Powieść obyczajowa
Bulwary nad Sekwaną
KUP TERAZ

Bulwary nad Sekwaną

Sarah Morgan, Julia James, Kate Hewitt
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327631404
Premiera: 2017-07-05

Mijają lata, a Paryż wciąż pozostaje mekką artystów, stolicą mody i miejscem romantycznych spotkań. Podobno tutaj łatwiej się zakochać i łatwiej odnaleźć utraconą miłość…

Paryż dla zakochanych

Gdy Damon Doukakis zostaje szefem agencji reklamowej, szybko orientuje się, że kryzys firmy wynika ze złego zarządzania, a mózgiem wszystkich  sukcesów jest Polly, asystentka byłego prezesa. Damon zwalnia wszystkich członków zarządu, czyni Polly swoją prawą ręką i zabiera do Paryża na rozmowy o nowym kontrakcie.

Zaręczyny w Paryżu

Aleksa dostaje prestiżowe zlecenie: ma  namalować portret Guya de Rochemont, milionera ze słynnej rodziny bankierów. Zna reputację tego playboya, dlatego próbuje trzymać się na dystans. Jednak urok Guya sprawia, że Aleksa nie jest w stanie dokończyć pracy. Chociaż to może zaszkodzić jej karierze, postanawia zrezygnować ze zlecenia. Spodziewa się awantury, tymczasem Guy zaprasza ją na kolację.

Spotkanie w Paryżu

Milioner Ammar Tannous, po tym jak cudem uratował się z katastrofy lotniczej, zaczął inaczej patrzeć na swoje życie. Zrozumiał, że największy błąd popełnił, porzucając dziesięć lat temu żonę. Odnajduje ją w Paryżu i prosi, by do niego wróciła, lecz głęboko zraniona Noelle nawet nie chce z nim rozmawiać. Ammar jednak nie należy do mężczyzn, którzy przyjmują odmowę.

SARAh MORGAN

PARYŻ DLA ZKAOCHANYCH

 

Spojrzała na swe odbicie w lustrze. Te dni nauczyły ją jednego – zdolności przetrwania. Bez względu na to, co się stanie, nie pozwoli Doukakisowi zamknąć firmy. Zastanawiając się, jak ma to właściwie zrobić, wcisnęła przycisk piętra dyrekcji i winda zaczęła się zamykać. Ale w ostatniej chwili pomiędzy drzwi wcisnęła się dłoń w skórzanej rękawicy i ponownie się rozsunęły. Jej nadzieje na dwie minuty spokoju gwałtownie prysły. Przylgnęła do tylnej ściany, gdy mężczyzna w skórzanym kombinezonie motocyklisty wkroczył do środka. Widząc zarys szerokich ramion, z miejsca zdała sobie sprawę, że to Damon Doukakis we własnej osobie. Ich spojrzenia się spotkały, a ona z trudem opanowała impuls, by wyskoczyć z windy i wbiec na górę po schodach. Temperatura w szklanej kapsule gwałtownie wzrosła. Nie musiał nawet otwierać ust. Przytłaczała ją sama jego obecność. Patrząc na skórzaną kurtkę, z irytacją rzuciła:

–                    Podobno obowiązują tu garnitury?

–                    Miałem spotkanie po drugiej stronie miasta. W takich wypadkach korzystam z motocykla. – Zmierzył ją wzrokiem. – Ale dostaniesz punkty za zmianę tych fluorescencyjnych rajstop na bardziej znośne.

Słysząc jego drwiący ton, poczuła, że dławi ją w gardle. Jej dłonie pokrywały pęcherze od dźwigania pudeł, bolały ją stopy i plecy, a w dodatku nie spała przez cztery noce. Najgorsze, że BlackBerry nagle przestał dzwonić. Przez cały ranek dobijali się do niej klienci, a teraz, gdy rozpaczliwie pragnęła mu udowodnić, ilu ich jest, zupełnie zamilkł.

–                    W wiadomościach o trzynastej określono cię mianem egzekutora.

–                    Świetnie. Może to wyciągnie twojego ojca z kryjówki. – Jego zmysłowe usta ułożyły się w cierpki uśmiech, gdy wcisnął przycisk panelu i winda poszybowała w górę.

