Thriller / Sensacja / Kryminał
Nieobecna
KUP TERAZ

Nieobecna

Sheena Kamal
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327621191
Premiera: 2017-10-11

Gotowa narazić życie dla córki, której nigdy nie chciała urodzić.

 

Nora chce być niewidzialna. Mieszka nielegalnie w cudzej piwnicy i nie ma przyjaciół. Ucieka przed przeszłością, doznała zbyt wiele zła i niewyobrażalnego okrucieństwa, by komukolwiek zaufać. Jeden telefon zmusza ją do wyjścia z ukrycia. Nora rusza na poszukiwanie zaginionej córki, którą piętnaście lat temu oddała do adopcji kilka minut po porodzie. Wpada na ślad rozgałęzionego spisku, odkrywa też, kto przed laty odarł ją z godności i skazał na śmierć. Decyduje się na samotną walkę z wpływowymi ludźmi, którzy stoją ponad prawem. 

Dzisiejszy poranek jest zimny, a wilgoć przenika do szpiku kości. Oczywiście właśnie tak wygląda zima w Vancouver. Przyjechałam na spotkanie z godzinnym wyprzedzeniem, dlatego siedzę na przystanku autobusowym i marznę, choć mogłam zostać w mojej wiekowej i poobijanej corolli. Mijają mnie kolejne samochody. To ciekawe, ale kierowcy zawsze starannie unikają wzroku tych, którzy bez względu na pogodę tkwią na przystankach, chyba że zatrzyma ich czerwone światło. Na szczęście w pobliżu nie ma sygnalizacji świetlnej, dlatego czuję się niewidzialna. Mam dość dobry widok na wejście do kawiarni i parking. W lokalu panuje półmrok, lepiej oświetlona jest tylko część tuż przy barze. A zatem spotkanie z Everettem Walshem będzie miało posmak tajnej schadzki. Dla mnie w porządku, ciekawe, czy on się tego nie przestraszy.

Kiedy zatrzymuje się przy mnie autobus, odprawiam go skinieniem ręki. Poirytowany kierowca na pożegnanie wyrzuca obłok spalin, które na sekundę pozbawiają mnie tchu.

Kawiarnia jest na Kingsway. Obok kilka barów szybkiej obsługi, warsztatów samochodowych i małych sklepików. Everett mieszka w Kerrisdale, zadbanym przedmieściu Vancouver, ja na drugim, wschodnim krańcu miasta. Ciekawe, dlaczego wybrał właśnie ten lokal z ładną czerwoną markizą i błagającymi o odnowienie żółtymi drzwiami. To nie jest elegancka kawiarnia, ale też żadna spelunka, coś pośredniego. Może uznał, że w takim miejscu oboje poczujemy się swobodnie.

Z moich obserwacji wynika, że w lokalu serwują obrzydliwą kawę i całkiem niezłe muffinki. Wszyscy klienci, którzy wychodzą na ulicę z papierowymi kubkami, po wypiciu kilku łyków krzywią się niemiłosiernie, a ci, którzy kupili tylko babeczkę, wydają się całkiem zadowoleni. Próbują, a potem wzruszają ramionami, jakby przyjmowali do wiadomości, że za takie pieniądze nie można więcej wymagać.

Dwadzieścia minut przed umówionym czasem po parkingu zaczyna krążyć sportowe audi w ciemnym kolorze. W środku elegancka para, oboje w okularach przeciwsłonecznych. Spoglądają w stronę kawiarni, potem odjeżdżają, ale już po pięciu minutach są z powrotem.

Parkują tuż przy wejściu do lokalu. Mężczyzna wysiada, zdejmuje okulary i wchodzi do środka. Jest niski i zwalisty, niemal pozbawiony szyi. Spod brązowej czapki bejsbolowej wystają rzednące ciemne włosy. Jest ubrany w ciemną marynarkę i wyraźnie się garbi, jakby dźwigał na barkach nieznośny ciężar. Po chwili z samochodu wysiada również kobieta. Odgarnia z twarzy rude włosy i wchodzi do kafejki. Nie zwraca uwagi na otoczenie. Jest piękna, przywykła, że wszyscy się na nią gapią. Nie zdejmuje okularów, dobrze wie, że dzięki temu jest jeszcze bardziej seksowna i otacza ją aura tajemniczości. To zawsze działa. Kelner w średnim wieku, który podaje jej kawę, jest pod wrażeniem. Odrywa wzrok od kobiety tylko na sekundę, by przyjąć pieniądze od towarzyszącego jej mężczyzny.

