Powieść obyczajowa
Zakochani w Rzymie
KUP TERAZ

Zakochani w Rzymie

Susanne James, Melanie Milburne, Susanna Carr
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327631428
Premiera: 2017-07-05

Dzisiaj już nie wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, ale pobyt w Wiecznym Mieście nadal rozpala wyobraźnię. Stare mury od wieków wsłuchują się w szept kochanków, widziały wiele, ale przecież każda miłość jest pierwsza…

Rzymskie wakacje

Emily Sinclair, przebywając służbowo w Rzymie, przekonuje się, że miasto  słusznie słynie z nieznośnych upałów i uwodzicielskich mężczyzn. Ulega urokowi przypadkowo poznanego Giovanniego, który jest nie tylko  przystojny, ale też bardzo tajemniczy. Trudno się w nim nie zakochać, jednak Emily obawia się, że będzie dla niego tylko przygodą na jedną noc.

Upojny miesiąc w Rzymie

Słynny architekt Emilio Andreoni oskarżył narzeczoną o zdradę i w ostatniej chwili odwołał ślub. Nigdy nie dał jej prawa do obrony. Dwa lata później dowiaduje się, że jego podejrzenia były niesłuszne. Jedzie do Gisele, by przeprosić i zacząć wszystko od nowa. Gdy ona nie chce o tym słyszeć, Emilio proponuje jej wspólny romantyczny wyjazd do Rzymu.

Romans w Rzymie

Amerykanka Isabella Williams podczas wakacji w Rzymie poznała Antonia Rossiego, milionera należącego do śmietanki towarzyskiej. Zakochani zamieszkali razem, jednak cudowna bajka szybko się skończyła. Isabella zostaje wplątana w konflikt braci Rossich i niesłusznie oskarżona o zdradę. Musi się natychmiast wyprowadzić, a to dopiero początek jej kłopotów z rodziną Rossi. 

SUSAN JAMES

RZYMSKIE WAKACJE

Przez dłuższy czas szła zatopiona w myślach, lecz nagle zupełnie oprzytomniała, ponieważ prawie wpadła na jakiegoś człowieka siedzącego na krześle ustawionym przed małym sklepikiem z naczyniami i wyrobami garncarskimi. Twarz miał zasłoniętą słomkowym kapeluszem z wielkim rondem. Przystanęła i przyjrzała mu się dokładnie. Oddychał głęboko i miarowo. Czyżby drzemał? Emily omiotła wzrokiem witrynę sklepu. Jeden z przedmiotów od razu przykuł jej uwagę. Weszła do środka i ostrożnie wzięła do rąk okrągły, ozdobny słoik. Ojciec niedawno zaczął domowym sposobem robić marmoladę, więc na pewno ucieszyłby się z takiego prezentu.

–           Cudo – mruknął ktoś głębokim, zmysłowym głosem.

Odwróciła się gwałtownie i ujrzała najczarniejsze oczy, jakie w życiu widziała. Po chwili dostrzegła tańczące w nich iskierki, jakiś dziwny błysk, którego nie potrafiła zinterpretować... To ten człowiek, który siedział przed sklepem! W tej chwili jego oblicza nie zasłaniał już kapelusz. Miał gęstą, ciemną i błyszczącą czuprynę opadającą na szerokie czoło. Przystojną twarz opinała mocno opalona, oliwkowa skóra.

–           Słucham? – zapytała.

–           Cudo – powtórzył i wziął w dłonie jeden ze słoików, po czym zaczął go obracać niemal pieszczotliwie w długich, szczupłych palcach. – Każdy unikatowy.

–           Owszem, są bardzo ładne i oryginalne – zgodziła się. – Ile kosztują?

Sprzedawca błysnął idealnie białymi zębami, wskazując cenę umieszczoną na denku każdego ze słoików.

–           Och, przepraszam, nie zauważyłam.

–           Nie szkodzi.

Wypowiadał słowa ostrożnie, jakby w zwolnionym tempie. Zapewne włada językiem angielskim jedynie na podstawowym poziomie, pomyślała Emily. Przecież wystarczy znać kilkadziesiąt słów i zwrotów, aby móc porozumieć się z turystami i prowadzić tego typu sklepik. Uśmiechnęła się do mężczyzny, wręczając mu odliczone banknoty euro. Przebiegł ją dziwny dreszcz, gdy palce nieznajomego musnęły jej dłoń. Przypadkowo czy celowo? Z jego twarzy nie mogła nic wyczytać. Starannie zawinął słoik w szary papier i wsadził go do malutkiej torebeczki.

–           Dla pani? – zapytał.

–           Nie. Prezent – odrzekła, dostosowując się do jego lakonicznego stylu wypowiedzi. – Dla ojca. Lubi robić marmoladę. – Dlaczego o tym wspomniała? Przecież to tylko miły sprzedawca, a nie znajomy. Nie miała w zwyczaju gawędzić z ekspedientami. – Marmoladę? – powtórzył.

–           Tak, marmoladę – odparła.

Nagle słowo „marmolada’’ wydało jej się najgłupszym wyrazem pod słońcem. Nie wiedziała, dlaczego tak zwyczajna sytuacja, jaką jest zakup prezentu, niepostrzeżenie przemieniła się w coś osobliwego, niemal intymnego. Czyżby to dzięki kameralnej atmosferze panującej w tym sklepiku? A może to wszystko jest skutkiem ubocznym nadmiaru słońca?

–           Rozumiem. – Oczy mężczyzny jakby pociemniały.

–           Pani ojciec... jest sam, tak?

Skinęła głową.

–           Moja matka nie żyje. Niedawno zmarła – wyznała znowu, jakby wbrew sobie, i nagle poczuła, jak jego opalona ręka dotyka jej dłoni, lekko ją ściska i gładzi. Odczytała to jako szokująco szczery, odruchowy gest współczucia. Włosi są tacy bezpośredni!

–           Przykro mi – szepnął. Po chwili odsunął się i odwrócił, jakby zmieszany tym, co zrobił.

–           Bardzo dziękuję... za słoik.

–           Cała przyjemność po mojej stronie – odparł uprzejmym tonem.

Emily wyszła ze sklepiku i oddaliła się szybkim, nieco chwiejnym krokiem. Czuła się dziwnie. Co mi strzeliło do głowy? – wyrzucała sobie w myślach. Jakim cudem poczułam nagłą, bliską więź z zupełnie obcym mężczyzną? Może dosypali mi czegoś do lodów, pomyślała ironicznie, próbując zbagatelizować całą sytuację.

Mężczyzna odprowadził ją wzrokiem. Oczywiście kilka minut temu dostrzegł, jak ta kobieta zbliża się do niego. Podziwiał z daleka jej fizyczne piękno, grację ruchów, letnią zwiewną sukienkę, która odsłaniała szczupłe opalone nogi. Długie włosy muskały jej ramiona; żałował, że sam nie może tego uczynić. Szła powoli, delektując się lodami. Z rozkoszą obserwował, jak oblizuje usta, a potem wyciera je delikatnie serwetką. Od razu poznał, że nie jest stąd. Angielka, Niemka, a może Szwedka? Przeszedł go dreszcz podniecenia. Celowo spuścił głowę i przymknął powieki, nadal jednak bacznie śledząc każdy jej gest i ruch. Kobieta nagle zatrzymała się, aby popatrzeć na witrynę sklepiku. Potem, gdy stał blisko niej, pakując słoik najwolniej, jak się da, wdychał zapach jej perfum i rozgrzanych słońcem włosów.