Patrząc na jego męskie rysy, począwszy od mocno zarysowanych kości policzkowych, aż po cień zarostu na dolnej szczęce, Polly poczuła, że miękną jej nogi. Rozpaczliwie szukała w tej twarzy jakiejś skazy, ale jej nie znalazła.

–                    Mój ojciec się nie chowa.

–                    Panno Prince... – Jego głos brzmiał jak pomruk drapieżnego kota. – Jeżeli nie chcesz doświadczyć mojego gniewu w zamkniętej przestrzeni, nie nalegaj, bym się zastanawiał, co robi ten człowiek.

Polly instynktownie przylgnęła do szklanej ściany.

–                    Mówię tylko, że nigdzie się nie chowa. To wszystko. Nie jest tchórzem. – Podczas gdy Londyn stawał się coraz mniejszy, aż w końcu przypominał miniaturową makietę, napięcie w windzie gwałtownie rosło.

–                    Wolał dopuścić do upadku swojej firmy niż przeprowadzić konieczne cięcia. Nie umiał podjąć decyzji. Jeśli to nie tchórzostwo, to nie wiem, co takiego.

–                    Nie masz prawa osądzać czegoś, o czym nie masz pojęcia.

–                    Prowadzę międzynarodową korporację i każdego dnia podejmuję trudne decyzje.

–                    Zapewne daje ci to poczucie siły.

Stało się to tak szybko, że nie dostrzegła jego ruchu, ale w jednej chwili miała przed sobą rozległą panoramę miasta, a w drugiej zobaczyła jego szerokie ramiona i dwoje rozpalonych gniewem oczu.

–                    Nigdy dotąd nie musiałem się hamować z powodu kobiety... – Wciągnął głęboko oddech, walcząc z naporem furii. – Mogłabyś sprowokować świętego. Wierz mi, lepiej, żebyś nie doświadczyła demonstracji mojej siły.

Wpatrywała się w niego z pełną grozy fascynacją. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy podkreślali jego chłód i opanowanie. Był najbardziej zmiennym człowiekiem, jakiego znała. Boże, niech się ode mnie odsunie, zanim ulegnę pokusie, by zanurzyć twarz w jego kurtce i tylko nim oddychać.

–                    Jesteśmy przyzwyczajeni do bardziej elastycznego podejścia. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak załoga zareaguje na rządy terroru.

Mocno zacisnął szczęki, a po chwili warknął:

–                    To elastyczne podejście doprowadziło was na krawędź bankructwa. Jeśli redukcja zatrudnienia okaże się konieczna, odpowiedzialność za to spadnie na ciebie i twojego ojca.

Odczuwała perwersyjną satysfakcję, widząc jego złość.

–                    Może następnym razem powinieneś się lepiej przyjrzeć ofierze, zanim ją pożresz – odezwała się słodko.

Odskoczył od niej równie szybko, jak przy niej stanął, wydając po grecku okrzyk, którego nie rozumiała, ale który zapewne nie był pochlebny.

–                    Dziennikarze już wyniuchali, że twój ojciec jest gdzieś z moją siostrą. – Podniósł rękę i gwałtownym szarpnięciem rozsunął zamek kurtki, jakby się w niej dusił. – Jeśli nie lubisz plotkować, radziłbym z nimi nie rozmawiać. Poleciłem pracownikom, by złożyli oświadczenie o przejęciu waszej firmy, koncentrując się na perspektywach dalszego rozwoju korporacji. Staramy się podkreślić, że wasza agencja wpisuje się logicznie w główny nurt naszej działalności.

–                    Chcesz powiedzieć, że jesteś hipokrytą, który nie potrafi publicznie przyznać, że wykupił firmę po to, by szantażować innego mężczyznę? – Sama jednak też była przerażona, że wiadomość przeciekła do prasy. Wolała nie myśleć, co to oznacza. Przeżyła to już raz i nie wyobrażała sobie powtórki tamtej sytuacji. Niekończące się wścibskie pytania, jak to jest mieć macochę w tym samym wieku, oburzenie i niezdrowe zaciekawienie komicznymi wyskokami jej ojca.

–                    Proszę przyjąć ode mnie pewną radę, panno Prince. – Jego gęste, ciemne rzęsy niemal przesłaniały oczy. – Nawet w czasach równouprawnienia płci żaden prawdziwy mężczyzna nie będzie się zadawać z awanturnicą czy babochłopem. Spróbuj wyrobić w sobie nieco kobiecości. Kto wie, może uda ci się w końcu kogoś znaleźć? Może nawet faceta z firmą, którą pozwoli ci rządzić?

