasowałaby do Stanów.

                - Jak długo tam była?

                - Od października. Ale dla nas to całe wieki! – Zachichotała, a na jego twarzy znów błysnął uśmiech gwiazdy filmowej.

                - Niesamowite – powtórzył. – Jestem pełen podziwu dla tych gości. To, co robią, jest super. Jak ona sobie z tym poradzi? – zapytał po chwili. – Proponują im jakąś terapię?

                - Rety! Chyba nie. Nie, muszą sobie radzić sami – odparła, zastanawiając się nagle, czy powinna była zorganizować jakiś rodzaj pomocy dla Olivii. Po wcześniejszych wyjazdach wszystko było dobrze. Choć nigdy nie była w tak okropnym miejscu. - A pan? – zapytała, spoglądając na torbę u jego stóp. – Ma pan krewnych w Anglii?

                - Tak jakby. – Zawahał się na moment; miała nadzieję, że nie popełniła jakiejś gafy. Może uciekał przed koszmarnym rodzinnym Bożym Narodzeniem w Ameryce. - Dziś odwiedzam przyjaciół w Londynie, ale tak naprawdę próbuję się spotkać z biologicznym ojcem. Jest Brytyjczykiem. Zostałem adoptowany jako dziecko, więc… Matka oddała mnie do adopcji. Biologiczni rodzice oficjalnie nie byli razem.

                - Jakie to odważne – odparła, starając się nie wyglądać na wstrząśniętą. – Zakładam, że pański ojciec wie o pana przyjeździe? Biologiczny – dodała.

                - Wysłałem mu mejla, ale nie odpowiedział, a już zarezerwowałem bilet. Nie jestem pewien, czy w ogóle wie o moim istnieniu. Mam więc pewien dylemat.

                - Rozumiem. To delikatna sytuacja. – Nie mogła się powstrzymać, by nie pomyśleć, że podjął pochopną decyzję, przylatując taki kawał drogi w święta przed otrzymaniem odpowiedzi. – Jest pan pewien, że ma pan dobry adres mejlowy? – Bardzo nieufnie podchodziła do techniki. Jak ktoś mógł odtrącić takiego uroczego człowieka? Miał przepiękne oczy – w kolorze pasty marmite, otoczone długimi jak u dziecka rzęsami. Andrew w młodości też miał niesamowite rzęsy. Ale jego były jasne, pomyślała, więc trzeba było stać blisko, by je zauważyć.

                Gawędzili jeszcze przez chwilę, bo spóźniał się przyjaciel, który miał go odebrać. Nie wyciągała z niego informacji o biologicznym ojcu, gdyż sprawa wydawała się trochę niepewna, a on najwyraźniej zbierał siły na spotkanie i był zdenerwowany. Rozmawiali więc o Los Angeles, gdzie mieszkał, i o jego pracy, która miała coś wspólnego z kręceniem filmów dokumentalnych o zdrowym trybie życia, a to doprowadziło ich do rozmowy o zdrowiu w ogóle, które bardzo go interesowało. Tak łatwo się z nim rozmawiało. Zadawał jej wiele pytań o nią samą – nie o córki czy Andrew jak większość osób – i opowiedziała mu o swojej diagnozie. Zabawne, jak człowiek otwiera się w rozmowie z nieznajomymi. Być może poczuła, że może mu się zwierzyć, bo on opowiedział jej o swoim dylemacie, pomyślała, gdy opowiadał o filmie dokumentalnym na temat nowotworów, przy którym pracował. A może czuła się bezpiecznie, wiedząc, że już nigdy go nie zobaczy? Dopiero kiedy zjawił się jego przyjaciel, a on szybko uścisnął ją na pożegnanie (Amerykanie są stuknięci, ale tacy uroczy), uświadomiła sobie, że nawet się sobie nie przedstawili. „Powodzenia!”, krzyknęła, gdy odchodził. Odwrócił się i uśmiechnął, a ona chciała pobiec za nim i powiedzieć, że jeśli nie uda mu się spotkać z ojcem, może przyjechać i spędzić święta z nimi – ale wtedy przypomniała sobie o kwarantannie.

 

Olivia

Hala przylotów, Terminal 3, Heathrow, 8.40

 

Olivia zaklinała rzeczywistość, by jej plecak nie pojawił się zbyt szybko na taśmociągu, ale wyskoczył jako drugi. Gdy Sean sięgnął po niego, chciała go powstrzymać i przeciągnąć ich ostatnie wspólne chwile. Hala przylotów prawie ją oślepiła. Wszystko było takie nowe i sprawne. W sklepie wolnocłowym migotały wielkie czekolady Toblerone, piramidy perfum i bursztynowych butelek. „Kto to kupuje?”, zapytała Seana. I zastanowiła się, jak to wszystko znów może wydać się normalne.