A potem czekają. Oboje mniej więcej czterdziestoletni, zadbani, dobrze ubrani. Nie rozmawiają ze sobą, i jest to ciężka, wroga cisza. Kiedyś byli namiętnymi kochankami, ale lata małżeństwa zrobiły swoje, zabiły pożądanie. Mężczyzna jeszcze coś czuje do partnerki, jednak na próżno próbuje zwrócić jej uwagę. Ona go kompletnie ignoruje, wygląda przez okno i obserwuje parking. Popijają kawę, w żaden sposób nie reagując na jej podły smak. Być może zaniemówili na skutek szoku, jakiego doznały ich kubki smakowe.

Obserwuję ich przez cały czas, który pozostał do umówionego spotkania. Według mnie ta para rzadko gdziekolwiek wychodzi razem, nawet na kawę. Teraz siedzą obok siebie, bo muszą, a zatem okoliczności, które ich do tego zmusiły, to poważna sprawa. Jestem tego niemal pewna, jednak zamiast się martwić, odczuwam zaciekawienie. Oczywiście sprawdziłam ich w sieci, wiem, że oboje są architektami, ale pracują w różnych firmach. Nie wydają się groźni, dlatego wchodzę do kawiarni bocznym wejściem. Są zaskoczeni, kiedy z muffinką w ręce staję przy ich stoliku.

Kobieta lustruje moje znoszone dżinsy i powyciągany stary kardigan. Natomiast mężczyzna najwyraźniej nie może oderwać wzroku od mojej twarzy. Nie mam ani bardzo jasnej, ani bardzo ciemnej karnacji, coś pośrodku, jakby ktoś wlał do błotnistej kałuży trochę mleka. Mocno zarysowane kości policzkowe i podbródek świadczący o uporze. Jednak najbardziej intrygują go moje oczy, jak wszystkich, którzy zadają sobie trud, by na nie spojrzeć. Są tak ciemne, że źrenice zlewają się z tęczówką, dodatkowo ocienione bardzo długimi rzęsami. Można by je uznać za ładne, tylko że każdego, kto popatrzy w nie dłużej, musi coś zaniepokoić. Otóż nigdy nie mrugam, naprawdę nigdy. Światło mnie nie razi, po prostu je wchłaniam. Umiem wyrazić wzrokiem, że właśnie o czymś zapomniałeś albo zrobiłeś coś głupiego.

- Everett Walsh? - Przystawiam krzesło do ich stolika i siadam. Zwracam się wyłącznie do mężczyzny, kobieta potrzebuje trochę czasu, by przejść do porządku dziennego nad moim wyglądem.

- Słucham? Tak, hm, to ja. - Zdejmuje czapkę, by otrzeć spocone czoło, i odkłada ją na stolik. Kobieta patrzy na niego z wyraźnym obrzydzeniem. - To moja żona Lynn.

- Miło poznać – rzuca Lynn tak oschle, by wszyscy zrozumieli, że jest wręcz przeciwnie. Nie zauważyli mnie, gdy siedziałam na przystanku, pewnie nawet nie zauważyli przystanku. Ludzie ich pokroju nie korzystają z publicznej komunikacji. Szczęściarze. Miejski transport w Vancouver zasłużenie cieszy się jak najgorszą sławą. Należy go za wszelką cenę unikać. Jeżdżą nim tylko ci nieszczęśnicy, których albo nie stać na samochód, albo akurat musieli oddać wóz do warsztatu.

Widząc, że Lynn nie zamierza go choćby w najmniejszym stopniu wspierać, Everett przejmuje inicjatywę.