Zniknęła za rogiem. Westchnął niepocieszony. Ta piękna nieznajoma była niczym zjawa, która umiliła mu to nudne, upalne popołudnie. Zerknął na zegarek. Dopiero za godzinę skończy zmianę. Znowu usiadł przed sklepem i zanurzył się w zmysłowych marzeniach z tą piękną nieznajomą w roli głównej. Musiał przecież jakoś zabić nudę...

Emily z trudem odnalazła restaurację, do której musiała zajrzeć. Odbyła krótką rozmowę z menadżerem. Lokal wydał jej się przyjaznym, dobrze prowadzonym miejscem. Zabrała kartę dań oraz ulotki, po czym wzięła taksówkę i pojechała z powrotem do hotelu.

Coral leżała na łóżku, zatopiona w lekturze jakiegoś kolorowego pisma.

–           O, dobrze, że wróciłaś – rzuciła na widok Emily. – Udało ci się zrobić to, co... no, wiesz, miałaś zrobić? – zapytała bez większego zainteresowania. Spojrzała na przyjaciółkę z zazdrością. Kiedy była nastolatką, marzyła o takiej idealnej figurze. – Dlaczego nie jesteś poparzona przez to okropne słońce? Masz tak jasną karnację, że powinnaś być teraz czerwona jak rak. Albo jak ja. Na tym świecie sprawiedliwość nie istnieje – rzuciła filozoficznie i westchnęła. Rude włosy Coral i jasna, piegowata skóra wymagały w tym gorącym klimacie wzmożonej ochrony przed słońcem, co było dla niej nie lada utrapieniem.

–           Może nie wyglądam na poparzoną, ale tak się czuję – jęknęła Emily. – Muszę natychmiast wziąć zimny prysznic. – Wyjęła z szafy długą bawełnianą spódnicę i świeżą bluzkę, po czym zamknęła się w łazience i z ulgą stanęła pod strumieniem chłodnej wody.

Po kilku godzinach obie dziewczyny wyszły z hotelu i taksówką udały się do centrum.

–           Powinnaś mieć już w małym palcu adresy najlepszych restauracji w tym mieście – powiedziała Coral, kiedy spacerowały po zatłoczonych ulicach, na szczęście już niezionących potwornym żarem.

–           Niestety, jeszcze nie – odparła Emily. – Jestem tutaj dopiero drugi raz, a Rzym to ogromne miasto.

Szły niespiesznym krokiem, rozkoszując się wieczorną temperaturą i przyjazną atmosferą. Po jakimś czasie zatrzymały się przed jedną z restauracji.

–           Ta wygląda nieźle – oceniła Emily.

Usiadły przy stoliku ustawionym na zewnątrz, tuż obok rwącego potoku przechodniów.

–           Dlaczego sama myśl o jedzeniu zawsze przepełnia mnie taką przyjemnością? – zapytała Coral. – W tej chwili nie chciałabym być nigdzie indziej i z nikim innym – dodała z błogim uśmiechem.

Emily również się uśmiechnęła. Wiedziała, że Coral od zawsze kochała dobre jedzenie i wszelkie inne ziemskie przyjemności. Kiedy miesiąc temu zerwała ze swoim chłopakiem, Steve’em, z dnia na dzień traciła na wadze. Emily martwiła się o przyjaciółkę; u Coral apetyt stanowił jakby przejaw jej pogody ducha i pozytywnego nastawienia do życia i świata.

–           Wiesz, jaki jest brakujący element tej idylli? – zapytała Coral, studiując kartę dań. – Jakiś bosko przystojny Włoch, który padłby przede mną na kolana, błagając o romantyczną randkę.

–           Mam rozumieć, że zgodziłabyś się bez wahania?

–           Tak. Ale kazałabym mu poczekać, aż skończę jeść – dodała, chichocząc jak nastolatka.

Emily cieszyła się, że zmiana scenerii korzystnie wpłynęła na stan psychiczny Coral. Już prawie nie było śladu po depresji, która nękała ją od wielu dni. Była dawną sobą: promienną, wesołą dziewczyną, nieco roztrzepaną i niefrasobliwą, lecz o złotym sercu. Coral i Steve byli parą przez cztery lata. Pewnego dnia Steve nieoczekiwanie oświadczył, że ma już dość tego związku. Coral poczuła, jakby nagle pod jej stopami otworzyła się przepaść; Emily nie mogła patrzeć, jak współlokatorka zamienia się w cień osoby, którą wcześniej była.

Studiując menu, obszerne niemal jak książka, nagle zmarszczyła brwi pod wpływem pewnej niepokojącej refleksji. Ciągle przejmuję się życiem innych ludzi, pomyślała, ich związkami i sercowymi perypetiami, a co ze mną? Cóż, musiała przyznać, że w tej sferze jej życie przedstawiało się aktualnie wyjątkowo nieciekawie. Jej wiara w mężczyzn została doszczętnie zniszczona, kiedy ostatni narzeczony, Marcus, zaczął się na boku spotykać z koleżanką Emily ze studiów. Wówczas to Coral była dla niej wsparciem i opoką, pomogła poskładać kawałki złamanego serca i zdruzgotanego ego. To było rok temu. Emily rzadko wspominała tamte wydarzenia; traktowała je jako brutalną nauczkę – uważaj na tych, którym ufasz. Zwłaszcza na przystojnych facetów, którzy mają słabość do atrakcyjnych kobiet...

Złożyły zamówienie u młodej włoskiej kelnerki i już po paru minutach na stole pojawiły się dwa duże kieliszki białego wina. Coral od razu chwyciła za swój.

–           Nasze zdrowie – wzniosła toast i upiła spory łyk.

Emily uśmiechnęła się i również wlała w siebie trochę trunku. Cieszyła się, że przyjechała tu z Coral. Bez niej snułaby się smutno po tym wielkim, pięknym mieście, nie mając się nawet do kogo odezwać. Razem raźniej, jak głosiła stara jak świat prawda.

Coral umościła się wygodnie w krześle i rozejrzała się dookoła.

–           Tu roi się od przystojniaków – zaobserwowała z pewną tęsknotą w głosie. – Spójrz na tamtych dwóch. – Po chwili dodała: – Ej, oni się na nas gapią! Myślisz, że mogłybyśmy...

–           Ty mogłabyś – przerwała jej Emily – ale ja nie. Jutro mam od groma pracy. Jak tylko zjemy, wracam do hotelu i nurkuję pod kołdrę.

–           Ty psuju – burknęła Coral, udając obrażoną. – Zresztą tylko żartowałam z tymi facetami. – Wbrew temu oświadczeniu, nadal zerkała w ich stronę i odwzajemniała ich zalotne uśmiechy.