                Po chaosie panującym na ulicach Monrovii angielskie lotnisko wydawało się dziwnie spokojne. Jej pełne odcisków stopy w sandałach wyglądały tu zupełnie nie na miejscu. Jeszcze gorszy od ataku konsumpcjonizmu był ponury pokój, do którego zaprowadzono wszystkich pracowników misji, by zmierzyć im temperaturę. Tu chyba przesłuchują wszystkich nieszczęsnych przemytników narkotyków, pomyślała, dostrzegając kontrast pomiędzy poplamionymi ścianami pokoju i splendorem na zewnątrz. Zupełnie jakby zajrzała za kulisy. Sean spojrzał na nią i uśmiechnął się. Nie mogąc go dotykać przez cały lot, czuła się tak, jakby nie mogła podrapać swędzącego miejsca. Zeszłej nocy, wiedząc, że dziś nie będą mogli nawet uścisnąć sobie dłoni, leżeli na niskim łóżku w jej mieszkaniu ze splecionymi kończynami, tak że nie wiedziała, gdzie kończy się jej, a zaczyna jego skóra. Przycisnęła czoło do jego piersi i powiedziała: „To będzie, no wiesz, trwać, kiedy wrócimy do domu, prawda?”. Łatwiej było to powiedzieć do jego sutka niż prosto w twarz.

                „Jasne, wariatko!”, powiedział, odnajdując ustami czubek jej głowy. Leżąc pod szumiącym wiatrakiem, dopóki nie padł generator, czuła się, jakby znaleźli się w szklanej bańce, odgrodzeni od reszty świata. Patrząc na Seana teraz, bała się, że ta bańka mogła być iluzją. Minęło tylko pięć tygodni od czasu, gdy pocałowali się pierwszy raz. I choć tyle razem widzieli, dopiero mieli przed sobą prawdziwe życie – musieli ogłosić wszystkim, że są parą.

                Nadeszła jej kolej. Ochroniarz z nieufnym spojrzeniem podniósł bezdotykowy termometr. Podejrzewała, że to właśnie ją czeka: podejrzliwe spojrzenia, ludzie dezynfekujący ukradkiem dłonie, gdy zanadto się do niej zbliżą. Termometr zapikał i pozwolono jej przejść. Za nią przeszedł Sean. Stali twarzą do siebie, w odległości przepisowego pół metra. „No to na razie”, powiedział. Poczuła ucisk w gardle. Zwykle tak się nie zachowywała. Sean wyciągnął rękę, by dotknąć jej ramienia, i cofnęła się instynktownie – odruch po tygodniach stosowania zasady „Nie dotykać”.

                - W porządku, nikt nie patrzy – powiedział z uśmiechem. – Tak bardzo będę za tobą tęsknił, Olivio. – Lubiła dźwięk swojego imienia w jego ustach.

                - Ja też będę tęsknić – odparła. Całe wieki minęły od czasu, gdy pozwoliła komuś tak bardzo zbliżyć się do siebie. Nie była pewna, czy kiedykolwiek powiedziała Benowi, swojemu chłopakowi na Uniwersytecie Londyńskim, że będzie za nim tęsknić.

                Usłyszała znajomy pisk.

                - Wiv! Wiv! Olivia! – To była jej matka. Przedarła się do niej z wielką tablicą powitalną i bez wahania zaczęła ją obejmować i całować. – Och, kochanie – powiedziała do jej ramienia. – Jesteś taka chuda!

                - Cześć, mamo! – rzuciła, udając zadowolenie. – Nie wolno ci mnie całować – dodała, wyswobadzając się z uścisku.

                - Daj spokój, kochanie, nie bądź głupiutka.

                Pamiętała okropny nawyk matki, która obejmowała ją przed szkołą, długo po tym, jak Olivia ją przerosła.

                Emma stała wpatrzona w córkę, jakby była zjawą, i nie zwracała uwagi na Seana.

                - To jest Sean. Pracowaliśmy razem w centrum medycznym – wyjaśniła Olivia.

                - Jakie to urocze! – odparła Emma, jakby córka oznajmiła, że poznali się przy partii krokieta.

                - Miło mi panią poznać – powiedział Sean. – Na pewno cieszy się pani, że ma ją wreszcie w domu?

                - O tak, ogromnie! – wykrzyknęła Emma, a jej głos wzniósł się nad szum w hali.

Olivia już zaczęła odczuwać klaustrofobię związaną z pobytem w domu. Przez moment milczeli.

                - No cóż – powiedział w końcu Sean, podnosząc plecak. – Chyba będę się zbierał, mam następny samolot.

                - No to pa – rzuciła. Nie tak miało wyglądać ich pożegnanie. Czemu matka musiała się pojawić właśnie teraz?

                - Do zobaczenia, Olivio. Wesołych świąt!

                - Tobie też, Shane – odparła Emma.

                Olivia patrzyła, jak on odchodzi tym swoim uroczym żwawym krokiem z głową wznoszącą się nad tłumem.

                - Wydaje się bardzo miły – powiedziała matka. – Mogę coś ponieść?

Olivia zastanowiła się przez chwilę, czy matka czegoś się domyśliła, ale Emma już mrużyła oczy w poszukiwaniu znaków kierujących do wyjścia.

– Musimy jak najszybciej dotrzeć do domu, prawda? Mam w samochodzie przekąski. Nie potrzebujesz skorzystać z toalety?

                - Nie. Wszystko w porządku, mamo. – Paplanina matki była w równym stopniu irytująca i wzruszająca.

                - Nie musisz zmienić butów? Na zewnątrz jest strasznie zimno.

                - Przecież przejdziemy tylko do samochodu.

                - No dobrze. – Zawsze mówiła „No dobrze”, gdy była na skraju wytrzymałości.