–                    Nie interesują mnie mężczyźni, którzy boją się mocnych kobiet. – Musiał robić wywiad na temat mojego życia osobistego, pomyślała dotknięta.

–                    Mocne kobiety nie muszą być napastliwe, co zapewne stanowi przyczynę, dla której wciąż jesteś sama.

–                    Gdyby te drzwi otwierały się na zewnątrz, bez wahania bym cię wypchnęła – odparła, z trudem powstrzymując się przed wybuchem.

W jego śmiechu nie było rozbawienia.

–                    Gdybyś miała pracować ze mną dłużej, wolałbym sam wyskoczyć.

Nie zdołała odpowiedzieć, gdyż rozległo się dyskretne ,,ping’’ i drzwi windy bezszelestnie się rozsunęły, ukazując ogromne, zalane światłem wnętrze. Damon puścił ją przodem, a ona wkroczyła w przestrzeń biurową, jakiej nigdy dotąd nie widziała. Stanęła oniemiała. Wiele słyszała i czytała na temat wyposażenia siedziby korporacji Doukakisa, okazało się jednak, że zabrakło jej wyobraźni.

–                    Och... – westchnęła na widok rzędów biurek z wideofonami, laptopami i drukarkami. Większość stanowisk była zajęta i żadna z pochłoniętych pracą osób nie podniosła głowy, gdy weszli. – Gdzie... – Rozejrzała się wokół, ogarniając wzrokiem sterylną przestrzeń. – Gdzie są ich rzeczy? Gdzie trzymają książki, pisma, fotografie i przedmioty osobiste? To wygląda po spartańsku.

–                    Pracownicy nie są przypisani do biurek. Przy-chodzą i siadają na wolnym stanowisku. Powierzchnia biurowa to najbardziej kosztowny składnik majątku firmy, tymczasem większość przedsiębiorstw użytkuje ją zaledwie w pięćdziesięciu procentach. Wynajmujemy dziesięć niższych pięter tego budynku. To optymalny sposób wykorzystania inwestycji.

–                    Czyli nikt tu nie ma własnego biurka? – Z przerażeniem wyobraziła sobie swój zespół w tym sterylnym środowisku. – A jeśli ktoś chce postawić fotografię dziecka czy kogoś bliskiego?

–                    W pracy się pracuje. Dzieci można oglądać w prywatnym czasie. – Prowadził ją przez salę, od czasu do czasu zatrzymując się, by zamienić z kimś kilka słów. – Moi ludzie są elastyczni. Niektórzy wybierają ruchomy czas pracy, przychodzą później i kończą później. Zajmują stanowiska, gdy inni je opuszczają. Tak będą wyglądać instytucje przyszłości.

Przed oczyma stanęło jej biuro, które opuściła – ścia- ny pokryte kopiami kampanii reklamowych i zdjęciami z licznych firmowych imprez. Pomyślała o swoim biurku, zagraconym przedmiotami, które poprawiały jej humor, a także o podwodnym świecie Romea i Julii. Tu nigdzie nie było ścian, na których można by powiesić fotografię. Ani przytulnego barku z miękkimi fotelami i bulgocącym ekspresem do kawy. Gdziekolwiek spojrzała, otaczało ją szkło, chrom i pełna skupienia cisza.

W nadziei, że ryby nie cierpią na lęk wysokości, rozejrzała się wokół.

–                    Zatem to ma być nasze piętro?

–                    Nie, pokazuję ci tylko przykład efektywnego działania. Dobrze mu się przyjrzyj. Tak powinna funkcjonować firma. Czujesz się tu zapewne jak na obcej planecie. – Jego zmysłowe usta wygięły się ironicznie. – Żeby nie zakłócać pracy innym działom, przeznaczyłem dla was osobne piętro.