–           Ignoruj ich, Coral – poradziła Emily – bo jeszcze sobie pomyślą, że naprawdę jesteśmy zainteresowane. A po co komplikować sobie życie?

Gdy wreszcie pojawił się na ich stoliku zamówiony posiłek, Coral przez dziesięć minut nie odezwała się ani słowem, pochłonięta pałaszowaniem dania.

–           Cielęcina jest taka delikatna! – oceniła Emily. – Chciałabym wiedzieć, z czego zrobili ten dresing do sałatki. Palce lizać!

–           A ja muszę wyznać, że uwielbiam, ba, kocham te frytki! – zawołała z entuzjazmem Coral. – Przed przyjazdem martwiłam się, że będziemy się obżerać wyłącznie kluchami i pizzą.

Porcje były ogromne, zatem dziewczęta uznały, że posiłek zwieńczyć należy już tylko owocami i kawą. Coral jednak po namyśle zaczęła nalegać na dolewkę wina. Emily nie spodobał się ten pomysł.

–           Nie bądź taką starą ciotką, Emily – zganiła ją przyjaciółka. – Pamiętaj, że jesteśmy na wakacjach!

–           Ty jesteś na wakacjach, a ja w pracy – sprecyzowała Emily, ale i tak wypiła drugi kieliszek wina. Wcale nie chciała uchodzić za sztywniarę ani psuć humoru Coral, która znowu wręcz tryskała optymizmem i entuzjazmem. W pewnym momencie mężczyźni, z którymi Coral flirtowała wzrokiem, podeszli do ich stoika i bez pytania wysunęli krzesła, aby na nich usiąść.

–           Można? – zapytał jeden z nich, gdy już wygodnie siedział.

Emily wzruszyła ramionami, lecz Coral była wyraźnie podekscytowana.

–           Oczywiście, że można – odparła przymilnym głosem.

Drugi z mężczyzn od razu przywołał kelnerkę i kazał przynieść więcej wina. Obaj byli młodzi... bardzo młodzi. Mają pewnie dopiero po dwadzieścia lat, pomyślała Emily. Byli również, jak większość włoskich młodzieńców, bardzo przystojni i modnie ubrani.

Już po kilku chwilach dowiedzieli się, że Emily i Coral są Angielkami i przyjechały do Rzymu na wakacje. Mówili łamaną angielszczyzną, śmiali się bardzo głośno i w mało subtelny sposób flirtowali. W pewnym momencie jeden z nich nachylił się do Emily, zajrzał jej głęboko w oczy, położył rękę na dłoni i wyznał z uczuciem, że jest piękną, przepiękną kobietą... Emily zdecydowała, że ma już dość tego towarzystwa! Tolerowała tych „zbyt’’ miłych i familiarnych młodzieńców tylko ze względu na Coral, lecz sytuacja stawała się coraz bardziej niekomfortowa. Wyrwała mu rękę i ostentacyjnie spojrzała na zegarek.

–           Cóż, miło mi było was poznać, ale musimy już lecieć.

–           O nie, nie! – zaprotestował jej wielbiciel. – Jest za wcześnie... wieczór dopiero się zaczyna!

Emily rzuciła Coral bezradne spojrzenie, licząc na jej wsparcie i współpracę przy taktownej ewakuacji, ale przyjaciółka nawet na nią nie zerknęła. Ewidentnie dobrze się bawiła i nie miała ochoty przerywać tego przygodnego spotkania. Emily zachodziła w głowę, jak kulturalnie się ulotnić, kiedy nagle przyszło wybawienie, o jakim marzyła.

Poczuła na ramieniu czyjąś ciepłą, ciężką dłoń.

Odwróciła się i ujrzała przystojnego Włocha, którego spotkała wcześniej w sklepiku. Na widok jej zaszokowanej twarzy uśmiechnął się w taki sposób, że serce Emily na chwilę zamarło, po czym wyrwało do galopu.

–           Siedziałem w środku, przy barze, kiedy nagle ujrzałem panią przy stoliku – wyjaśnił spokojnym tonem. – Czy wszystko w porządku?

Emily zauważyła, że, o dziwo, jego angielszczyzna jest bezbłędna. Ach tak! – olśniło ją nagle. Jako sprzedawca specjalnie udawał, że włada językiem angielskim na poziomie początkującego ucznia, żeby nie wdawać się w dłuższe pogawędki z turystami. Co prawda ją oszukał, tak jak każdego innego klienta, ale była mu wdzięczna za to, że nagle zmaterializował się u jej boku. Zauważyła, że na jego widok dwaj Włosi nagle wstali z miejsca i ukłonili się z wyraźną rewerencją.

–           Giorno, Giovanni – powiedzieli niemal jednocześnie. Widocznie był on tutaj jakąś znaną osobą. To trochę dziwne, pomyślała. A z drugiej strony... niby dlaczego?

Widocznie we Włoszech, nawet w tak wielkim mieście jak Rzym wszyscy znają wszystkich.

–           Właśnie próbowałyśmy wytłumaczyć tym... chłopcom – zaczęła Emily trochę niezręcznie – że musimy się już pożegnać...

Giovanni rzucił po włosku kilka słów do młodzieńców. Nagle wszyscy trzej wybuchnęli śmiechem. Co powiedział? Czyżby zażartował z Emily i Coral? Tak czy owak, obaj podrywacze po chwili odeszli. Emily odetchnęła z ulgą. Giovanni obdarzył Coral swoim rozbrajającym uśmiechem i oficjalnie się przedstawił.

–           Mam na imię Giovanni, lecz przyjaciele mówią do mnie Gio – oświadczył i znowu spojrzał na Emily.

–           Ja jestem Emily, a to jest Coral. Przyjechałyśmy tutaj na kilka dni. Na... wakacje. Lub coś w tym rodzaju. – Zerknęła na przyjaciółkę, która wpatrywała się w nią z otwartymi ustami. Zapewne zastanawiała się, skąd Emily zna tego bosko przystojnego Włocha. – Dzisiaj kupiłam uroczy prezent dla ojca w sklepie Giovanniego. I tam właśnie go spotkałam. Nie ojca, tylko Giovanniego – paplała nerwowo. – To znaczy, Gio...

Być może Coral była zawiedziona, że nieznajomy spłoszył dwóch przystojnych młodzieńców, lecz teraz była tak zafascynowana Giovannim, że nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Miał na sobie dobrze skrojone, obcisłe dżinsy, śnieżnobiałą bawełnianą koszulę, rozpiętą pod szyją i eksponującą kawałek muskularnego, opalonego torsu. Jego włosy były stylowo zmierzwione, kilka kruczych kosmyków opadało na szerokie czoło. Jego czarne oczy ocienione były długimi rzęsami. Nachylił się do Coral i ujął jej rękę.

–           Miło mi ciebie poznać, Coral – rzekł aksamitnym głosem.