 

Wnętrze volkswagena golfa matki pachniało ogryzkami jabłek i Chanel Nr 5, przywołując echo choroby lokomocyjnej z dzieciństwa. Po włączeniu ogrzewania szyby szybko zaparowały, więc widziała za oknem tylko szarość. Fotel pasażera był ustawiony dla Phoebe (która nadal nie zrobiła prawa jazdy), więc nie miała dość miejsca na nogi. Próbowała utrzymać na kolanach termos z herbatą i plastikowy pojemnik Tupperware z herbatnikami muesli, które matka dla niej przywiozła. „Wiedziałam, że tęskniłaś za prawdziwą herbatą”, powiedziała triumfalnie Emma, gdy zatrzymały się na czerwonym świetle. Olivia nie miała serca jej powiedzieć, że mogła kupić najlepszą herbatę w sklepiku w Monrovii, który nazywał się „Dziura w murze”. Sprzedawano tam też importowane z Wielkiej Brytanii towary, takie jak marmite, sos HP i batoniki KitKat, które topiły się w afrykańskim słońcu. Po tygodniach jedzenia gulaszu i picia napojów gazowanych marzyła o sałatce i wodzie z kranu.

                Zerknęła kątem oka na matkę, która rozwodziła się, że podczas kwarantanny zamierza przeczytać ponownie powieści Nancy Mitford. Wydawała się przesadnie podekscytowana tą perspektywą. Kiedy wyjechały na autostradę, matka przycichła, a Olivia oparła skroń o zimną szybę i zamknęła oczy, by zniechęcić ją do rozmowy. Wiedziała, że nigdy nie uda jej się opowiedzieć o tym, co widziała przez ostatnie kilka tygodni. Matka zrozumiała i resztę trasy przebyły w milczeniu.

 

Kiedy drogi zrobiły się bardziej wyboiste i kręte, jakiś instynkt podpowiedział Olivii, że są niemal w Weyfield; uniosła lekko powieki i ujrzała cisy i kamienny mur otaczający dom. Samochód wjechał przez bramę na podjazd, a chrzęst opon na żwirze uświadomił jej, że naprawdę wróciła do domu. Jedno skrzydło bramy wypadło z zawiasów i stało oparte o słup – wszystko zarosły pokrzywy i bluszcz.

                - Muszę zająć się tą bramą – oznajmiła matka. – Wygląda tu jak w „Śpiącej królewnie”! Przespałaś się, kochanie? Na pewno jesteś zupełnie rozbita. Zawołam tatę, żeby wniósł bagaże, ty biegnij do środka.

                Olivia otworzyła drzwi wejściowe z kołatką w kształcie uśmiechniętego lwa. Jak zwykle były uchylone, bo zamek stale się zacinał. Mimo to takie lekceważenie bezpieczeństwa zirytowało ją. Zatrzasnęła drzwi za sobą i weszła do holu, gdzie na jednej ścianie wisiały stare kurtki Barbour, a przy listwie przypodłogowej stały kalosze. Uderzył ją zapach Weyfield – drzewnego dymu, zakurzonych dywanów i herbaty Lapsang Souchong. Zatrzymała się na chwilę przed sepiowymi zdjęciami z powodzi 1953 roku wiszącymi pod gzymsem. Były to jedyne obrazki w domu, które naprawdę jej się podobały, reszta to wymyślne portrety Hartleyów.

                Po chwili do holu wpadła Phoebe.

                - Wróciłaś! Hurra! - wykrzyknęła. Wyciągnęła ręce, by ją ostrożnie objąć, trzymając stopy i ciało jak najdalej od niej. Olivia nie była pewna, czy powodem tego jest strach przed wirusem, czy skrępowanie, które prześladowało je od czasu dorastania. – Jesteś taka chuda! – rzuciła z podziwem Phoebe, choć w oczach mignęła konsternacja, bo to Olivia miała być starszą większą siostrą.

                - To zasługa SOO w trzydziestostopniowym upale.

                - SOO?

                - Sprzęt ochrony osobistej. Skafandry.

                - Ach tak! Jak Bikram?

                - Bikram? – zapytał Andrew, stając za Phoebe.

                - Gorąca joga, tato – wyjaśniła Phoebe. – W sali panuje okropny upał, więc wszyscy strasznie się pocą i tracą na wadze. Dlatego Olivia jest taka chuda.

                - Brzmi okropnie – odparł Andrew i podszedł do Olivii. Chwycił ją za ramiona i cmoknął dwa razy w powietrze, kilka centymetrów od jej policzków.

                - Ale nie tak okropnie jak centrum leczenia haag – zauważyła Olivia.

                - Na pewno. Gdzie masz bagaż? – Spojrzał na jej nogi i przez moment czekała, by rzucił jakąś kąśliwą uwagę na temat jej spodni. Kupiła je z Seanem na Afrykański Piątek, cotygodniowy rytuał w Liberii, gdy wszyscy ubierali się w wesołe, wzorzyste ciuchy – nawet kiedy haag zbierał największe żniwo. Ale ojciec zdjął tylko kurtkę z wieszaka, zaklął, mocując się z drzwiami, i wyszedł.

                Czuła się zdezorientowana, stojąc znów w dużej zagraconej kuchni, bijącej w oczy różem i ceramiką Emmy Bridgewater z lat osiemdziesiątych. Nie brakowało tam też nowszych nabytków, takich jak Dualit (małe zwycięstwo ojca, po długich debatach o wyższości tostów przypiekanych na piecu Aga nad tymi robionymi w tosterze). Kakao spał pod stołem. Ogarnęło ją dziwne poczucie, że tylko on byłby w stanie zrozumieć tygodnie, które spędziła w Liberii.

