Powieść obyczajowa
Wzgórze Niezapominajek
KUP TERAZ

Wzgórze Niezapominajek

Anna Bichalska
brak opinii
Liczba stron: 288
ISBN: 9788327631022
Premiera: 2017-07-05

Miał być piękny ślub i szczęśliwe życie we dwoje, ale plany rozwiały się w kilka godzin. Lena wyjeżdża do rodzinnej miejscowości nad jeziorem, by w bezpiecznym domu babci leczyć złamane serce. Tam odkrywa, że przyjaciółka z dawnych lat, Julia, która zmarła przed rokiem, coś jej zostawiła. W szkatułce w niezapominajki czeka list i wskazówki do odkrycia tajemnic, które dotyczą Leny, Julii i paru bliskich osób. Lena postanawia wyjaśnić wszystkie sekrety i poznać prawdę - nie tylko o sobie.    

Sięgnęłam po kolejną butelkę wody i pociągnęłam kilka dużych łyków. Podkręciłam radio, a z głośników zaczęły rozbrzmiewać Telefony Republiki. Ten majowy dzień był wyjątkowo ciepły, a mnie potwornie chciało się pić. Być może dlatego, że poprzedniego dnia hucznie obchodziliśmy urodziny mojej najlepszej przyjaciółki Ewy. Wprawdzie nie piłam alkoholu, bo jakoś się wykręciłam, nie chcąc zdradzać właściwego powodu abstynencji, ale słone przekąski i góra jedzenia i tak zrobiły swoje, bo nie czułam się najlepiej. Do tego odezwało się zapalenie pęcherza, które przechodziłam już kilka razy, więc postanowiłam ogólnie więcej pić. Pewnie nie ruszałabym się z domu, ale tego dnia co roku jeździłam na grób brata.

Zaparkowałam przed cmentarną bramą w Lipowicach, niewielkim miasteczku, oddalonym o jakąś godzinę drogi od Białegostoku, gdzie teraz mieszkałam. Wysiadłam z samochodu i ruszyłam alejką. Po drodze chciałam jeszcze zajechać do babci mieszkającej kilka kilometrów dalej w malowniczej wsi położonej nad jeziorem o trochę pretensjonalnej, ale pasującej do niej nazwie – Błękitne Brzegi. Często spędzałam tam wakacje i weekendy, a później, po śmierci taty, mieszkałam przez dłuższy czas.

Cmentarz wydawał się opustoszały, ale kiedy kluczyłam między grobami, wypatrując znajomej brzozy, minęłam kilkoro ludzi, którzy skinęli mi w pozdrowieniu głowami, jakby nie chcieli naruszać ciszy tego miejsca. W końcu zobaczyłam znajome rozłożyste drzewo o intensywnie zielonych liściach. Pogładziłam chropowaty pień, odetchnęłam i wystawiłam twarz do słońca. Może to dziwne, ale zawsze czułam się dobrze na cmentarzach, choć tylu ludzi przygnębiały i wzbudzały niepokój. Dla mnie miały w sobie coś ze świątyń, jakieś uspokajające i kojące właściwości miejsca, w których czas nie grał żadnej roli. Ułożyłam na grobie bukiet świeżych kwiatów i zabrałam te, które były obok – bukiet niezapominajek. Były już zwiędnięte, ale nieźle się trzymały. Ktoś tu był niedawno. Wydało mi się to dziwne, bo jedyną osobą, która mogłaby odwiedzić to miejsce, była mama, ale ona mieszkała teraz daleko. Wiedziałabym, gdyby się pojawiła. Była jeszcze babcia, ale rzadko przyjeżdżała tu sama, zazwyczaj przychodziłyśmy razem. Kochała Błękitne Brzegi i najchętniej nie wyścibiałaby stamtąd nosa. Jeszcze raz przyjrzałam się bukietowi. Wywoływał wspomnienia. Julia uwielbiała niezapominajki. Pomyślałam też o naszym Wzgórzu Niezapominajek. Poczułam ukłucie żalu. Mimo że upłynęło tak wiele czasu, ciągle nie mogłam pogodzić się z myślą, że tamtego lata straciłam nie tylko brata, ale i najlepszą przyjaciółkę. Zapaliłam świeczkę, która rozbłysła jasnym ognikiem. Przysiadłam na pobliskiej ławeczce i wpatrzyłam się w twarz chłopaka na nagrobnym zdjęciu. Mój brat zginął jako nastolatek dwadzieścia lat temu. Przed oczami stanęła mi jak zwykle jego młoda twarz. Starłam się, co jakiś czas przywoływać wszystkie wspomnienia o nim, żeby ich nie stracić. Pielęgnowałam je jak najdelikatniejsze kwiaty. To, że Olek zginął tak młodo, wywoływało we mnie pewnego rodzaju rozdwojenie. Pierwszy raz poczułam je, kiedy zrównałam się z nim wiekiem. Stałam i myślałam, że oto teraz, kilka lat po jego śmierci, jesteśmy jak bliźnięta. A potem, kiedy byłam coraz starsza, to uczucie się nasilało. Nie wiedziałam właściwie, kto jest teraz starszy, a kto młodszy. Czas stawał na głowie, jakby nastąpiła dziwna i niepojęta anomalia. Być może byłam teraz starszą siostrą dla tego chłopaka, zastygłego i zatrzymanego w czasie jak owad w bursztynie. W moich wspomnieniach zawsze był młody, taki sam, niezmienny.