- Dziękuję, że zgodziłaś się z nami spotkać – mówi. - Mój telefon na pewno cię zaskoczył, nie znasz nas i...

- Kto mnie polecił? - Przecież musieli od kogoś dostać mój numer telefonu.

- Co takiego? - Everett mruga gwałtownie. - Nikt. Wynajęliśmy kogoś, żeby cię odnalazł.

- O czym ty mówisz? - Teraz to ja jestem zaskoczona, zupełnie jakbyśmy grali w grę „to ja cię bardziej zbiję z pantałyku”.

- Nasza córka zaginęła – mówi Lynn.

- Kochanie, powiedziałem jej o tym podczas rozmowy telefonicznej. - Everett patrzy na żonę z niezbyt starannie skrywaną wyższością.

- A powiedziałeś, że chodzi o jej córkę? - Lynn odwraca się w jego stronę. Przez chwilę mierzą się spojrzeniem, które wiele mówi o ich małżeństwie.

Gapię się na nią jak cielę na malowane wrota. Mam otwarte usta, jakby mięśnie poraził paraliż. Lynn triumfuje, właśnie taki efekt chciała wywołać. Brakuje mi tchu, ale przecież to niemożliwe, żeby ktoś wypompował z pomieszczenia cały tlen. Lynn cały czas na mnie patrzy, i chociaż się nie uśmiecha, wiem, że jest z siebie bardzo zadowolona.

Everett odchrząkuje nerwowo, otwiera usta, próbuje coś powiedzieć, ale po chwili znów je zamyka. Przez moment gapimy się na siebie, a potem Everett znajduje wreszcie dość odwagi, by powiedzieć:

- Chodzi o dziecko, które oddałaś piętnaście lat temu do adopcji. - Uważnie mi się przygląda, ciekaw mojej reakcji.

Do tej pory udało mi się zachować kamienną twarz, jednak teraz ten spokój pryska. Najchętniej bym sprawdziła, czy nadal mam grunt pod nogami i czy tylko mi się wydaje, że śnię koszmar, w którym spadam w głąb króliczej nory.

Everett wyjmuje z portfela plik fotografii i rozkłada je przede mną.

Bez słowa patrzę na pulchną nastolatkę o złotawej skórze. Ma moje oczy, chociaż nieco głębiej osadzone i o nieco innym kształcie. Są smoliście czarne, wydają się bezdenne. Ciemne włosy, ciemniejsze od moich, sięgają ramion, brodę zdobi uroczy dołeczek. Wpatruję się we wszystkie szczegóły z niemal bolesną intensywnością. Chcę dotrzeć do najskrytszych zakamarków jej duszy. Już po chwili wiem, co ukrywa. Dziewczyna się uśmiecha, ale tylko ustami, jej oczy są smutne. Oszukuje obiektyw, udaje, że jest szczęśliwa.

- To Bonnie. Właściwie Bronwyn, ale mówimy na nią Bonnie – wyjaśnia Everett, a ja słyszę w jego głosie nie tylko dumę, ale też miłość.

Zerkam na Lynn, która odwraca wzrok od zdjęć. Wgryzam się w muffinkę, by trochę zebrać myśli i zyskać na czasie.

- Zaginęła prawie dwa tygodnie temu – mówi po chwili Everett, nie doczekawszy się żadnej reakcji z mojej strony. - Myśleliśmy, że pojechała ze znajomymi pod namiot, ale...

- Ale nas okłamała. Ukradła z domu wszystkie pieniądze i kartę kredytową, z której zdołała wypłacić tysiąc dolarów. - Lynn zdejmuje okulary i dopiero teraz widzę, jak bardzo ma zaczerwienione i podkrążone oczy. Jest na skraju wytrzymałości. Dziecko, z którym wiązała tyle nadziei, któremu podała pomocną dłoń, nagle zaczęło stwarzać problemy. Zamiast w motylka, przepoczwarzyło się we wredną nastolatkę. - Przedtem też znikała, dwa razy, ale nigdy na tak długo.