 

MELANIE MILBURNE

UPOJNY MIESIĄC W RZYMIE

Emilio siedział w rzymskiej kafejce w pobliżu swego biura, gdy w końcu zdołał pojąć, jak wygląda prawda. Czytając artykuł o bliźniaczkach, które w wyniku nielegalnej adopcji rozdzielono tuż po narodzinach, poczuł, że brak mu tchu. Zręcznie napisany tekst przedstawiał intrygującą, a zarazem gorzką historię bliźniaczek połączonych po latach przypadkowym zrządzeniem losu. Stało się to w jednym z domów handlowych w Sydney, gdzie sprzedawca wziął jedną z nich za drugą.

– Jedną za drugą… – powtórzył półgłosem.

Odsunął kawę i odchylony na oparcie krzesła zapatrzył się na tłum przechodniów. Turyści i robotnicy, młodzi i starzy, żonaci i samotni – wszyscy obojętnie go mijali, nie wiedząc o tym, że ziemia usuwa mu się spod stóp.

Czyli to nie Gisele była bohaterką tego wyuzdanego nagrania…

Oślepiony gniewem nie chciał nawet słuchać jej protestów. Błagała, szlochając, by uwierzył w jej niewinność, ale on był twardy jak głaz.

Jakże się mylił.

Zalana łzami, uderzała go w pierś swymi drobnymi pięściami, apelując do jego sumienia, on jednak tylko się odwrócił i odszedł bez słowa. Zerwał z nią wszelkie kontakty i przysiągł sobie, że nic tego nigdy nie zmieni.

Skandal, który wybuchł po ujawnieniu sekstaśmy, omal nie doprowadził jego firmy do ruiny. Z trudem przywrócił jej dawną opinię za cenę osiemnastogodzinnej, a czasem całodobowej pracy, bezsennych nocy, niekończących się podróży i rozregulowanego zegara biologicznego. Ale bez względu na stopień wyczerpania nie potrafił już spokojnie spać. Niczym automat finalizował projekt po projekcie i podpisywał kolejne umowy, aż w końcu, sterowany nieokiełznaną ambicją i żądzą sukcesu, zdobył milionową fortunę.

I przez cały ten czas trwał w niezłomnym przekonaniu, że Gisele zdradzała go i oszukiwała.

Straszliwe poczucie winy ścisnęło go za gardło. Chełpił się zawsze słusznością swych osądów. Zmierzał, zdaniem niektórych bezwzględnie, do perfekcji we wszystkich dziedzinach życia. Omyłkę traktował jak klęskę.

A przecież się pomylił.

Spojrzał na swój telefon. Wciąż miał w „kontaktach” jej numer. Traktował go jako ostrzeżenie, by nikomu nie ufać i nigdy nie tracić czujności. Nie posądzał się o sentymenty, ale gdy na ekranie pojawiło się jej imię, poczuł, że palce mu drżą. Przez chwilę wpatrywał się w wyświetlacz, lecz w końcu stwierdził, że telefonując ni z tego, ni z owego, by wymamrotać „przepraszam”, nie wystawi sobie najlepszego świadectwa. Winien jej jest osobiste przeprosiny. Tyle przynajmniej mógł zrobić. Pragnął naprawić swój błąd i dalej spokojnie żyć.

Wcisnął klawisz szybkiego łączenia.

– Carla, odwołaj wszystkie moje spotkania w przyszłym tygodniu – polecił sekretarce – i zabukuj mi bilet do Sydney najszybciej, jak się da. Muszę załatwić coś ważnego.

W chwili gdy wszedł, Gisele pokazywała jakiejś młodej matce ręcznie haftowaną pelerynkę do chrztu. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, gdy ujrzała w drzwiach jego wysoką, zgrabną sylwetkę, tak bardzo nieprzystającą do tego małego butiku z dziecięcymi ubrankami.

Czuła, że to nastąpi, od momentu, gdy dowiedziała się o istnieniu swojej siostry bliźniaczki. Wyobrażała sobie, jak zatriumfuje, gdy Emilio Andreoni pojawi się, by wyznać, jak bardzo się mylił. Wierzyła, że patrząc na niego, nie poczuje nic, absolutnie nic poza nienawiścią, na którą po stokroć zasługiwał za okrutną bezwzględność, z jaką ją potraktował, a także za to, że odmówił jej nawet prawa do obrony.

Tymczasem na jego widok podłoga zaczęła wirować jej przed oczami, a emocje, które dotąd hamowała z gorzką determinacją, nagle wymknęły się spod kontroli. Jak to możliwe, by jego widok mógł spowodować fizyczny ból? I że gardło ściska jej żelazna pięść, gdy objęło ją spojrzenie jego czarnych jak węgiel oczu?

Od czasu zerwania zaręczyn widziała go w prasie wiele razy, ale choć zawsze sprawiało jej to ból, był on niczym w porównaniu z przenikającym ją teraz cierpieniem.

Wciąż był taki sam ze swą opaloną, oliwkową skórą, prostym rzymskim nosem i przenikliwym spojrzeniem przepastnych oczu. Tylko jego silnie zarysowana szczęka wyglądała w tej chwili tak, jakby przez ostatnie dwie doby nie oglądała maszynki do golenia, a lekko falujące kruczoczarne włosy były nieco dłuższe niż wtedy, gdy widziała go po raz ostatni. Wiły się wokół kołnierzyka koszuli i trudno było nie odnieść wrażenia, że przeczesał je tylko palcami. Oczy przesłonięte długimi, gęstymi rzęsami, zaczerwienione i podpuchnięte, wskazywały, jak uznała, na nieprzespaną noc spędzoną zapewne z jedną z jego wielu przygodnych kochanek.

–           Proszę mi wybaczyć – zwróciła się do klientki. – Muszę panią na chwilę zostawić.

Zbliżyła się do niego. Stał obok gabloty z ubrankami dla wcześniaków, dotykając dłonią maleńkiej kamizelki z wyhaftowaną na kołnierzyku różową różyczką o zielonych listkach. Patrząc na to, jak miniaturowa się wydaje na tle tej silnej dłoni, pomyślała, że bez trudu mógłby utrzymać w niej Lily.

–           Czym mogę służyć? – spytała, patrząc na niego niepewnie.

Objął ją spojrzeniem swoich ciemnych oczu i długo nie spuszczał z niej wzroku.

–           Myślę, że wiesz, dlaczego tu jestem, Gisele – odparł głębokim, aksamitnym głosem, za którym tak długo tęskniła. Miała wrażenie, że pieszczotliwie głaszcze jej skórę, że spływa niczym miód od podstawy czaszki w dół.

Z trudem panowała nad swymi odruchami. Nie mógł zauważyć, że wciąż na nią działa, nawet jeśli była to tylko reakcja fizyczna. Musiała udowodnić, że nie zdołał zrujnować jej życia, że dała sobie radę, że jest samodzielna i odnosi sukcesy. I że teraz on już nic dla niej nie znaczy.

Wciągnęła powietrze i uniosła podbródek, usiłując nadać głosowi chłodny, rzeczowy ton.

–           Oczywiście – odparła z zawodowym półuśmiechem. – Jak mogłabym nie wiedzieć. Mamy przecież pięćdziesięcioprocentową przecenę na wszystkie śpioszki. Dysponujemy błękitnymi, różowymi i żółtymi. Niestety, zabrakło nam już białych.