                - Kicia! – powiedziała, przykucając, by podrapać go pod brodą i usłyszeć mruczenie w stylu Dartha Vadera.

                - Ostrożnie! – rzuciła Phoebe.

                - Jest okej. Haag nie przenosi się przez łaskotanie.

                - Ale on ma dwadzieścia lat. To koci emeryt. Może mieć osłabiony układ odpornościowy.

                Już miała rzucić: „Kto ma dyplom z chorób zakaźnych?”, lecz ugryzła się w język.

                - To twardziel, prawda, kotku? – powiedziała tylko. Czemu łatwiej było rozmawiać z kotem niż z siostrą?

                - Herbaty? - zapytała matka, wchodząc do kuchni.

                - Nie, dziękuję. Wypiłam w samochodzie.

                - To może kawy? Przyda się na jet lag. Zawsze uważam, że lepiej jest się przemęczyć i próbować wrócić na właściwe tory.

                - Liberia leży niemal na tym samym południku co Wielka Brytania – zauważył Andrew.

                - No jasne, co ja wygaduję – odparła matka. – Robię pieczeń na obiad, może być? Koło wpół do trzeciej?

                - Świetnie! – zgodziła się. – Wezmę teraz prysznic.

                - Dobrze, kochanie. Przygotowałam ci Muszelkową Łazienkę. Masz tam szampon, ręczniki i wszystko. – Powiedziała „Muszelkową Łazienkę” specjalnym, zdecydowanym głosem, którym zwracała się do cudzoziemców.

                Olivia stała już w drzwiach, więc ruszyła dalej, by nie rzucić: „Można korzystać z jednej łazienki ze mną”. Jak to jest, że po nadzorowaniu centrum leczenia wirusa haag w Weyfield znów czuła się tak, jakby miała czternaście lat? Czemu w obecności rodziny nie mogła być dorosłą, którą była w pracy?

Kończyny ciążyły jej jak ołów, gdy wchodziła na dębowe schody i szła po wytartym oliwkowym chodniku w korytarzu – niezmienionym pewnie od czasu zdjęć przedstawiających powódź. Skręciła w lewo do swojej sypialni, którą matka nazywała „Wierzbowym Pokojem”, jakby występowali w dramacie z epoki. Po drugiej stronie podestu widziała o wiele większy pokój Phoebe, który kiedyś dzieliły. Kilka lat temu wyremontowano go na żądanie Phoebe i teraz nosił nazwę „Szarego”. Ogromne łóżko było zarzucone szarymi narzutami i poduszkami, otoczone sznurem lampek, a podłogę pomalowano na biało. Uświadomiła sobie, że zapomniała powiedzieć cokolwiek o zaręczynach siostry.

                Jej pokój sprawiał wrażenie przygotowanego na przybycie gościa. Na toaletce stała szklaneczka z ciemiernikami, przy łóżku karafka z wodą i stosik książek w miękkich oprawach. Na samej górze zauważyła powieść Love Nina. Phoebe i Emma kilka lat temu miały na jej punkcie bzika i rozczarowała je ogromnie, nie czytając jej. Stale powtarzały, że akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych w Camden, jakby to było dodatkową atrakcją. Czemu miałaby chcieć wracać do swojego ograniczonego dzieciństwa? Lubiła książki, które pozwalały jej uciec, fantasy i thrillery. Spojrzała na swoje odbicie – w Weyfield nie było to łatwe, bo wszystkie lustra były poplamione ze starości jak przejrzałe banany. Phoebe miała rację, schudła. Za bardzo. Kiedy wczoraj wieczorem Sean patrzył, jak się rozbiera, powiedział, że niknie w oczach. Jako lekarka wiedziała, że to prawda – w zeszłym miesiącu zatrzymał się jej okres, tak jak wtedy, gdy schudła sześć i pół kilo podczas egzaminów końcowych. Ale w duchu cieszyła się ze swojej nowej kruchej sylwetki. Wiedziała, że to głupie. Czemu dawała się zwieść ideałom delikatności i gracji – co było domeną Phoebe – kiedy już dawno temu pogodziła się z faktem, że jest wysoka i silna? W każdym razie po kilku tygodniach na pewno wróci do normy, jeśli Emma będzie ją tuczyć jak gęś.

 

 

Andrew

Kuchnia, Weyfield Hall, 13.30

 

Kiedy Olivia poszła na górę, przez chwilę stali we trójkę przy piecu Aga. Emma wyglądała, jakby uszło z niej powietrze.

                - Jest bardzo zmęczona – powiedziała na wpół do siebie.

                Phoebe wsunęła się na ławkę przy długim wiejskim stole. Jej eteryczna twarz, oświetlona blaskiem laptopa, wyglądała upiornie.

                - George zastanawia się nad Audettes na przyjęcie zaręczynowe – powiedziała.

                - O tak, cudownie! – odparła Emma. – Zobaczę tylko, czy ona chce termofor – dodała, kierując się w stronę schodów.

                - Nic jej nie jest, Emmo – rzucił Andrew bardziej szorstko, niż zamierzał.