Kiedy wstałam z ławki i miałam już odejść, zobaczyłam, że z trawy przy grobie wystaje coś błyszczącego. Był to wisiorek na łańcuszku – bardzo ładny i nietypowy, zrobiony z ciemnego kamienia, opleciony cienką drucianą siateczką, w którą powtykane były drobne błyszczące kamyki niczym gwiazdy. Nie miałam pojęcia, skąd tu się wziął. Pewnie ktoś go zgubił. Wrzuciłam wisiorek do torebki i obiecałam sobie, że później pomyślę, co z nim zrobić i jak odnaleźć właściciela. Nie wydawał się drogi, ale dla kogoś mógł być cenną pamiątką.

Odwiedziłam przy okazji grób taty, Julii i jej babci. Na grobie Julii leżał identyczny bukiecik niezapominajek. Postanowiłam spytać babcię, czy to ona je zostawiła.

Droga powrotna upływała mi przyjemnie, słońce grzało, choć nie tak mocno jak jeszcze niedawno, z radia sączyły się stare gitarowe kawałki, które wprawiały mnie w dobry nastrój. W pewnej chwili mój pęcherz zaczął coraz bardziej o sobie przypominać. Wypita woda koniecznie chciała powrócić do natury. Miałam nadzieję, że uda mi się utrzymać ją na wodzy aż do przyjazdu do domu babci, ale kiedy po kilku minutach miałam wrażenie, że eksploduję, zaczęłam w desperacji zjeżdżać na leśne pobocze. Po chwili szybkim krokiem szłam dróżką, przezornie wymijając pozostawione tutaj oznaki bytności podobnych mi ofiar nie tylko własnego pęcherza… co stwierdziłam z niesmakiem. Rozejrzałam się podejrzliwie w poszukiwaniu ewentualnych intruzów. Zawsze w takiej sytuacji zazdrościłam facetom tego, że nie muszą świecić czterema literami przed całym światem. Kiedy skończyłam i z ulgą ruszyłam w stronę samochodu, coś sprawiło, że przystanęłam zdumiona. Słyszałam jakiś dźwięk. Byłam zdezorientowana i nie wiedziałam, co to takiego, po chwili rozpoznałam jednak żałosne skomlenie. Zaintrygowana i trochę zaniepokojona ruszyłam w stronę odgłosu. Zrobiłam zaledwie parę kroków i zobaczyłam worek. Zwykły worek, taki, w jakim czasem trzyma się ziemniaki. Niezwykłe było jednak to, że ten worek się poruszał.

– Jezu… – jęknęłam i przykucnęłam.

Znów rozległo się popiskiwanie. Zobaczyłam przez niewielką dziurę w worku węszący czarny nos. Chwyciłam pośpiesznie sznurek, którym był związany worek, jednak ktoś zacisnął go mocno na supeł.

– Cholera – zaklęłam i rozejrzałam się, rozpaczliwie szukając czegoś, czym mogłabym przeciąć sznurek. Dostrzegłam płaski, ostry kamień. Zaczęłam rozcinać nim sznurek. W środku był szczeniak, prawie tak czarny jak grudka węgla, ale miał biały „krawacik” i końcówkę ogona. Parzył na mnie wystraszonymi oczami, tak niewinnymi, jakimi patrzeć potrafią chyba tylko szczenięta. Kiedy wydostał się ze swojego więzienia, niepewnie pomachał ogonem. Wyglądało na to, że nic mu nie jest, był jednak strasznie brudny i zabiedzony.

– Co za bydlak tak cię urządził? – Pogłaskałam szczeniaka po głowie i rozejrzałam się.

Nikogo nie było widać. Może to i lepiej, bo na samą myśl o osobie, która mogła zrobić coś takiego, ogarniała mnie wściekłość i obrzydzenie. Oczywiście nieraz słyszałam o psach wyrzucanych z samochodów, przywiązywanych do drzew w lesie albo jeszcze gorszych rzeczach, ale do dziś nie zetknęłam się z niczym podobnym. Spojrzałam na psiaka, który kręcił się dookoła moich nóg, łasząc się, machając ogonem i popiskując, jakbym nie była przedstawicielką gatunku, który powinien definitywnie znienawidzić po tym, co go spotkało. Nie miałam pojęcia, co z nim zrobię, ale na pewno nie mogłam go tu zostawić.