Jego spojrzenie nie drgnęło nawet na moment. Działało jak dawniej z obezwładniającą siłą.

–           Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś prywatnie? – spytał.

Wyprostowała ramiona.

–           Jak widzisz, mam teraz klientkę – odparła, wskazując ręką młodą kobietę, która przeglądała wieszaki.

–           To może będziesz wolna w porze lunchu? – spytał, przyglądając jej się z uwagą.

Gisele zastanawiała się, czy nie zauważył, że jej kremowa cera straciła dawny blask, a cienie pod oczyma są zbyt ciemne, by mogła je ukryć nawet pod najgrubszą warstwą make-upu. Zawsze najwyżej cenił sobie doskonałość. Nie tylko w pracy, ale w każdej dziedzinie. Ona zaś, niestety, ją utraciła, choć odzyskała w końcu dobre imię i oczyściła reputację.

–           Jestem sprzedawcą i właścicielką tego sklepu – odpowiedziała hardo. – I nie miewam przerw na lunch.

Krytycznym spojrzeniem objął maleńki butik z ubrankami dla dzieci. Kupiła go kilka tygodni po tym, jak brutalnie usunął ją ze swojego życia zaledwie kilka dni przed ich ślubem. Bez reszty zaangażowała się wtedy w przekształcenie podupadłego sklepiku w ekskluzywny butik, a wytężona praca pomogła jej przetrwać okres załamania, jaki przeżywała przed dwoma laty.

Po utracie Lily starzy przyjaciele, a także jej matka, sugerowali, by sprzedała ten sklep. Ona jednak miała wrażenie, że spędzając w nim całe dni, zatrzymuje na nieco dłużej swoją małą, kruchą córeczkę. Pośród ręcznie haftowanych kocyków, kapturków i buciczków, które wykonywała dla innych dzieci, czuła się bliżej niej. Nie umiała z tego zrezygnować pomimo bólu, jaki sprawiał jej widok nowiutkich wózków, które świeżo upieczone matki wprowadzały tu codziennie. Żadna z nich nie wiedziała, jak trudno było jej się powstrzymać od dotknięcia bezcennych małych zawiniątek leżących wewnątrz. Nikt też nie wiedział, jak podczas długich bezsennych nocy tuliła do siebie kocyk, który wyhaftowała w króliczki, by owinąć nim maleńkie ciałko Lily w ciągu kilku krótkich godzin jej życia.

Znów poczuła na sobie wzrok Emilia.

–           No to kolacja – powiedział. – Nie pracujesz po szóstej, prawda?

Z irytacją patrzyła, jak młoda matka wychodzi ze sklepu, niewątpliwie speszona jego dominującą obecnością.

– Czy jesteś z kimś związana? – Spojrzał na nią badawczo.

Z trudem zachowywała spokój. Czy naprawdę sądził, że po tym, co przeżyła z jego winy, byłaby zdolna rzucić się z miejsca w czyjeś ramiona? Do diabła, nawet teraz czuła, że jej zdradzieckie ciało reaguje na jego niepokojącą obecność tak samo jak dawniej. Jej zmysły gwałtownie się ocknęły, a nogi lekko drżały, gdy przypomniała sobie, jak uczył ją wszystkiego, co wiedziała o wzajemnej fizycznej bliskości dwojga kochanków, jak on i tylko on pokazał jej, że jej ciało potrafi zarówno czerpać, jak i dawać rozkosz.

–           To chyba nie twoja sprawa – odparła, unosząc głowę.

Jego wargi nieznacznie drgnęły.

–           Wiem, że to dla ciebie trudne, Gisele – powiedział. – Podobnie jak i dla mnie.

–           Jasne. Przecież nigdy nie pomyślałeś, że mógłbyś popełnić błąd – ucięła ostro. – Chociaż wydaje mi się, że próbowałam ci to uświadomić.

Jego twarz, zamknięta i odległa, nie wyrażała żadnych emocji.

–           Nie jestem dumny ze swego postępowania – powiedział. – Ale na moim miejscu zrobiłabyś to samo.

–           Mylisz się, Emilio – zaprotestowała. – Zrobiłabym wszystko, żeby wyjaśnić, skąd wzięło się to nagranie.

–           Na miłość boską, Gisele – wyrzucił gwałtownie. – Sądzisz, że nie szukałem wyjaśnień? Powiedziałaś mi, że jesteś jedynaczką. Przecież nigdy nie słyszałaś o swojej siostrze bliźniaczce. Jak mogłem wpaść na równie nieprawdopodobny pomysł? Oglądając tę taśmę, widziałem na niej ciebie. Twoje srebrzyste blond włosy, szarobłękitne oczy i nawet twoje ruchy. Czy miałem jakiś wybór?

Jak mogłem nie uwierzyć własnym oczom?

–           Owszem, miałeś wybór. – Rzuciła mu nieprzejednane spojrzenie. – Mogłeś mi uwierzyć pomimo tego dowodu, a nie przyjmować go bez zastrzeżeń. Ale nie kochałeś mnie dość mocno. Wcale mnie nie kochałeś. Miałam odegrać rolę idealnej żony uwieszonej na twoim ramieniu. To przeklęte nagranie splamiło mój obraz, więc nie nadawałam się już do użytku. Gdyby prawda wyszła na jaw po dwu minutach lub dwu godzinach, a nie po dwu latach, nie miałoby to zapewne takiego znaczenia. Ale twoja firma zawsze stała na pierwszym miejscu, bo tylko ona się dla ciebie liczyła.

–           Odwołałem wszystkie zawodowe sprawy, by tu przyjechać i cię zobaczyć – odparł, marszcząc brwi.

–           No to mnie zobaczyłeś. Możesz teraz wsiąść do swojego prywatnego odrzutowca i wracać do domu. – Rzuciła mu wyniosłe spojrzenie i obróciła się na pięcie, by odejść.

–           Do diabła, Gisele – mruknął, łapiąc ją za rękę i przytrzymując w miejscu.

Czując na nagim ramieniu stalowy uścisk jego palców, obróciła się, by spojrzeć mu w twarz. Jego dotyk palił jak płomień. Parzył skórę jak rozżarzona pieczęć. Gdy utkwił w niej spojrzenie swych przepastnych oczu, czuła, że obręcz ściska jej gardło. Za żadną cenę nie chciała się zatracić w ich ciemnej głębi. Nigdy więcej. Wystarczy, że zrobiła to raz. Nie można popełnić w życiu większego błędu, niż zakochać się w człowieku niezdolnym do miłości i zaufania.

Nie chciała, by aż tak się do niej zbliżył. Czuła bijące od niego ciepło, a jej nozdrza bezwiednie chłonęły zapach płynu po goleniu – ostrą, odurzającą mieszankę piżma i limonki. Dostrzegła lekki zarost na jego nieogolonej twarzy i nagle zapragnęła poczuć pod palcami dotyk szorstkiej, męskiej skóry. Widziała surową linię jego pięknie wykrojonych ust – tych samych, które od pierwszego pocałunku zawładnęły wszystkimi jej zmysłami. Wystarczyło, by zamknęła oczy, a znów czuła je na swych wargach.