Żona panikowała tak, gdy wrócił z Libanu, zasypując go przekąskami, gorącymi napojami i dyskretnymi pytaniami o trawienie. Wiedział, że w ten sposób stara się z tym wszystkim sobie poradzić. Kiedy porzucił pracę korespondenta zagranicznego, Emma dała spokój z tą duszącą troską i była to jedna z niewielu dobrych rzeczy, które z tego wynikły. Mimo to, wnosząc plecak Olivii do domu, poczuł ukłucie nostalgii i czegoś na kształt zazdrości.

                - Kto jest tam szefem od PR? – zapytała Phoebe.

                Wiedział, że w ten sposób prosi go, by załatwił Audettes, szalenie modną restaurację w Mayfair, za darmo.

                - W Audettes? Chyba ta bidula o bardzo niefortunnym nazwisku Natasha Beard[1]. Ale dałem im tylko dwie gwiazdki, więc raczej nie będzie się paliła do twojej wielkiej imprezy.

                - Wrrrrr. – Phoebe nachyliła się, tak że jej zgrabna broda oparła się o stół, i podniosła wzrok na ojca. Jej oczy przypominały kwiatuszki.

                - Zobaczę, co da się zrobić – powiedział, przechodząc przez ciemny korytarz do palarni, swego nieoficjalnego gabinetu.

                Cholerny George. Nadal bolało, że oświadczył się Phoebe, nie prosząc go wcześniej o pozwolenie. Emma żartowała, że nie chodzi o to, że Andrew jest taki burżuazyjny (co, jego zdaniem, było prawdą), lecz sugerowało brak szacunku. Mimo to nie powinni dać Phoebe odczuć, że mają jakieś zastrzeżenia. To mogłoby ją od nich odsunąć. Powinien coś o tym wiedzieć – rodzice Emmy nigdy go nie zaaprobowali, a ich wrogość tylko dodała dreszczyku całej ceremonii. Ale to było coś innego. Sir Robert i lady Hartley nie sprzeciwiali się samemu Andrew – choć woleliby, żeby ich córka wyszła za kogoś z wyższych sfer. Problemem był artykuł o Buntym Hartleyu napisany w 1978 roku. Bunty, stryj Emmy, był członkiem parlamentu z ramienia torysów, a Andrew ujawnił jego powiązania z podejrzaną umową na sprzedaż broni do Iraku. Artykuł opublikowano na długo, zanim poznał Emmę – nie mógł więc już zrobić nic, by to cofnąć, ale Hartleyowie za nic nie chcieli zapomnieć nazwiska „tego okropnego pismaka”, który okrył Bunty’ego wstydem. Jak zawsze w Weyfield na nowo odczuwał ich niechęć. Przyczyniały się do tego portrety przodków Emmy, którzy spoglądali na niego ze złoconych ram na każdym zakręcie. Dzięki Bogu, że rodzice Emmy zmarli, zanim został recenzentem kulinarnym. W ich oczach byłaby to ostatnia kropla przepełniająca czarę nuworyszostwa.

                Siedział przy biurku w palarni, którego szuflady wypełniały pożółkłe pocztówki, pogięte zdjęcia i wycinki z gazet. Ogród za oknem był ponury i wilgotny, przy murze rosły pozbawione liści grusze. Napisał e-maila do Natashy Beard i natychmiast dostał automatyczną odpowiedź, że nie ma jej w biurze. To powinno zadowolić Phoebe. Próbował rozwiązywać krzyżówkę, lecz dobiegający z kuchni głos Emmy i zawodzące dźwięki kolęd z płyty nie pozwalały mu się skupić. Utkał koc przy drzwiach, by stłumić hałas. Koc wyglądał, jakby miał dwieście lat. Po co Emma go trzyma? Przeczytał „The Economist” i okropnie poirytowała go entuzjastyczna recenzja książki autorstwa jego kolegi z Magdalen College w Oksfordzie. W końcu wyciągnął kopertę z portfela – list, który dostał półtora roku temu. Przeczytał go jeszcze raz, mimo że znał go na pamięć.

 

Andrew Birch                                                                                                   P.O. Box 07-2416

The World Magazine                                                                                    Riad El Solh

Bedford  Sq                                                                                                       Bejrut

Londyn                                                                                                               1107 2002

WC1B 3HG

 

                                                                                                                                   20 czerwca 2015

 

Drogi Andrew,

minęło tyle lat, ale mam nadzieję, że pamiętasz nasze spotkanie w Bejrucie. Piszę, by Ci powiedzieć, że po naszym spotkaniu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Chłopczyk urodził się 26 grudnia 1980 roku. Postanowiłam oddać go do adopcji, bo nie byłam w stanie sama go wychować. Chcę Cię bardzo przeprosić za to, że nie poinformowałam Cię o tym wcześniej. Byłam młoda i bałam się, a w tamtym czasie najważniejsza była dla mnie kariera. Bejrut nie był bezpiecznym miejscem dla dziecka. Pomyślałam, że będzie Ci łatwiej, jeśli nie będziesz o niczym wiedział.

Piszę jednak teraz, bo jestem chora. Śmiertelnie. Pogodziłam się z faktem, że umrę, nie zobaczywszy mojego syna. Przez wiele lat miałam nadzieję, że będzie próbował mnie odnaleźć, ale nie zrobił tego. Nigdy nie miałam innych dzieci.

Jeśli skontaktuje się z Tobą któregoś dnia, powiedz mu, proszę, że nie było dnia, żebym o nim nie myślała. Moim ostatnim życzeniem jest, by był szczęśliwy. Jeśli go zobaczysz, na pewno go rozpoznasz. Był piękny. Dałam mu na imię Iskandar.