– Wynośmy się stąd – powiedziałam, biorąc go na ręce. A raczej ją, bo jak zdążyłam przy tej okazji zauważyć, szczenię było suczką.

Rozpoznawanie płci nawet bardzo małych psów było dla mnie bezproblemowe w przeciwieństwie do kotów, które pod tym względem, jakoś tak do okresu ich dojrzewania, stanowiły dla mnie czarną magię. Suczka, mimo że chuda i zaniedbana, nie wydawała się szczególnie wycieńczona i miała sporo energii, co świadczyło o tym, że ktoś musiał porzucić ją stosunkowo niedawno. Nie chciałam nawet myśleć, co by się stało, gdyby spędziła tu więcej czasu. Nawet gdyby udało się jej wygryźć większą dziurę. Bo wątpię, żeby ten, kto ją tu przyniósł, był tak „łaskawy” i sam ją zrobił. On chciał, żeby sunia umarła samotna – z głodu, w ciemności i z barku powietrza.

Postanowiłam wracać do domu i nie zajeżdżać już do babci. Zeszłoby mi zbyt długo, a musiałam dziś jeszcze odwiedzić weterynarza, żeby sprawdził, czy z psiakiem wszystko w porządku. Postanowiłam też, że zatrzymam go jakiś czas, zanim dojdzie do siebie, a potem coś postanowię. Przez chwilę zastanawiałam się, co na to Mariusz. Nie znosił psów. W ogóle nie przepadał za zwierzętami i ta jego cecha mnie drażniła, bo ja je uwielbiałam. Kiedyś chciałam mieć psa, ale stanowczo się temu sprzeciwiał. Chociaż nie mieszkaliśmy razem, w końcu dałam za wygraną. Zresztą moja mała kawalerka na czwartym piętrze niezbyt się nadawała dla psa. Całe szczęście, że Mariusz akurat był na kilkudniowym szkoleniu. Miałam nadzieję, że uda mi się coś wymyślić, zanim wróci. W końcu jednak uznałam, że chwilowo mam gdzieś, co sobie pomyśli. Nie miałam wyjścia i nie mogłam postąpić inaczej.

Usadziłam szczeniaka na tylnym siedzeniu. Miałam nadzieję, że podczas jazdy nie zacznie biegać po aucie i nie wylądujemy na drzewie.

– Zostań tutaj – nakazałam i pogłaskałam go po głowie. – Nie będziesz nic kombinować, prawda? – dodałam z nadzieją, klepiąc go po karku.

Przyglądał mi się szeroko otwartymi ciemnobrązowymi oczami, a potem zwinął w kłębek i ziewnął. Wyglądał na zmęczonego, więc była szansa, że podróż minie nam spokojnie.

I tak właśnie było. Kilka kilometrów dalej zajechałam do sklepu przy stacji benzynowej, kupiłam wodę i małą paczkę psiego jedzenia. Suczka wychłeptała wodę i rzuciła się na jedzenie, a potem zasnęła jak zabita. Co z nią zrobić. Może schronisko? To byłoby najprostsze wyjście, ale do dziś pamiętałam, jak wiele lat temu odwiedziłam jedno z nich razem z koleżanką. Nigdy nie zapomnę tych smutnych oczu, które patrzyły na mnie zza krat. Potem przez jakiś czas miałam koszmary. Śniło mi się, że budzę się w takiej klatce. Próbuję się stamtąd wydostać, ale szarpanie i krzyk nic nie dają. Jestem naga, brudna i jest mi zimno. Obok stoi mały drewniany domek, taki, w którym bawią się dzieci, i niebezpiecznie przypomina mi budę, a przy nim jest miska do zupy wypełniona wodą i talerz z podejrzanie wyglądającą breją. Czasami między kojcami przechadzają się ludzie. Nie są nadzy jak ja, ale ładnie i czysto ubrani. Przyglądają mi się, a ja zamiast chować się, by ukryć nagość i brud, podbiegam do siatki i łaszę się, uśmiecham. Gdzieś w głębi duszy wiem, że tak trzeba. W końcu nikt nie lubi ponuraków. „Może ta?” – pyta ktoś. Ktoś inny kręci nosem albo wymienia parę krytycznych uwag na mój temat i po chwili odchodzą. Zostaję sama. Jest mi potwornie zimno, ogarnia mnie rozpacz. Szarpię za siatkę i próbuję krzyczeć, żeby mnie stąd zabrali, ale z mojego gardła wydobywa się tylko żałosny psi skowyt.

Wtedy zazwyczaj się budziłam i z ulgą stwierdzałam, że to był tylko sen. Do dziś czasem mi się to śni i jest to jeden z moich najgorszych koszmarów. Być może od tamtego czasu w schroniskach coś się zmieniło, ale wątpiłam, że nagle stały się radosnym miejscem. Zwłaszcza dla szczeniaka. Zerknęłam na zwiniętą w czarną kulkę suczkę na tylnym siedzeniu i już wiedziałam, że ta opcja odpada i nigdy nie zdobędę się na zostawienie jej w takim miejscu. Musiałam wymyślić coś innego.