- Policja nie okazała się zbyt pomocna – wtrąca Everett. - Wszczęli co prawda poszukiwania, ale kiedy ustalili, że ukradła nam pieniądze, zaczęli to traktować jak ucieczkę z domu. Niewiele zrobili, chyba tylko porozmawiali z nauczycielami Bonnie i dali sobie spokój. To dobry dzieciak...

- Nazwali ją notoryczną, niepoprawną uciekinierką – przerywa mu gwałtownie Lynn. - Okradła nas.

- To dobry dzieciak – upiera się Everett. - No, może ostatnio rzeczywiście sprawiała trochę więcej problemów. Poznała nowych przyjaciół, wracała coraz później do domu, włóczyła się z różnymi typami w workowatych spodniach, którzy słuchają hip-hopu. Podejrzewaliśmy, że zaczęła pić i eksperymentować z narkotykami. Owszem, dwa razy już uciekła z domu, ale zawsze wracała. Aż do teraz. Musiało się stać coś złego. - Everett mówi coraz szybciej, nie radzi sobie z emocjami. Przykro patrzeć na płaczącego mężczyznę, jednak nie odwracam wzroku. W takich momentach łatwo stwierdzić, czy ktoś udaje, ale rozpacz Everetta jest szczera.

Lynn spogląda na niego przez chwilę, a potem odwraca się w moją stronę. Nie próbuje uspokoić ani pocieszyć męża.

- Sprawdziliśmy w jej komputerze historię wyszukiwań. Chociaż wiedziała, że jesteśmy temu przeciwni, zaczęła szukać w sieci biologicznych rodziców. Często wchodziła na strony tych... jak one się nazywają? - Patrzy na mnie, wyraźnie oczekując odpowiedzi, ale tylko wzruszam ramionami. - Jest niepełnoletnia, nie mogła wszcząć oficjalnych poszukiwań, tyle że w czasach internetu to żaden problem. Jest mnóstwo sposobów, by kogoś namierzyć. Te wszystkie portale społecznościowe... Mam nadzieję, że dla własnego dobra nie nawiązała z tobą kontaktu, ale jeżeli tak...

Everett pozbierał się już na tyle, by posłać Lynn karcące spojrzenie.

- Przepraszam za żonę – mówi. - Oboje jesteśmy bardzo zdenerwowani. Martwimy się o córkę.

Cóż, niestety umiem czytać między wierszami. To mnie obwiniają o złe zachowanie Bonnie. Niby jak miałabym wywierać na nią zły wpływ, skoro widziałam ją tylko raz w życiu? Jednak oni uważają, że to przeze mnie zaczęła pić i ćpać. W jakiś tajemniczy sposób wyrwała się spod ich opiekuńczych skrzydeł i odnalazła mnie. Uciekła, by być z prawdziwą rodziną i wieść próżniacze życie od jednej bibki do drugiej. A kiedy już trochę wytrzeźwiejemy, będziemy się zaśmiewać z Everetta i Lynn, tych naiwnych idiotów, którzy tak łatwo dali się oszukać.

Ludzie często mylą się w ocenie innych. Nie obchodzi mnie opinia tej pary, mimo to odczuwam lekką satysfakcję, że ich życie - w porównaniu z moim tak dostatnie i uporządkowane - błyskawicznie zmienia się w koszmar. I nagle do mnie dociera, dlaczego Everett niemal histerycznie nalegał na nasze spotkanie.

Jestem jego ostatnią nadzieją.

- Mniej więcej pięć lat temu popadła w lekką obsesję na temat swojej biologicznej rodziny. Bez przerwy ze wszystkimi o tym rozmawiała, ale nagle przestało ją to obchodzić. Tak nam się przynajmniej wydawało. Potem odkryliśmy, że znalazła papiery adopcyjne i swoje świadectwo urodzenia. Ciężko cię znaleźć. My musieliśmy wynająć prywatnego detektywa, ale może Bonnie miała więcej szczęścia.

- Zaraz, zaraz – przerywam mu zdenerwowana. - Zgodnie z prawem powinniście dostać świadectwo urodzenia ze zmienionymi danymi. W żadnych papierach nie ma mojego nazwiska.