 

Pozdrawiam Cię serdecznie

Leila Deeba

 

Życzę Ci wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że życie potraktowało Cię łaskawie.

 

Wrócił myślami do dnia, kiedy dostał ten list, w czerwcu zeszłego roku. Znalazł go w szarej kopercie razem z pocztą dostarczoną na Gloucester Terrace przez stażystę z „The World”. Początkowo wątpił w jego autentyczność. Ukryty w nim sceptyk zastanawiał się, czy to nie jest jakieś oszustwo albo zapowiedź próśb o pieniądze. Nawet jeśli napisała go Leila Deeba, którą pamiętał, olśniewająca prezenterka Télé Liban, z którą przeżył jedną upojną noc, jak mógł mieć pewność, że dziecko było jego? Ton listu był wyraźnie melodramatyczny, możliwe, że autorka jest niestabilna psychicznie. Pismo też wydawało się bardzo chaotyczne. Ta kobieta mogła mieć jakieś omamy.

                Po krótkim zastanowieniu postanowił nie wspominać Emmie o liście. Otworzyłby tylko puszkę Pandory. Chodziło o to, że kiedy przespał się z Leilą, był już związany z Emmą. Spotykali się co prawda dopiero od trzech miesięcy, i to w sekrecie z powodu zamieszania ze stryjem Buntym. Mimo to postąpił źle, pozwalając się uwieść Leili Deebie. Kiedy więc budzący wątpliwości list od Leili przyszedł wiele lat później, pokazywanie go żonie nie miało sensu. Tylko by się zdenerwowała. Zastanawiałaby się, do czego jeszcze był zdolny Andrew, skoro wtedy nie potrafił się oprzeć innym kobietom. A tak naprawdę nie był zdolny do niczego. Spotkanie z Emmą na lotnisku po nocy spędzonej z Leilą było torturą. Trzymała transparent z napisem „Powrót bohatera”. Jeszcze gorsze były następne tygodnie, kiedy pielęgnowała jego ranną nogę (zawsze uważał, że rana od szrapnela była zemstą Allaha). Potem wiedział, że już nigdy nie chce się czuć tak podle. Po roku się oświadczył.

Teraz, kiedy e-mail Jessego potwierdził, że list Leili był autentyczny, żałował, że od razu nie pokazał go Emmie. Milcząc przez półtora roku, zapędził się w kozi róg. Otworzył wersję roboczą e-maila do Jessego. Minął już tydzień od czasu, gdy dostał wiadomość ze Stanów. Musiał coś odpowiedzieć. Na razie napisał:

 

Drogi Jesse,

dziękuję za mejl. Choć byłoby mi bardzo miło Cię poznać, obawiam się, że grudzień to nie najlepsza pora, gdyż wraz z rodziną przebywamy obecnie na kwarantannie. Moja córka Olivia leczyła chorych na wirusa haag w Liberii i poinstruowano nas, byśmy unikali kontaktu z kimkolwiek poza najbliższą rodziną.

 

Westchnął. Nie mógł napisać „najbliższa rodzina” do Jessego. To było chamskie. Poza tym list sugerował, że w innych okolicznościach przyjąłby go z otwartymi ramionami. Wstał i spojrzał na porcelanowego spaniela na półce nad kominkiem i swoją twarz w lustrze. Nagle wydało mu się, że wygląda na osiemdziesięciolatka. Po chwili, aby oczyścić umysł, rozegrał długą partie scrabble’a w sieci.

                - O-oobiad! – zawołała Emma.

Spróbuję jeszcze raz po drinku, postanowił.

"Siedem dni razem" to nie jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem ale trzeba przyznać, że autorka potrafi zaciekawić czytelnika.
Całość naprawdę wypadła całkiem nieźle i choć jest to jedna z propozycji literatury świątecznej, nie wiem czy ponownie bym do niej wróciła.
Nie ma w niej tego ducha świąt jakiego bym oczekiwała po tego typu książce.
Mimo to całkiem w porządku się ją czyta.
Jeżeli macie ochotę na opowieść o rodzinnych problemach, relacjach rodzinnych i trochę o świętach to przeczytajcie.

Wielkim plusem tej powieści jest to, że całą historię poznajemy z punktu widzenia każdego z bohaterów. Dzięki temu możemy ich lepiej poznać, poznać motywy działania. Widzimy, jak zmieniają się podczas tego tygodnia. I w głębi ducha wiemy, że te zmiany nie są wcale chwilowe. 
 
Nie jest to słodka powieść w klimacie świątecznym, ale idealnie nadaje się na ten czas. By pokazać nam co w życiu jest najważniejsze. Polecam. 

 Wspaniała książka! Nie ma w niej lukru, szczebiotu i gwiazdki z nieba (choć te elementy też w książkach lubię). Jest (w końcu!) prawda, bardzo trudna, początkowo niszcząca, ale ostatecznie oczyszczająca, potrzebna i spajająca. Piękna historia o rodzinie, relacjach rodzinnych, różnych osobowościach, oczekiwaniach, rozczarowaniach, aspiracjach i życiowych porażkach. Rodzina musi trzymać się razem, na dobre i na złe. Książka piękna, ważna i potrzebna. Polecam!

"Siedem dni razem" - kontemplacyjna, pełna trafnych spostrzeżeń i cennych wartości proza obyczajowa. Serdecznie polecam!