– Masz szczęście, że mam schroniskofobię – mruknęłam pod nosem.

Kiedy dojechaliśmy pod mój blok, wzięłam ją na ręce. Chwyciłam też kolorową papierową torbę, która leżała na tylnym siedzeniu i o której zdążyłam prawie zapomnieć. Zasapałam się i ledwie dowlokłam na czwarte piętro, a kiedy dotarłam pod drzwi mieszkania, odetchnęłam z ulgą. Wydało mi się jakieś opuszczone, kiedy zapaliłam światło i postawiłam szczeniaka na ziemi. Zawahał się, jednak chwilę później obszedł wszystko dookoła. Poczułam, że kiszki grają mi marsza i zajrzałam do lodówki, w której, niestety, było niewiele więcej oprócz światła.

– Też pewnie jesteś głodna, co? – Zwróciłam się do znajdy.

Przykazałam, żeby była grzeczna i ruszyłam do osiedlowego sklepu spożywczego. Niedaleko był też zoologiczny, więc wpadłam tam i kupiłam najniezbędniejsze rzeczy: obrożę, smycz, psie jedzenie lepszej jakości niż to na stacji, miski, parę zabawek. Sprzedawczyni doradziła, by kupić podkłady higieniczne, które miały sprawdzać się lepiej niż gazety. Dałam się też naciągnąć na książkę o wychowaniu i tresurze psów, choć w gruncie rzeczy wiedziałam, że nie będzie mi potrzebna. W końcu nie zamierzałam zatrzymać szczeniaka.

Kiedy otworzyłam drzwi mieszkania i zrobiłam kilka kroków, usłyszałam mokre plaśnięcie.

– Cholera – syknęłam, wycofując się z żółtej plamy psiego moczu, która rozpościerała się tuż przy wejściu.

Suczka popatrzyła na mnie niewinnym wzrokiem i pomachała niepewnie ogonem, a potem zaczęła obwąchiwać moje reklamówki.

– Następnym razem mnie jakoś uprzedź – mruknęłam, zabierając się do sprzątania.

Potem przygotowałam jedzenie sobie i suczce i zabrałyśmy się za nie z równym apetytem.

– Chyba muszę cię jakoś nazwać – mruknęłam, odgryzając kawałek naleśnika i wpatrując się w ciemne psie oczy. – Oczywiście tymczasowo. Nie zrozum mnie źle, ale to nie jest dobre miejsce dla psa – usprawiedliwiałam się. – Znajdziemy ci coś lepszego.

Żadne imię nie przychodziło mi jednak do głowy.

– Może coś z lasem – myślałam głośno. – Driada? – Nic innego, co nadawałoby się na imię, nie przychodziło mi na myśl. – Suczka popatrzyła na mnie i niepewnie pomachała ogonem, a potem podeszła bliżej. – Driada – powtórzyłam. – Niech będzie. To i tak tymczasowe. Może nowy właściciel wymyśli coś lepszego.

Driada z zaciekawieniem rozglądała się po mieszkaniu i obwąchiwała wszystkie kąty. Postanowiłam ją trochę umyć, ale nie chciałam od razu fundować jej kąpieli, która pewnie byłaby bardzo stresująca. Właściwie nie była bardzo brudna – miejscami miała sierść posklejaną błotem, wzięłam więc wilgotną gąbkę i przetarłam zabrudzenia wodą. Próbowała wyrywać mi gąbkę i się nią bawić, a parę razy udało jej się nawet uciec, ściskając ją w zębach. Kiedy skończyłam, pobawiłam się z nią przez chwilę psimi zabawkami, a potem psina zmiotła wszystko z miski i znużona zasnęła.

Usiadłam na łóżku i zobaczyłam niewielką papierową torbę, którą położyłam tu po powrocie. Ostrożnie wyjęłam zawartość – malutki kaftanik z aplikacją w kolorowe misie. Kiedy przed wyjazdem na cmentarz kupowałam kwiaty, weszłam obok do sklepu z artykułami dla dzieci. Bardziej z ciekawości niż żeby coś kupić. W końcu było na to o wiele za wcześnie. Kiedy jednak zobaczyłam ten kaftanik, nie mogłam się oprzeć. Popatrzyłam na ozdobną papierową torbę. Sprzedawczyni zapytała, czy zapakować, a ja się zgodziłam. Pewnie uznała, że to prezent, a mnie głupio było przyznawać się do prawdy. Właściwie to nawet nie wiedziałam, co mnie napadło. Nie miałam instynktu macierzyńskiego, a kiedy koleżanki i znajome jedna po drugiej zachodziły w ciąże, ja ciągle się wzbraniałam i odkładałam to na później. Mariusz też się szczególnie nie spieszył, choć jakiś rok temu zaczął coś przebąkiwać. Ja jak zwykle jednak wykręciłam się, a on nie naciskał. Może też nie był pewien, że to doby moment. Nie wiedziałam, czy chcę mieć dzieci. Nigdy nie zachwycałam się małymi, słodkimi, pulchnymi niemowlakami, nad którymi kobiety zwykle się rozpływały. Nie czułam niechęci do dzieci, ale też nieszczególnie mnie interesowały. Czasami nawet myślałam, że coś ze mną jest nie tak i nie mam instynktu macierzyńskiego. Kiedyś zwierzyłam się z tego Ewie, mojej przyjaciółce.