- Owszem, ale było z tym trochę zamieszania. Metrykę ze zmienionymi danymi dostaliśmy dopiero po jakimś czasie. Kazali mi zniszczyć prawdziwą.

- Tylko że tego nie zrobiłeś – wchodzi mu w słowo Lynn.

- Przepraszam. – Zerka na żonę. - Ile razy mam jeszcze powtórzyć, że bardzo mi przykro?

- Nie odezwała się do mnie – mówię po chwili, patrząc tęsknie w stronę drzwi. Zjadłam babeczkę, nie mam tu już nic do roboty, ale ciekawość bierze górę. - Co pamiętacie z dnia, w którym zniknęła? - pytam.

- Powiedziała, że jedzie z przyjaciółmi pod namiot. – Lynn wzrusza ramionami.

- Tak, już to słyszałam od was. Gdzie wtedy byliście?

Patrzą na siebie lekko skonsternowani. Nie przywykli, by ktoś oceniał ich zachowanie.

- Pracowaliśmy – odpowiada Lynn, mrużąc oczy. Mówi tak głośno, że kilku innych gości kawiarni rzuca nam zaciekawione spojrzenia. Pewnie są wdzięczni za rozrywkę i cieszą się, że choć na chwilę mogą oderwać się od wstrętnej lury w kubkach.

- Może próbowała się skontaktować z biologicznym ojcem? - pyta Everett. Próbuje ponownie przejąć kontrolę nad rozmową i znów patrzy na Lynn przepraszająco. Widać, że nawykł do takiego zachowania.

Zdecydowanie potrząsam głową.

- Niestety nie mogę wam pomóc. - Wstaję od stolika i ruszam do wyjścia. Pewnie powinnam ich przeprosić, ale nigdy nie zrozumiałam tej kanadyjskiej manii wiecznego przepraszania za wszystko, nawet gdy tak naprawdę nie zrobiłeś nic złego.

Już przy drzwiach słyszę, jak Lynn syczy:

- Kolejny rewelacyjny pomysł, Ev. Po prostu genialny, moje gratulacje.

Spinam się, gdy słyszę za plecami czyjeś kroki. Są coraz bliżej, a ja mam jeszcze kawałek do samochodu. To Everett. Wciska mi do ręki fotografię Bonnie.

- Nora, przepraszam. Lynn... moja żona ma teraz trudny okres w pracy, jest zestresowana, a ostatnio zupełnie nie dogadywała się z Bonnie - szepcze.

Oczekuje ode mnie zapewnienia, że rozumiem i wybaczam, ale ja, tak jak Lynn, nie zamierzam go uspokajać i pocieszać. Mimowolnie napina mięśnie, rumieniec powoli zabarwia mu policzki, a potem pełznie na szyję. Kiedy próbuję mu oddać zdjęcie, cofa się gwałtownie.

- Zatrzymaj je, proszę. Jeżeli się z tobą skontaktuje, daj nam znać, dobrze? Zapisałem na odwrocie numery naszych telefonów. Bonnie to dobre dziecko, naprawdę. Ja tylko chcę, żeby bezpiecznie wróciła do domu.

Dobre dziecko? Powiedział to po raz drugi, i to w taki sposób, jakby próbował przekonać nie tyle mnie, ile samego siebie. I właściwie co rozumie pod pojęciem „dobre dziecko”?

- Dlaczego wynajęliście detektywa, żeby mnie odszukał, zamiast od razu zlecić mu odnalezienie Bonnie? – I już znam odpowiedź na to pytanie: - No tak, bo myśleliście, że się ze mną skontaktowała, a od czegoś trzeba zacząć.

- Tak, ale okazało się, że to ślepa uliczka. Bonnie wie, jak się ukryć. Zniknęła jak duch, nie mamy żadnego punktu zaczepienia.