Książka to wnikliwe studium rodziny z jej blaskami i cieniami, z odnajdywaniem ciepła i bliskości. Przybliża nam problem „ponownej nauki rozmowy”, zwłaszcza teraz gdy przez nowe technologie i pędzący do przodu świat tak bardzo potrafimy się od siebie oddalić.
To taki śmiech przez łzy, gdy próbujemy w jeden (w tym wypadku siedem dni) naprawić, zbudować coś na co pracuje się cały rok, całe lata, całe życie…

Powieść cudownie do refleksji świątecznych i powinna znaleźć się pod choinką z napisem „Dla całej rodziny” 

Franceska Hornak stworzyła bardzo dobrą powieść o rodzinie, która już dawno straciła familijny charakter. Każdy z jej członków myśli o sobie, ma swoje życie i wrażenie, że inni go nie rozumieją. Okres świąteczny nie sprzyja wcale poprawie nastroju, wręcz przeciwnie. Ciepła i miła dla oka okładka, a jakże gorzka treść. Podsumowując, jeśli macie ochotę zagłębić się w rodzinne relacje, przeczytać opowieść, która jest pełna trafnych spostrzeżeń i brak jej cukierkowego zakończenia to koniecznie sięgnijcie po powyższy tytuł. Rodzinka Birchów poleca się na śnieżne, zimowe wieczory. Będzie troszkę zabawnie, trochę smutno i nostalgicznie. Polecam. 

Autorka wykonała kawał świetnej roboty, opowiadając historię z punktu widzenia każdego bohatera w tak krótkim czasie - w ramach jednotygodniowej kwarantanny. Czułam, że dogłębnie poznałam każdą postać, rozumiałam ich motywacje i przy tym obserwowałam, jak ewoluują. Stałam się z nimi bardziej związana.

 

„Siedem dni razem” okazało się wciągającą i interesującą powieścią. Pokrzepiająca historia, po której przeczytaniu zadasz sobie pytanie jak dobrze znasz swoją rodzinę i siebie samego. Polecam osobom, które szczególnie upodobały sobie opowieści o tajemnicach rodzinnych i konfliktach.

Siedem dni Razem” to przede wszystkim książka o tym, jak ważna jest rodzina. Pomimo różnic, odmiennych zdań, opinii i światopoglądów, mimo skrywanych żalów i pretensji – więź jaka łączy członków rodziny Birchów jest najsilniejsza. Gdy przychodzi im się zmierzyć z kolejnymi problemami, stają za sobą murem, gotowi na każde poświęcenie w imię miłości jaka ich wszystkich łączy.

Świetna książka! Bardzo polecam i zapraszam na wysłuchanie recenzji oraz fragmentu powieści Francesci Hornak.

,,Siedem dni razem" to pełna celnych obserwacji słodko-gorzka powieść o poszukiwaniu bliskości w rodzinie nie tylko podczas świąt Bożego Narodzenia. Autorka zwraca uwagę, na to jak ważna jest rozmowa i nie chowanie urazów. Spotkanie raz na rok przy choince nie sprawi, że rodzina nagle zacznie zachowywać się inaczej i wszyscy staną się życzliwi. Na dobre relacje pracuje się cały rok, a kluczem jest szczerość i rozmowa. Powieść polecam na grudniowy czas spędzany przy choince, bo z pewnością skłoni do refleksji nad własną rodziną:)

Francesca Hornak napisała historię z punktu widzenia każdego z bohaterów, co nie jest wcale takie proste, a żeby dodatkowo zainteresować czytelnika takim sposobem pisania jest prawdziwym majstersztykiem. Jej sie to udało. śmiesznie nie jest, ale jest interesująco i wciągająco. Prosty język literacki, obrazowe opisy i dialogi adekwatne do sytuacji oraz fabuła - niebanalna i nieprzewidywalna sprawia, że czujemy żal, nie tylko z pwodu wydarzeń, ale również dlatego, że lektura dobiegła końca. 
 
Polecam powieść czytelnikom szukającym w literaturze mądrości i oryginalnej akcji, która sprawi, że odpłyniemy w całkowicie inny, nieznany nam świat.

Książka idealnie nadaje się na zimowy wieczór, trzeba nad nią chwilkę pomyśleć, lecz czyta się ją jednym tchem. Paradoksem dobrych książek jest to, że szybko się kończą, a ta zdecydowanie kończy się za szybko. Lektura autorstwa Francesca'ki Hornak jest godna polecenia.

 Nie pozostało mi nic innego jak tylko polecić Wam tę lekturę! Pani Francesca zabierze Was w ciekawą podróż do wiejskiej posiadłości, gdzie na nowo będą łączyć się ścieżki rodziny Birchów. Jeżeli jesteście gotowi na spotkanie z książką pełną ciepła, miłości i świątecznego klimatu z tajemnicami na czele, to powinniście zastanowić się nad lekturą "Siedem dni razem". Jestem przekonana, że od razu zrobi Wam się cieplej na serduszku.

Książka Francesci Hornak okazała się niesamowicie wciągająca, chciałam przeczytać ją jak najszybciej nie tylko, aby dowiedzieć się jak rodzina Birchów wytrzyma ze sobą, chłonęłam kolejne strony ponieważ każdy rozdział opisany był z perspektywy innego bohatera, a ja chciałam dowiedzieć się jak potoczy się historia każdego z nich. Siedem dni razem  to przepiękna powieść, przepełniona nie tylko słodkimi świątecznymi rozmowami osób sobie najbliższych, ta powieść to przede wszystkim opis tajemnic i problemów z jakimi zmagają się bohaterowie. Dodatkowym plusem było dla mnie zakończenie, które muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczyło!