Nie czekając na odpowiedź, pchnął drzwi i ruszył po schodach w górę, przeskakując po dwa stopnie. Z trudem za nim nadążała, podziwiając jego kondycję. Weszli przez kolejne drzwi na piętro o przeszklonych ścianach zewnętrznych, za którymi rozciągała się panorama miasta. Niemal całe wyposażenie starego biura zostało już przeniesione i załoga Prince Advertising, śmiejąc się i żartując, rozpakowywała pudła. Gdy zaczęli do niej machać, Polly poczuła, że pieką ją oczy. Byli tacy radośni i pełni nadziei. Nie zdawali sobie sprawy, jak niepewna jest ich przyszłość.

–                    To wasze miejsce pracy. – Damon powiódł ręką wokół. – Dalej są pokoje konferencyjne, gdzie można prowadzić dłuższe rozmowy przez telefon, tak by nie zakłócać spokoju innym. – Gdy kończył mówić, winda otworzyła się i wyszły z niej Debbie i Jen, dźwigając kolejne pudła. Po licznych zachwytach na widok panoramy za oknem postawiły je na podłodze.

–                    To już wszystko. Teraz możemy się tu zadomowić. Choć nie powiem, żeby mój dom wyglądał podobnie – oznajmiła wesoło Debbie. – Gdzie jest czajnik?

Widząc przerażenie malujące się w oczach Doukakisa, Polly uświadomiła sobie, że jeśli ma uratować swój zespół, musi go trzymać jak najdalej od szefa.

–                    Nie miałam możliwości, by przesłać przygotowaną prezentację, toteż skopiowałam plik na pendrive’a. Możesz go przejrzeć w swoim komputerze. Debs, czy dopilnujesz tu wszystkiego?

–                    Jasne. Muszę tylko sprawdzić, które rośliny są światłolubne, bo wszędzie jest mnóstwo światła. – Zrzuciła buty i zabrała się do roboty. – Tutaj jest jak w bajce.

Ci ludzie stracili instynkt samozachowawczy, pomyślała Polly. Za długo pracowali u mojego ojca.

–                    Może moglibyśmy porozmawiać w twoim gabi-necie? – spytała, gorączkowo usiłując odwrócić uwagę Doukakisa. – Na tym piętrze będzie straszne zamieszanie.

–                    To chyba twoje środowisko naturalne? Czy to są... – zareagował z opóźnieniem, gdy Debbie sięgnęła do kolejnego pudła i razem z Jen wyciągnęły duże wiadro – ...ryby?

O Boże...

–          Mieliśmy cztery godziny na spakowanie biura – bąknęła niepewnie. – Nie było ich gdzie umieścić. Ale zaraz ustawimy akwarium i nikt nic nie zauważy.

–          Akwarium?

 

–          Mieliśmy tu przenieść całe nasze biuro. Te ryby są jego integralną częścią.

–          Trzymacie ryby?

–          Nikomu nie przeszkadzają i nie trzeba im płacić.

Motywują do pracy, nie podnosząc kosztów.

Nieśmiała próba rozładowania sytuacji nie przyniosła efektu. Damon Doukakis nie uśmiechał się. Gdy obrócił się w stronę Polly, wokół zapadła cisza. Karnawałowa atmosfera gwałtownie prysła.

–          Proszę do mnie – warknął. – Natychmiast.

 

JULIA JAMES

ZARĘCZYNY W PARYŻU

To Imogen namówiła ją do malowania portretów. Chcąc okazać swą wdzięczność, Aleksa sportretowała całą jej rodzinę, a prace tak bardzo spodobały się Imogen, że uznała, że to właśnie powinna robić. Po czterech latach mogła przyznać jej rację. Miała dużo zamówień i zarabiała na tym całkiem przyzwoite pieniądze. Tajemnica jej sukcesu tkwiła w tym, że potrafiła wydobyć ze swych modeli to, co najlepsze, nie tracąc przy tym wiarygodności. Zważywszy na to, że nie była tania, jej modelami byli zazwyczaj ludzie w średnim i starszym wieku. Wszyscy coś sobą reprezentowali, gdyż w przeciwnym wypadku nie zaszliby tak wysoko w społecznej hierarchii. Dlatego też gdy usłyszała, że kolejnym klientem ma być Guy de Rochemont, nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Sądząc z opisu Imogen, był to kolejny playboy, który odziedziczył fortunę i spędzał życie, pomnażając ją i korzystając z dobrodziejstw posiadania takiego majątku. Zapewne jest zepsuty, zarozumiały i skoncentrowany na sobie. I co z tego, że ma reputację pogromcy niewieścich serc? Bogaty, zarozumiały i seksowny. Gorzej być nie mogło. Utwierdziła się w tym przekonaniu, kiedy kilka dni później ich spotkanie zostało odwołane tuż przed wyznaczoną godziną. Jego asystentka jasno dała Aleksie do zrozumienia, że jest jedną z wielu osób, które oczekują na audiencję u jego wysokości.