– Nie masz się o co martwić, to nic nadzwyczajnego – uspokajała. – Myślisz, że ja go miałam w wieku dziewiętnastu lat? – parsknęła. Ewa zaszła w ciążę na studiach ze swoim chłopakiem, a dzisiejszym mężem. Teraz jej syn był już wyrośniętym, prawie dorosłym facetem. – Nawet po narodzinach nie było kolorowo. Nagle dają ci obcego człowieczka i mówią, że jest twój i od tej pory jesteś za niego odpowiedzialna. Ale ty go w ogóle nie znasz! Jasne, że czujesz więź, ale jest też dziwnie obcy. Co z tego, że przez dziewięć miesięcy był w twoim brzuchu? To tak, jakby znało się kogoś tylko poprzez porozumiewanie przez ścianę, a nagle ten ktoś robi w niej wielką dziurę i staje przed tobą. Ale wszystko przyszło z czasem. To często taki sam kit jak z ciążą, stanem błogosławionym i świetnym samopoczuciem albo porodem jako wyłącznie cudem, a nie też doświadczeniem przypominającym sceny z horroru albo rzeźni. Przynajmniej ze mną tak było. Może u innych jest inaczej, może od razu wiedzą wszystko i czują, że to jest to.

– Ale z czasem było lepiej – dodawała. – No, może poza tymi momentami, w których chciałam wysłać syna gdzieś daleko… Najlepiej w kosmos, gdzieś do odległej galaktyki... Ale to mija. Przeważnie jest fajnie. Ja też nie przepadałam za dziećmi. Własne dziecko to co innego – przekonywała mnie. – Zobaczysz.

Nie byłam jednak tego pewna. Zastanawiałam się, co będzie, jeśli nic się nie zmieni i stanę się najokropniejszą matką na świecie, o ile w ogóle zdecyduje się nią być.

– Poza tym, w ostateczności, nie ma przymusu bycia matką. – Wzruszała ramionami Ewa. – Jeśli nie będziesz chciała, jeśli czujesz, że to nie dla ciebie, nie musisz nią być. Nie widzę w tym nic złego.

Zaczynałam wierzyć, że ze mną tak właśnie będzie. Ostatnio jednak coś się chyba zmieniło. Kilka dni temu zaczął spóźniać mi się okres i zrobiłam test ciążowy, który pokazał dwie kreski. Na początku wynik testu wcale mnie nie ucieszył, wpadłam nawet w lekką panikę, która jednak szybko ustąpiła miejsca jakiemuś dziwnemu spokojowi. Jakby jakaś ważna decyzja została za mnie podjęta. Nawet poczułam jak z moich ramion spada ciężar. To była pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła. A potem nagle ten kaftanik…

Wrzuciłam do torebki test ciążowy razem z kaftanikiem i schowałam wszystko do szuflady w komodzie. Postanowiłam, że niedługo go powtórzę i wybiorę się do ginekologa. Nie mogłam już się doczekać, kiedy powiem Mariuszowi, chciałam jednak mieć pewność.

Od kilku tygodni nie układało się nam z Mariuszem najlepiej. Był jakiś inny, jakby nieobecny. Składałam to na krab przygotowań do ślubu, który powoli zaczęliśmy organizować. Mnie też to wszystko męczyło, chociaż byliśmy dopiero na początku planowania i robienia listy tego, co trzeba zrobić. Wkurzało mnie, że wszystko trzeba załatwiać z takim wyprzedzeniem i o tylu rzeczach pamiętać. Nasz związek nigdy nie był szczególnie namiętny. Zawsze żyliśmy trochę obok siebie. Obojgu to pasowało. Mariusz mógł czuć się niezależny, co tak bardzo sobie cenił, a mnie ta stałość i niezmienność dawała jakiś spokój i poczucie bezpieczeństwa. Poznaliśmy się w niezbyt ekscytujących okolicznościach. Byliśmy na zakupach w supermarkecie i sięgnęliśmy po ostatnią puszkę pomidorów. Oboje potrzebowaliśmy jej do sosu spaghetti. Mariusz przyjrzał mi się uważnie znad szkieł okularów i uśmiechnął się lekko. Był przystojny i elegancki, zawsze dbał o wygląd i wiele kobiet zwracało na niego uwagę. Mnie też się spodobał, więc kiedy zaproponował kolację, zgodziłam się. Ta była pyszna, Mariusz świetnie gotował, potrafił też wszystko tak przygotować i podać, że było bardzo elegancko. Dobrze nam się też rozmawiało. Zaczęliśmy się spotykać regularnie. Czasem u mnie, czasem u niego. I tak trwaliśmy ze sobą od czterech lat. Kilka miesięcy temu zaczęliśmy myśleć o ślubie. Ustaliliśmy też, że niedługo wynajmiemy coś większego i wreszcie zamieszkamy razem.

Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze mniej więcej godzinę do umówionej wizyty u weterynarza. Zerknęłam na Driadę. Spała jak zabita. Włączyłam komputer i zaczęłam przeglądać strony z ogłoszeniami dotyczącymi zwierząt. Nie wiedziałam, że jest aż tak wiele psów do adopcji. Kiedy oglądałam zwierzaki, które czasami latami czekały na dom, zrobiło mi się smutno. Pomyślałam, że ciężko będzie znaleźć Driadzie sensowny dom. Otworzyłam plik tekstowy, skopiowałam adresy stron i zaczęłam tworzyć treść ogłoszenia:

Oddam kilkumiesięczną suczkę porzuconą w lesie. Jest zdrowa, ufna i przyjacielska mimo tego, co ją spotkało. Zainteresowanych podarowaniem jej dobrego domu proszę o kontakt pod numer…

Pokręciłam głową i odchyliłam się na krześle, odrywając dłonie od klawiatury. Zbyt to suche. Muszę wymyślić coś lepszego. Inaczej nikt nie zauważy mojego ogłoszenia. Poza tym muszę najpierw ją zbadać, czy aby na pewno jest zdrowa. Pewnie trzeba będzie też ją odrobaczyć i zaszczepić. I koniecznie zrobić parę ładnych fotek. Ludzie to przeważnie wzrokowcy. Zamknęłam laptopa i postanowiłam odłożyć to na później. Zresztą i tak musiałyśmy już jechać. Driada właśnie się obudziła i zaczęła kręcić się niespokojnie.

– O nie, nie… Tylko nie to! – Zerwałam się z fotela, wiedząc już, co to może zwiastować. – Zaczekaj chwilkę!

Szybko chwyciłam kluczyki do samochodu, torebkę i włożyłam buty, a potem z psem pod pachą pognałam na dół. Na szczęście zdążyłam i Driada wysikała się tuż po tym, jak postawiłam ją na ziemi.

– Dobry piesek! – Poklepałam ją po głowie, ciężko dysząc.

W lecznicy dowiedziałam się, że Driada ma mniej więcej dwa miesiące, jest całkiem zdrowa, mimo że trochę za chuda, i zapowiada się na psa średniej wielkości, choć tego nie można stwierdzić na sto procent. Została zaszczepiona, dostałam też tabletki do jej odrobaczenia. Z gabinetu wychodziłyśmy z ulgą, bo nawet nie przypuszczałam, że ta wizyta może być dla mnie taka stresująca. Cieszyłam się też, że wszystko w porządku. Mój dobry nastrój pewnie trwałby dłużej, gdyby nie to, co stało się zaraz potem. Wchodząc do poczekalni, usłyszałam piskliwe ujadanie niewielkiego kudłatego psa. Driada cofnęła się lekko skonsternowana i spojrzała na mnie, jakby pytała: „O co mu chodzi?”. Też chciałabym wiedzieć. Zawsze działały mi na nerwy psy, które drą się bez powodu na każdego, kto zdąży mignąć im przed oczami. Pies, jak się okazało, należał do długonogiej blondynki, która to przyklejona była do jakiegoś faceta. Dopiero po chwili zareagowali na szczekanie i przerwali niewątpliwie wymagający wzmożonej pracy ślinianek pocałunek. Zassali się tak bardzo, że aż usłyszałam donośne cmoknięcie. Zastanawiałam się, czy mam zaklaskać, wyrażając swój szczery podziw, czy odejść, wzruszając ramionami, kiedy nagle stanęłam jak wryta, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Bo facet był mi doskonale znany.

– Mariusz…? – bąknęłam.

Było to tak zaskakujące i niespodziewane, że przez chwilę bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że on się roześmieje i powie jak w jakiejś telenoweli: „A skąd, jestem jego bratem bliźniakiem! Nie wspominał o mnie? Wszyscy nas mylą!”. On jednak milczał i wpatrywał się we mnie z równie wielkim zdziwieniem.

– Lena? Co ty tu robisz? – wydusił w końcu.

Nigdy nie widziałam w jego kamiennej na ogół twarzy takiego zdziwienia.