Polecam polecam polecam!!!! ❤

Francesca Hornak umie zaciekawić czytelnika. To moje pierwsze spotkanie z jej twórczością, ale gdy w przyszłości zobaczę jej nazwisko na książce, z całą pewnością po nią sięgnę. Cieszę się, że „Siedem dni razem” mimo bożonarodzeniowego klimatu w tle, nie jest kolejną lekką, infantylną, sztampową i kiczowatą powieścią. Jest za to ciepłą, wartościową pozycją, która daje do myślenia oraz przepełniona jest celnymi spostrzeżeniami na temat życia. Bardzo dobrym zabiegiem było wprowadzenie pięciu narratorów, dzięki czemu mamy okazję dogłębnie poznać każdą postać.

Ja czytałam tę książkę z zapartym tchem, nie wiedząc tak naprawdę, jak ta historia się zakończy. Gdyby nie obowiązki, prawdopodobnie w ogóle bym się od niej nie odrywała. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić Wam ją i zachęcić do lektury! Zatem POLECAM.

Książka jest miłą powieścią na nadchodzące święta.Autorka potrafi w piękny sposób w czytelniku rozbudzić emocję,które towarzyszą w trakcie świąt.Powieść idealna na długie wieczory.
Czy mogę się do czegoś doczepić? Niekoniecznie!Książka lekka i ciekawa,a autorka pięknie wprowadza nas w świąteczny czas.Gorąco polecam.

Reasumując, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko szczerze zachęcić Was do sięgnięcia po ten tytuł. Nie tylko teraz, bowiem jak już wcześniej wspomniałam jest to uniwersalna historia o zwyczajnej rodzinie, takiej jakich wiele wokół, dlatego też - bez względu na porę roku - szczerze ją Wam polecam.

Książka ta, to urocza opowieść nie tylko o świętach. To obraz zwykłej rodziny, która ma swoje problemy i troski, która nie potrafi dojść do porozumienia. Autorka specjalnie nie naszpikowała swojej książki wymyślnymi zwrotami akcji. Chciała pokazać nam normalny świat, ludzi z krwi i kości - takich jak my. Pełno tutaj bardzo trafnych spostrzeżeń, więc Siedem dni razem czyta się z ogromnym zaangażowaniem. Lubię takie historię, więc nowość od wydawnictwa Harper Collins Polska, będę polecała z czystym sumieniem. W szczególności, na przedświąteczne poczytywanie, pomiędzy sprzątaniem kolejnych zakamarków w domku. 

Książka Franceski Hornak to poruszająca, poważna powieść, w której autorka ukazuje, co jest najważniejsze w życiu. Angielka przypomina w swojej książce, że święta to nie tylko choinka, prezenty i świąteczny obiad – to wyjątkowy okres pojednania i szczerych rozmów, czas zacieśniania więzi i otwarcia się na drugiego człowieka.
 
„Siedem dni razem” to przede wszystkim dobrze napisana, refleksyjna powieść obyczajowa. Jeśli poszukujecie poważnej, świątecznej lektury, której daleko do lekkiej komedii, rozważcie sięgnięcie po książkę Franceski Hornak. Ostrzegam Was jednak - to nie jest słodka i łatwa opowieść przesycona bożonarodzeniową magią. Dużo w tym utworze goryczy, rozczarowań, smutku i bólu.

Powieść rzeczywiście jest pełna trafnych spostrzeżeń na temat otaczającego nas świata, w którym liczy się liczba obserwatorów na Instagramie, a istota świąt zamyka się w kolorowych pudełkach na prezenty. Historia nakreślona przez Francescę Hornak pokazuje, jak kluczowa jest rozmowa, szczerość, jak dużą szkodę mogą wyrządzić skrywane pretensje i niedomówienia. Siedem dni, jakie spędziła ze sobą rodzina Birchów, przynosi więcej cieni niż blasków, ale mimo to napawa optymizmem i pokazuje siłę bliskości. Lukier? Nie bardzo. Hornak nie oszczędza swoim bohaterom gorzkich rozczarowań, ale nie odbiera im też nadziei. Chętni na Boże Narodzenie w wydaniu brytyjskim? Polecam!

,,Siedem dni razem" może wydawać się bardzo obszerną lekturą, jednak wbrew pozorom czyta się ją bardzo szybko. Podzielona jest na poszczególne dni kwarantanny, przedłużając akcję do Sylwestra. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia poszczególnych członków rodziny. Choć jest tutaj kilka szczęśliwych zbiegów okoliczności, powieść zaliczam do udanych. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Books Harmony
2017-12-26

Zapraszam na bloga http://mybooksharmony.blogspot.com/2017/12/francesca-hornak-siedem-dni-razem.html 23 grudnia 2016 Olivia Birch wraca do Londynu, po tym jak spędziła kilka miesięcy w Liberii, pracując jako lekarz z osobami chorymi na wirus Haag. Zgodnie z obowiązującymi przepisami po powrocie musi odbyć siedmiodniową kwarantannę, kobieta postanawia spędzić ten czas ze swoja rodziną, ...