Kiedy odchodzi, ja też ruszam w kierunku mojej poobijanej corolli. Bezskutecznie próbuję zapanować nad ogarniającą mnie paniką. Everett jest naprawdę zdesperowany, skoro poprosił mnie o spotkanie. Przecież nie miał pewności, że Bonnie do mnie dotarła. No dobrze, próbowała mnie odszukać, ale co z tego? Większość adoptowanych dzieci próbuje, choć na ogół bez powodzenia. Dał mi zdjęcie, chociaż wcale o to nie prosiłam. Z naciskiem powtarzał, że Bonnie to dobry dzieciak. Nie kłamał, ale próbował wpłynąć na mój ogląd sytuacji. Czego się obawia? Czy za ucieczką Bonnie kryje się coś więcej niż wybryk zbuntowanej nastolatki?

Poza tym wcale nie było trudno mnie znaleźć, skoro zachował oryginalną metrykę Bonnie. Dostał moje imię i nazwisko na tacy. Ale skąd wiedział, że zajmuję się odnajdywaniem zaginionych osób?

I czy ma świadomość, że Lynn skłamała, opowiadając o dniu, w którym zaginęła Bonnie?

 

***

 

Dziewczyna przykucnęła na skałach, zastanawia się gorączkowo, co dalej, jaki powinien być jej kolejny krok. Prawdopodobnie ma wstrząśnienie mózgu, a przynajmniej tak się czuje. Krwawi z głowy, strużki krwi ściekają też z ramion i nadgarstków. Kość biodrowa pulsuje tępym bólem. Dlaczego? Akurat tam jej przecież nie bili. Złowrogi łoskot fal niemal rozrywa jej bębenki w uszach. Spiętrzone bałwany uderzają w skały z zajadłością, pewnie zaraz strącą ją do oceanu. Jest na tyle przytomna, by wiedzieć, że wówczas byłaby bez szans. Woda to potężny żywioł, który na pewno by ją pokonał.

Nie powinna tak tkwić bez ruchu, musi się ruszyć.

Może wkrótce uznają, że nie przeżyła, i przerwą poszukiwania. Czepia się tej myśli jak tonący brzytwy, z trudem zbiera myśli. Mruży podrażnione oczy i próbuje zlizać kroplę słonej wody ściekającą po policzku. I nagle sobie uświadamia, że to łzy.

 

***

 

Skrzyżowanie Hastings z Columbia znajduje się w najgorszej części Vancouver, na wschodnim przedmieściu. Władze miasta od lat szumnie zapowiadają renowację okolicy, ale na razie nic na to nie wskazuje. To po prostu podła dzielnica. Ceny wszystkich nieruchomości w Vancouver osiągnęły szczyty absurdu, jednak jeśli chcesz zaistnieć na rynku, nie możesz wynieść się na wieś. Wynajmujesz taki lokal, na jaki cię stać. W okolicy jest pełno prywatnych detektywów i równie dużo dziennikarzy, którzy pracują nad kolejną książką i z szybkością karabinu maszynowego wypluwają z siebie rewelacje na blogach.

Jestem recepcjonistką i zarazem asystentką właśnie dwóch takich facetów. Żaden z nich nie byłby w stanie płacić mi pensji, dlatego połączyli siły. Dzielmy się kosztami, to przecież jedno z najpopularniejszych haseł ekonomicznych naszych czasów, a oni po prostu wprowadzili je w życie. Przez ostatnie trzy lata pracowałam dla nich prawie za darmo, w zamian nie płacąc ani grosza za moje lokum. Tyle że moi szefowie nie mają o tym pojęcia. Myślą, że piwnica to po prostu składzik zakurzonych rupieci. Na szczęście nigdy się nie pofatygowali, by to sprawdzić. Czasami rzucają żarciki na temat poobijanej corolli, która dzień w dzień parkuje przy tylnym wejściu. Uznali, że samochód należy do faceta z firmy mieszczącej się naprzeciwko. Do dziś nie wyprowadziłam ich z błędu, bo i po co?

Na końcu ulicy pełnej pijaków, dilerów, dziwek i alfonsów zaczyna się Gastown, raj hipsterów. To strefa buforowa między światem bogatych a światem biednych. Między tymi, którzy mogą sobie pozwolić na mieszkania w eleganckich dzielnicach, a dzikimi lokatorami piwnic i opuszczonych budynków, takimi jak ja. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