Ocknęła się nagle, przypominając sobie, że to właśnie z tych ust padły słowa, które śmiertelnie ją zraniły. Dotąd brzmiały w jej uszach i nie mogła zapomnieć ani wybaczyć oskarżeń, które niemal złamały jej życie. Brutalnie obrzucono ją stekiem fałszywych oskarżeń i pozbawiono nadziei na szczęśliwą przyszłość. Samotna, porzucona i przytłoczona ciężarem cierpienia, z najwyższym wysiłkiem brnęła przez każdy kolejny dzień.

Gdy dwa miesiące po powrocie do Sydney okazało się, że jest w ciąży, w mroku, który ją osaczał, rozbłysła nowa nadzieja. Na krótko. Jej radość zgasła kilka tygodni później wraz z wynikiem drugiego USG. Jeszcze teraz zastanawiała się nad tym, czy nie była to kara. Czy los nie zemścił się za to, że zataiła przed nim fakt, że oczekuje dziecka. Ale przecież zerwał ich zaręczyny i nie życzył sobie żadnych kontaktów, ona zaś była zbyt załamana i zraniona, by starać się je nawiązać.

A także zbyt przepełniona gniewem.

Chciała, by poniósł karę za to, że jej nie ufał, a nienawiść dodawała jej sił.

– Dlaczego utrudniasz wszystko jeszcze bardziej? – odezwał się Emilio.

Z wysiłkiem opanowała gniew.

–           Myślisz, że tu wpadniesz, wybąkasz coś w rodzaju przeprosin, a ja ci wszystko wybaczę? – syknęła. – Otóż wiedz, że nigdy ci nie wybaczę. Słyszysz? Nigdy!

Oczy mu pociemniały.

–           Nie oczekuję wybaczenia – powiedział. – Ale chciałbym, żebyś spróbowała się zachować jak osoba dorosła i przynajmniej mnie wysłuchała.

–           Będę się zachowywać jak dorosła, jeśli przestaniesz mnie trzymać za rękę jak niesforne dziecko. – Spojrzała na niego z wściekłością. – Puść.

Ucisk jego palców osłabł, wciąż jednak nie zdejmował dłoni z jej ramienia. Z trzepotaniem serca poczuła, że przesunął opuszkiem kciuka w miejsce, gdzie uderza jej puls. Czy rozpozna jego nierówny rytm? – myślała w panice, podczas gdy krew w jej żyłach zaczęła krążyć w zawrotnym tempie.

–           Spotkajmy się wieczorem na kolacji – zaproponował.

–           Powiedziałam już, że jestem zajęta – odparła, spuszczając wzrok.

Emilio ujął ją pod brodę, przenikając uważnym spojrzeniem.

–           A ja wiem, że to kłamstwo – stwierdził ze spokojem.

–           Szkoda, że nie byłeś tak dobrym detektywem dwa lata temu – wypaliła, uwalniając się w końcu z jego uścisku. Wymownie spojrzała na zegarek.

–           Przyjadę po ciebie o siódmej – oświadczył. – Gdzie mieszkasz?

Ogarnęło ją przerażenie. Nie chciała, żeby wchodził do jej mieszkania. To był jej azyl, jedyne miejsce, gdzie czuła się na tyle bezpieczna, by nie ukrywać swego cierpienia. No i jak miałaby mu wytłumaczyć wszystkie zdjęcia Lily? Nie zamierzała z nim dzielić krótkiej historii życia ich dziecka. Nie była na to gotowa. Nigdy nie będzie na to gotowa.

–           Zdaje się, że nie rozumiesz, co mówię, Emilio. – Spojrzała na niego wojowniczo. – Nie chcę cię w ogóle widzieć. Ani dziś, ani jutro wieczór. Nigdy. Przeprosiłeś i na tym koniec. A teraz, proszę, wyjdź, nim zawołam ochronę.

Na jego twarzy pojawił się wyraz lekkiego rozbawienia.

–           Jaką ochronę? – spytał. – Przecież każdy może tu wejść i opróżnić kasę, gdy tylko się odwrócisz, a ty nie zdołasz zrobić nic, by temu zapobiec. Nie masz tu nawet zwykłych kamer przemysłowych.

 

SUSANNA CARR

ROMANS W RZYMIE

Isabella Williams usłyszała warkot drogiego sportowego samochodu i odwróciła się szybko jak tropione zwierzę, które zwietrzyło niebezpieczeństwo. Od tego gwałtownego ruchu zakręciło jej się w głowie. Ściskając w rękach tacę, usiłowała odzyskać równowagę.

Warkot auta ucichł, zanim zdążyła je zobaczyć. Nieco uspokojona, wydała drżące westchnienie i otarła dłonią spocone czoło. Wyobraźnia płata jej figle. Wystarczy odgłos silnika sportowego wozu, a ona już myśli o tym mężczyźnie.

To absurd przypuszczać, że Antonio Rossi w ogóle jest w tej części Rzymu, a tym bardziej, że jej szuka. Sypiała z nim zaledwie przez kilka wspaniałych wiosennych miesięcy. Z pewnością już dawno o niej zapomniał. Był ucieleśnieniem marzeń każdej kobiety i nie wątpiła, że znalazło się wiele chętnych, by ją zastąpić.

Ta myśl ją zabolała i Isabella zamrugała, by powstrzymać łzy. Zerknęła na zegar i obliczyła, ile jeszcze godzin pozostało do końca jej zmiany. Zbyt wiele. Pragnęła jak najszybciej wpełznąć z powrotem do łóżka pod starą kołdrę i odciąć się od całego świata. Nie mogła sobie jednak pozwolić na wzięcie wolnego dnia. Potrzebowała każdego euro, by przeżyć.

–                     Isabella, twoi klienci czekają – warknął szef.

Tylko kiwnęła głową, zbyt znużona, żeby zdobyć się na jakąś ciętą ripostę, i podeszła do jednego z małych stolików w ogródku kawiarni, przy którym siedziało dwoje ludzi. Mężczyzna delikatnie, niemal z szacunkiem pocałował kobietę w usta. Przez otępienie Isabelli przebiło się ukłucie zazdrości, gdy przypomniała sobie, jak to jest być uwielbianą i pożądaną.

Zgarbiła się pod naporem gorzko-słodkich wspomnień. Nie odzyska już takiej miłości. Nigdy nie stanie się ponownie dla Antonia całym światem. Tęskniła do jego władczych pocałunków i czystego, płomiennego pożądania, jakie w niej rozniecały. Ale on już do niej nie wróci. Nie po tym, gdy odkrył prawdę.

Serce ścisnęło jej się z żalu. Z wysiłkiem postarała się opanować. Te szalone romantyczne dni minęły i lepiej o nich zapomnieć, powiedziała sobie stanowczo.

–                     Czy mogę już przyjąć zamówienie? – spytała po włosku.