Aleksa z trudem opanowała złość. Kiedy Imogen zadzwoniła do niej dwie godziny później, dała jej upust.

–                    No i jak było? Rzeczywiście jest taki wspaniały, jak mówią?

–                    Nie mam pojęcia. Nie raczył się pojawić.

–                    Och, kochanie, on jest okropnie zajęty. Ciągle w drodze albo na jakichś spotkaniach. A jego asystentka to krowa. Ustaliła nowy termin?

–                    Nie i nie mam zamiaru się tym przejmować.

–                    Gdybyś wiedziała, jak ciężko pracowałam, żebyś się znalazła tu, gdzie jesteś! Zadzwonię do tej jędzy i umówię kolejny termin.

–                    Bingo! – oznajmiła radosnym tonem dwie minuty później. – Jutro je kolację w Le Mirreille i będzie cię oczekiwał przy barze za piętnaście ósma. Och, to prawie jak randka! Zastanawiam się, czy ulegnie twojemu urokowi angielskiej róży? Przygotuj się, żebyś wyglądała naprawdę wystrzałowo!

Całe szczęście, że Aleksa nie posłuchała rady Imogen. Gdy tylko znalazła się w restauracji, pogratulowała sobie w duchu, że ubrała się elegancko, ale skromnie.

Większość kobiet miała na sobie sukienki w stylu „Spójrz na mnie!’’. Jej szara prosta spódnica i jedwabna bluzka, odpowiednio dobrane buty na niskim obcasie i torebka wyróżniały ją z kolorowego tłumu.

Podała hostessie stojącej przy wejściu swoje nazwisko i nazwisko osoby, z którą była umówiona. Słysząc, o kogo chodzi, kobieta uniosła brwi i obrzuciła Aleksę pełnym sceptycyzmu spojrzeniem. Bez słowa zaprowadziła ją do mniejszej sali, do której tylko nieliczni mieli wstęp.

–                    Jesteśmy umówieni w interesach – oznajmiła, żałując wypowiedzianych słów, jeszcze kiedy nie wybrzmiały do końca. Co ją obchodzi, co sobie pomyślała ta dziewczyna?

Zaprowadziła Aleksę do baru, który wcale jej się nie spodobał. Miejsca, w którym pojawiali się ludzie lubiący się pokazać w odpowiednim towarzystwie. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu mężczyzny, o którym Imogen wyrażała się w takich superlatywach. Przy barze siedziało wielu mężczyzn, którzy mogliby odpowiadać jej opisowi. Który z nich był Guyem de Rochemont?

–                    Monsieur  de Rochemont?

Hostessa pochyliła się nad siedzącym tyłem do niej mężczyzną i zaczęła do niego coś mówić po francusku. Kiwnął głową i dziewczyna oddaliła się. Aleksa podeszła do wolnego stołka i usiadła na nim, nie czekając na zaproszenie.

–                    Dobry wieczór – odezwała się cicho i uniosła wzrok na siedzącego naprzeciw niej mężczyznę.

Wrażenie było porażające. Dobrze, że siedziała, bo w przeciwnym razie bez wątpienia nie zdołałaby utrzymać się na nogach. Imogen miała rację. Guy de Rochemont był... Starała się znaleźć jakieś słowa, którymi mogłaby go opisać, ale żadne nie przychodziły jej do głowy. Wrażenie wzrokowe to jedno, ale patrząc na niego, odczuwała głęboki ucisk gdzieś wewnątrz ciała.

Jak to możliwe, żeby kombinacja cech, które miał każdy: nos, oczy, usta, mogły być tak bardzo... Wpiła się w niego wzrokiem, chłonąc jego obraz, napawając się nim, jakby ktoś rzucił na nią nagle jakiś czar.