– Co JA tu robię?! – krzyknęłam. – Mogłabym zapytać o to samo, ale przed chwilą widziałam godny podziwu pokaz. Chyba sporo trenujecie?

– To ona? – Blondynka spojrzała na mnie wielkimi i ciemnymi oczami sarny.

Chyba widziałam w nich współczucie, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło. A więc wiedziała o mnie, musieli o mnie rozmawiać. Wzięłam Driadę na ręce i szybkim krokiem wyszłam na zewnątrz. Po chwili zatrzaskiwałam drzwi samochodu.

– Leno, zaczekaj! – zawołał Mariusz już swoim zwykłym rzeczowym tonem, wybiegając z lecznicy.

Szybko się otrząsnął. Ruszyłam z piskiem opon, co nigdy mi się nie zdarzyło. Buzowała we mnie wściekłość. Jak mógł mi to zrobić? Przecież planowaliśmy ten cholerny ślub. Poza tym ona miała psa – nie wiedzieć czemu, to rozzłościło mnie jeszcze bardziej. A Mariusz nie cierpi zwierząt. Przypomniałam sobie jego słowa: „Zwierzęta brudzą, hałasują, śmierdzą. Wszędzie kłaki, błoto, ślina. Nie zniósłbym tego”. Taaak, hektolitry śliny wysysane z tej panienki i jej jazgotliwy kundel jednak mu nie przeszkadzały. Pieprzony hipokryta. Usłyszałam natarczywy dzwonek telefonu, ale kiedy zobaczyłam, że to Mariusz, odrzuciłam połączenie.

Ledwie jednak wróciłam do mieszkania, rozległ się dzwonek do drzwi. Zajrzałam przez wizjer i tak jak się spodziewałam, zobaczyłam Mariusza. Nie reagowałam, mając nadzieję, że sobie pójdzie. Znowu dzwonek – tym razem bardziej natarczywy. Ten też zignorowałam.

– Daj spokój – usłyszałam zza drzwi. – Wiem, że tam jesteś, twój samochód stoi przed blokiem. Wiesz, że musimy porozmawiać.

– A o czym tu rozmawiać? – syknęłam. – Chyba już wszystko jasne. Nie chcę z tobą gadać! Wynoś się!

Driada przydreptała do drzwi i patrzyła na mnie z niepokojem.

– Nie zachowuj się jak dziecko. – Ten jego rzeczowy i spokojny ton, który jeszcze niedawno mnie uspokajał, teraz doprowadzał mnie do szału. – Otwórz drzwi.

Znowu zadzwonił. Kiedy go zignorowałam, zrobił to ponownie. I znowu. Metodycznie i z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Cały Mariusz. Nawet dzwonienie i nękanie musiało odbywać się w należytym porządku.

Nie wytrzymałam i przekręciłam klucz w zamku, a potem z wściekłością otworzyłam drzwi.

Wyglądał jak zwykle elegancko i nienagannie. Miał gładko uczesane włosy, modny płaszcz, lśniące buty i otaczała go lekka woń drogich perfum.

– Wpuścisz mnie? – zapytał jak gdyby nigdy nic.

Powieść napisana jest w niezwykle spokojny i ciepły sposób, co na początku nieco mnie odrzuciło, gdyż wolę książki, w których coś się dzieje, a tutaj do połowy akcji jest niemal tyle, co nic. Cieszę się jednak, że przez tą część przebrnęłam, gdyż druga połowa JEST TEGO WARTA. W połowie treści historia nabiera rozpędu, ponieważ jedna rozwiązana zagadka po chwili zastępowana jest drugą, i tak aż do końca powieści. (...) Mimo, że początek w moim odczuciu jest zbyt statyczny, później książka staje się fascynującą czytelniczą przygodą, w której nie brak tajemnicy, przyjaźni, miłości i przede wszystkim szacunku i ciepła, którym darzą się bohaterzy. Wzgórze Niezapominajek polecam nie tylko fankom powieści obyczajowych (sama nią nie jestem), ale i wszystkim tym, którzy mają słabość do motywu odkrywania przeszłości.

Autorka stworzyła barwną historię opisaną w łatwy i przystępny sposób. Opisy miejsc sprawiają, że czytelnik ma wrażenie jakby towarzyszył bohaterom w codzienności. Polecam „Wzgórze niezapominajek” wszystkim tym, którzy lubią odkrywać tajemnice przeszłości. Czytelnikom lubiącym piękne krajobrazy i sielski spokój. Przygotujcie sobie tylko zapas chusteczek, bo bez nich się nie obejdzie.

Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie. Bardzo polubiłam główną postać, czyli Lenę. Była kobietą, którą los kilkakrotnie doświadczył, a jednak starała się wychodzić z twarzą z każdej sytuacji. Bardzo przypadła mi do gustu także postać Marcina oraz jego kochana córeczka Ada - tej dziewczynki nie dało się nie polubić! Równie ważną bohaterką tej książki jest babcia Florentyna - ilekroć czytałam wydarzenia z nią w roli głównej czułam jakąś taką beztroskę dzieciństwa. Jeszcze sporo postaci się tutaj przewija, w tym oczywiście też Julia i każdy z bohaterów wnosi coś do tej historii. (...) Podsumowując, polecam Wam sięgniecie po "Wzgórze niezapominajek", bo jest to ciekawa, pełna emocji opowieść, która będzie idealna na taki właśnie letni czas. Osobiście spędziłam przy niej miłe chwile i cieszę się, że po nią sięgnęłam.

Książkę czytałam wieczorem, otulona z każdej strony przez ciepły koc z kubkiem gorącej herbaty i właśnie tak polecam czytać ją każdemu, gdyż na taką chwilę nie mogłam sobie wymarzyć lepszej lektury. Książka mimo ciepłej grafiki skrywa w sobie wiele sekretów, które prędzej czy później przecież muszą wyjść na jaw.

Książkę Anny Bichalskiej czyta się jednym tchem. Zagadka, intryga, kolejne tropy prowadzące do odkrycia tajemnicy powodują, że od całej historii nie można się oderwać. Do tego akcja toczy się w przepięknych plenerach małego miasteczka, a urocza babcia Florentyna to wzór babci, którą chyba każdy chciałby mieć – ciepła, delikatna, ale z poczuciem humoru i błyskiem w oku. Do tego piecze przepyszne ciasta. Nie narzuca się Lenie, trzyma się trochę z boku, ale cały czas ją obserwuje i czuwa, jak dobry duch, by w odpowiedniej chwili otoczyć ją opieką i miłością. (...) Piękna, wciągająca, bardzo kobieca historia. Polecam!!!

Najnowsza powieść Anny Bichalskiej porusza tak ważne tematy, jakimi są np. : utrata bliskich osób (i to taka widziana oczami kilku bohaterów, z którą każdy z nich radzi sobie na swój sposób, nie zawsze dobry) , śmierć, nieporozumienia w związku lecz także, a może i przede wszystkim jest pięknym przykładem tego, jak ważne są więzi rodzinne. Reasumując, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko szczerze zachęcić Was do jej lektury! Mam nadzieję, że również i Wam przypadnie ona do gustu.

Autorce należą się duże brawa za zbudowanie tak zagmatwanej historii i znalezienie sposobu na stopniowe odkrywanie wszystkich jej sekretów, a także stworzenie postaci z krwi i kości, odczuwających i przeżywających wiele emocji. Wszyscy bohaterowie są "jacyś", każdy z nich jest tu bardzo potrzebny i odgrywa ważną rolę. (...) Nie spodziewałam się aż takiej petardy! Opis z okładki sugeruje raczej zwykłą obyczajówkę, ale na pewno nie można o niej powiedzieć, że jest zwykła. Polecam gorąco! Cudowna książka!!!

"Wzgórze Niezapominajek" to magiczna opowieść o przyjaźni zrodzonej pod krzaczkiem porzeczek, o stracie, trudnych decyzjach, tęsknocie oraz tajemnicach, które potrafią potrząsnąć naszym życiem. Poruszająca, emocjonująca i przepełniona ciepłem umiejscowiona w przepięknym otoczeniu lasów i jezior - gorąco polecam!

Sięgając po "Wzgórze niezapominajek" spodziewałam się lekkiej historii obyczajowej. Nie zawiodłam się pod tym względem. Historia rodzinna Leny mnie zaskoczyła, a jej tragiczne oblicze kontrastowało z sielankowym charakterem Błękitnych Brzegów. Bohaterowie zostali wykreowani z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Anna Bichalska poświęciła dużo uwagi każdemu z osobna. Nie ma postaci przedstawionych w sposób powierzchowny. Podsumowując, "Wzgórze niezapominajek" to ciekawa historia obyczajowe, która przypadnie do gustu każdemu miłośnikowi gatunku. Rodzinna tajemnica nie pozwoli oderwać się od lektury, a wątek romantyczny umili lekturę. 

Niesamowicie ciekawa intrygująca historia, która angażuje czytelnika już od pierwszych stron. Porusza, nie pozwala odłożyć książki, bo czytelnik pragnie poznać prawdę. Wskazówki pozostawione przez Julię dla Leny, nie były banalne, klarowne i jasne. Zdecydowanie należały do tych skomplikowanych, pobudzających wyobraźnie, skłaniające do silnego pobudzenia szarych komórek Leny. W moim przypadku, nie zabrakło „WOW!”, ciarek na plecach, niedowierzania. Jeśli pragniesz poznać tę historię i wraz z Leną układać kolejne elementy zawiłej i dygresyjnej układanki koniecznie przeczytaj Wzgórze Niezapominajek. Serdecznie polecam!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