Nie władała tym językiem zbyt dobrze, mimo że w college’u wzięła kilka lekcji. Niegdyś marzyła, że opanuje biegle włoski, stanie się kobietą wytworną i wyrafinowaną i podbije Rzym. Pragnęła przygody, piękna i miłości. Przez krótką chwilę miała to wszystko, ale pozwoliła, by wyślizgnęło jej się z rąk.

Teraz pracowała całymi dniami w tej podłej dziurze i była bez grosza. Ludzie ignorowali ją albo traktowali jak śmieć. To mogła równie dobrze mieć u siebie w Stanach. Tyle zostało z jej marzeń o przemianie z Kopciuszka w królewnę. Mieszkała nad kawiarnią w pokoju bez bieżącej wody i zamka w drzwiach.

Pozostały jej tylko ciężar smutku i głębokie pragnienie, aby przetrwać.

Gdy przyjęła zamówienie i wróciła do kuchni, zdała sobie sprawę, że grozi jej ugrzęźnięcie tu na dobre. Musi pracować ciężej, szybciej i bystrzej, jeżeli chce w ciągu najbliższych kilku miesięcy wrócić do Ameryki. Obecnie bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała znaleźć się w znajomym otoczeniu, podjąć pracę i dokończyć naukę w college’u. Po okresie snucia wielkich planów tęskniła teraz wyłącznie za bezpiecznym portem.

Ale nie może tak dalej ciągnąć, tyrając i ledwie wiążąc koniec z końcem. Będzie tylko coraz gorzej. Ta myśl wprawiła ją w obezwładniające przygnębienie. Isabella oparła się o kuchenną ścianę. Któregoś dnia wyzwoli się z tego koszmaru. Ze znużeniem przymknęła oczy, nie zważając na gniewne ponaglenia szefa. Niebawem uzbiera dość pieniędzy na powrotny lot do Stanów. Tam zacznie od początku i może tym razem jej się uda, jeśli wyciągnie naukę ze swoich błędów.

Antonio przyjrzał się niewielkiej kawiarni z ogródkiem. Po trwających cały weekend poszukiwaniach miał teraz stanąć twarzą w twarz z kobietą, która omal nie zniszczyła jego samego i jego rodziny. Wszedł energicznym krokiem i usiadł przy wolnym stoliku. Poruszał się ze swobodnym męskim wdziękiem maskującym przepełniający go gniew. Tym razem będzie się pilnował i nie ulegnie urokowi wielkich niebieskich oczu Isabelli ani jej urody niewinnego dziewczęcia.

Rozsiadł się wygodniej, włożył ciemne okulary i rozejrzał się po zardzewiałych meblach pokrytych łuszczącą się farbą. Nie spodziewał się, że odnajdzie Isabellę w takiej nędznej norze, w gorszej części Rzymu.

Dlaczego osiadła pośród tego brudu i ubóstwa? To bez sensu. Przecież otworzył przed nią cały świat. Mieszkała w jego eleganckim apartamencie, sypiała z nim w jego łóżku i miała na każde zawołanie jego służbę.

I rzuciła to wszystko, idąc do łóżka z jego bratem.

Świadomość tego nadal go dręczyła. Ofiarował Isabelli wszystko, lecz dla niej było to za mało. Bez względu na to, jak bardzo się starał, jak ciężko pracował, nie mógł konkurować ze swoim bratem. Zawsze tak było.

A jednak pół roku temu boleśnie zaskoczyło go uczynione po pijanemu wyznanie Giovanniego. Zareagował, usuwając brata i Isabellę ze swojego życia. Była to nagła i bezwzględna decyzja, ale oboje zasłużyli na coś znacznie gorszego.

Dojrzał ją, gdy niosła na tacy dwie kawy. Nawet w cienkim czarnym podkoszulku, kusej dżinsowej spódniczce i zniszczonych pantoflach na niskim obcasie nadal wywierała na nim ogromne wrażenie. Zatrzymał spojrzenie na jej długich nogach i wspomniał, jak oplatała nimi jego biodra, kiedy się z nią kochał.

Odetchnął głęboko i odepchnął od siebie ten obraz. Nie mógł pozwolić, by erotyczny czar tej dziewczyny osłabił jego czujność. Raz już popełnił ten błąd – zaufał Isabelli i dopuścił ją blisko do siebie. To się więcej nie powtórzy.

Obserwował ponuro, jak obsługiwała parę przy pobliskim stoliku. Zauważył, że wygląda inaczej niż wówczas, gdy ją ostatnio widział. Wtedy spała w jego łóżku naga, zarumieniona po upojnych erotycznych igraszkach, a jej rozrzucone na poduszce długie włosy przypominały aureolę. Teraz była wychudła, blada i wymizerowana, a włosy miała niedbale związane w koński ogon.

Tak, wyglądała okropnie. Przez wargi Antonia przemknął okrutny uśmiech. Miał nadzieję, że przeszła przez piekło, a on był gotowy ponownie ją tam wepchnąć.

Kiedyś wierzył w jej słodycz i niewinność, lecz wszystko to okazało się kłamstwem. Jej wstydliwe uśmiechy i rumieńce rozbroiły go i uwierzył, że Isabella pragnie tylko jego. Lecz była to z jej strony jedynie gra, mająca umożliwić jej zbliżenie się do Giovanniego, dziedzica fortuny familii Rossich. Isabella oczarowała Antonia swoją anielską urodą, lecz przez cały czas starała się uwieść Gia.

Teraz odwróciła się od tamtego stolika i ruszyła ku niemu. Z ołówkiem w ręku wbiła wzrok w notesik.

–                     Czy mogę już przyjąć zamówienie? – spytała znudzonym tonem.

–                     Witaj, Bella – rzekł.

Nie, nie, nie!

Podniosła wzrok, ujrzała Antonia i przez głowę przemknęła jej myśl o ucieczce.

Zamrugała powoli. Zapewne to tylko halucynacja. Niemożliwe, by Antonio Rossi, miliarder należący do rzymskiej śmietanki towarzyskiej, siedział w tej skromnej kawiarni.

Nie mógł jej jednak mylić zmysłowy dreszcz wywołany jego bliskością ani odbierająca oddech panika, która ogarnęła ją na jego widok.

Czy on wie? Czy dlatego się tu znalazł?

Wpatrywała się w niego jak łania schwytana w snop promieni reflektorów samochodu. Jego elegancki czarny garnitur w prążki, podkreślający barczystą, smukłą, muskularną sylwetkę, jak również ręcznie szyta koszula i jedwabny krawat nie były w stanie zamaskować niemal zwierzęcego magnetyzmu, jakim emanował.

Antonio Rossi to najpotężniejszy i najbardziej zmysłowy mężczyzna, jakiego znała – a także najbardziej bezwzględny.

Ogarnął ją paraliżujący lęk. Nie potrafiła odgadnąć, co Antonio myśli ani co za chwilę zrobi. Mogła tylko czekać na nieuchronną katastrofę.

Postąpiła głupio, wiążąc się z nim. Należał do gatunku mężczyzn, przed którymi matka zawsze ją ostrzegała. Isabella była dla niego tylko zabawką, którą odrzucił, gdy już mu się znudziła. Wiedziała o tym, niemniej zawsze ją pociągał, jak płomień pociąga ćmę. Nawet teraz nie potrafiła oderwać od niego wzroku.

Za ciemnymi okularami nie widziała jego oczu, ale wyraz twarzy miał surowy i władczy, taki jak zapamiętała. Nie był piękny, lecz mimo to zawsze przyciągał pełne podziwu spojrzenia kobiet.

Ucieknij i nie oglądaj się za siebie, pomyślała.

–                       Antonio? – rzekła wysokim, pełnym napięcia głosem. – Co ty tu robisz?

–                       Przyszedłem po ciebie.

Zadrżała. Nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze go ujrzy czy usłyszy te słowa. Lecz było już za późno. Nie mogła wrócić.

–                       Dlaczego?

–                       Dlaczego? – powtórzył i arogancko przyjrzał się jej wymizerowanej twarzy i nędznemu ubraniu.

Jej serce zaczęło bić szaleńczo. Jak wiele się dowiedział?

–                       Musisz stąd odejść. Natychmiast – zdołała wydusić. – Nie mam ci nic do powiedzenia.

Jego rysy stwardniały w grymasie niezadowolenia. Gwałtownie zdjął ciemne okulary i popatrzył na nią gniewnie.

–                       A może tak złożyłabyś mi kondolencje?

Z napięcia ledwie oddychała. Więził ją spojrzeniem ciemnobrązowych oczu. Nigdy dotąd nie widziała w nich tyle furii i cierpienia. Chciała odwrócić wzrok, lecz nie mogła.

–           Dopiero niedawno dowiedziałam się o wypadku samochodowym Giovanniego. Współczuję ci z powodu utraty brata.

–           Cóż za pokaz żalu po śmierci byłego kochanka – rzucił zjadliwie. – To musiało być paskudne rozstanie. Co się stało? Jego także oszukałaś?

Czyli on nie wie, pomyślała z ulgą i odetchnęła nieco swobodniej.

–           Nie miałam romansu z Giovannim – oświadczyła.

W tym momencie mężczyzna przy innym stoliku odezwał się:

–           Signorina, zapomniała pani...

–           Chwileczkę – rzuciła, a potem powiedziała do Antonia: – Zaraz wrócę.

Lecz gdy wchodziła do kuchni, poczuła na ramieniu jego wielką dłoń. Zatrzymał ją i odwrócił ku sobie. Omal nie osunęła się na podłogę, znużona i chora ze zdenerwowania.

Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Zapomniała już, jaki jest wysoki i silny. Dawniej czuła się przy nim spokojna i bezpieczna, natomiast teraz tylko całkowicie bezbronna.

–           Szukałem cię – oznajmił. – Zaskakująco trudno było cię znaleźć.

Ze strachu ogarnęły ją mdłości. Antonio ujął ją za ramiona, wbijając w nie palce niczym szpony. Poczuła się uwięziona, schwytana w pułapkę.

–           Co tu się dzieje, Isabella? – zabrzmiał nagle tuż obok głos szefa.

–           Poradzę sobie – zapewniła go, wciąż wpatrując się w Antonia.

Wystarczyło, że jej dotknął, spojrzał na nią, i znów znalazła się w jego władzy – jak zawsze.

Świat wokół niej zawirował i zachybotał. Była wyczerpana fizycznie i psychicznie.

–           Nie wiem, dlaczego zadałeś sobie trud, by mnie odszukać – rzekła ze znużeniem. Kątem oka dostrzegła, że szef przygląda się zaciekawiony temu bogatemu klientowi w jego lokalu. – Nadal uważasz, że romansowałam z Giovannim, kiedy byłam z tobą.

Oczy mu pociemniały, a na twarzy odbił się gniew.

–           Och wiem, że to robiłaś.

Zatem nie przebaczył bratu. Ani jej. Nigdy nie przebaczy.

–           Wiem, że byłaś jego kochanką – ciągnął. – Z jakiego innego powodu uwzględniłby cię w testamencie?

Wzdrygnęła się. To niedobrze. Uważała Giovanniego za przyjaciela. Pozwolił jej zamieszkać u siebie i pomagał. Nie zdradził jednak przed nią swego prawdziwego charakteru, dopóki nie było już za późno.

–           Odejdź, Antonio. Nic o tym nie wiesz.

–           Nie odejdę bez ciebie. Musisz jak najszybciej podpisać kilka dokumentów w kancelarii adwokackiej. Narastała w niej panika. Nigdzie z nim nie pójdzie.

–           Powiedz swojej rodzinie, że nie zdołałeś mnie odnaleźć. – Cofnęła się od niego o krok i skonstatowała z ulgą, że ją puścił. – Oddaj te pieniądze na cele dobroczynne.

Przyjrzał jej się z niedowierzaniem.

–           Nie wiesz, ile ich jest.

–           To bez znaczenia.

Nie ufała temu darowi Giovanniego. Gdyby go przyjęła, niewątpliwie musiałaby zapłacić za to jakąś cenę.

–           Isabella! – krzyknął szef. – Podaj jedzenie na stół, zanim wystygnie.

Odwróciła się gwałtownie i znowu zakręciło jej się w głowie. Odruchowo przytrzymała się ramienia Antonia i stłumiła jęk. Nie powinna okazać słabości.

Przyjrzał jej się uważnie.

–           Jesteś chora? – spytał ostro.

–           Źle spałam tej nocy – odrzekła szorstko.

Nie chciała, by dostrzegł, jak bardzo czuje się słaba. Antonio był bystry – dzięki temu zbił majątek – i wkrótce się domyśli, co się z nią dzieje. Musiała odejść, zanim odkryje prawdę.

–           Obsłużę tego gościa – rzekła do niego i podniosła tacę. – Później nikt nam nie przeszkodzi.

Szybko wyszła do ogródka i podała na stół potrawy, mamrocząc przeprosiny. Potem odstawiła tacę na jeden z pustych stolików. To jej ostatnia szansa na ucieczkę.

Ruszyła niedbałym krokiem po chodniku, a gdy skręciła za róg, puściła się biegiem. Miała wrażenie, że jej płuca zaraz eksplodują, lecz nie zwolniła. Dotarła do tylnych schodów i wbiegła po nich, przeskakując po dwa stopnie naraz. W pewnym momencie potknęła się, upadła i posiniaczyła sobie kolano. Znów poczuła zawrót głowy, ale wstała i wchodziła dalej, choć nogi się pod nią trzęsły. Antonio do tej pory z pewnością już się zorientował, że uciekła.

Wpadła do swojego pokoju. Jej plecak leżał na twardym, nierównym materacu. Gdy sięgała po niego, usłyszała trzaśnięcie drzwi.

Odwróciła się i pokój zawirował. Zobaczyła Antonia opartego o framugę. Nie wyglądał na zaskoczonego i nie był ani trochę zdyszany. Widocznie domyślił się, że zamierzała umknąć, i zjawił się tu, gdy tylko wyszła z kuchni.

–                       Jestem rozczarowany, Bella – rzekł złowróżbnie spokojnym tonem. – Stałaś się taka przewidywalna.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