Guy uniósł się lekko, żeby ją przywitać, ale kiedy usiadła, opadł z powrotem na swój fotel. Założył nogę na nogę i patrzył na nią zupełnie nieskrępowany, najwyraźniej doskonale się czując w swojej własnej skórze. Jej oczy nieco się zwęziły, a mózg przetwarzał to, co widziały. Nigdy przedtem nie czuła czegoś podobnego przy pierwszym spotkaniu z modelem.

Tym razem było inaczej. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale nie chciała tego analizować. Pomyśli o tym później. Teraz chciała tylko patrzeć na tę niezwykłą twarz, na te doskonale ukształtowane rysy, od których nie mogła oderwać wzroku. Dopiero po dłuższej chwili zdała sobie sprawę z tego, co robi. Gapi się na siedzącego naprzeciw niej mężczyznę, który łaskawie pozwala jej to robić. Wyprostowała się, próbując odzyskać nad sobą panowanie. Przychodziło jej to z wielkim trudem. Chciała jedynie patrzeć na niego, analizować każdy szczegół jego fizjonomii.

Jakiego koloru ma oczy? Zdała sobie sprawę, że nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedzieć czemu, ta świadomość sprawiła, że wpadła w panikę. To jakiś absurd! Nie może zachowywać się jak jakaś nawiedzona nastolatka. Musi się wziąć w garść.

–                    Jak rozumiem, rozważa pan możliwość zamówienia u mnie portretu? – spytała najspokojniejszym tonem, na jaki było ją stać.

Guy de Rochemont milczał. Dopiero po chwili na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.

–                    Tak. Chciałem go podarować matce. Zdaje mi się, że taki prezent sprawiłby jej wielką radość. 

Miał delikatny akcent, który sprawiał, że z Aleksą zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Odepchnęła na bok myśli, które pojawiły się w jej głowie, i uśmiechnęła się grzecznie.

–                    Zawsze ostrzegam moich klientów, którzy zaczynają ze mną współpracę, że muszą mi poświęcić sporo czasu. Rozumiem, że często będzie pan rozmawiał przez telefon, ale...

Uniósł rękę. Była szczupła, zakończona długimi palcami, zadbana.

–                    Czego się pani napije, panno Harcourt?

Aleksa przerwała zaskoczona i potrząsnęła głową.

–                    Dziękuję, ale obawiam się, że nie mam czasu na drinka.

Guy de Rochemont uniósł brew, co nadało jego twarzy zupełnie inny wyraz. Patrzył na nią pytająco, z lekkim rozbawieniem.

–                    Dommage – usłyszała, jak powiedział cicho. Jego oczy spoczęły na jej twarzy.

Zielone. Ma zielone oczy. Zielone jak morze albo drzewa w lesie. Głębokie jak staw...

Znów to robi. Znów zaczyna się na niego gapić.

–                    Termin wykonania portretu będzie zależał od tego, jak często i na jak długo będziemy się spotykać. Rozumiem, że może to być dla pana kłopotliwe, ale...

Guy de Rochemont znów przerwał jej bez pardonu.

–                    Niech mi pani powie, dlaczego pani zdaniem powinienem zatrudnić do tego zadania właśnie panią?

W jego oczach pojawiło się pytanie i coś jeszcze, co wcale jej się nie spodobało. Do tej pory to ona była obserwatorem, a on podmiotem rozmowy. Teraz nagle role się odwróciły. Zupełnie jakby ktoś usunął z jej oczu zasłonę. Dwa szmaragdy. Guy de Rochemont patrzył jej prosto w oczy, pozbawiając ją tym spojrzeniem tchu.

Boże, on naprawdę jest...

Nie była w stanie go sklasyfikować. Siedziała nieruchomo, pozwalając mu na siebie patrzeć. Pozwalając mu się oceniać. Ponieważ Guy de Rochemont robił w tej chwili dokładnie to: oceniał ją.

Jej było wolno, ona miała go namalować. Ale on nie miał prawa tak na nią patrzeć. Co z tego, że wyglądał jak aktor filmowy i miał fortunę? To nie dawało mu prawa, żeby tak na nią patrzeć. Zacisnęła usta, a w jej oczach zapaliły się niebezpieczne błyski. Nie pokaże mu, że ją zirytował. Nie pokaże, że zrobił na niej tak ogromne wrażenie. Zgadza się, ma niezwykłą twarz, a ona ma ją namalować. To wszystko.

– To nie jest pytanie do mnie, monsieur de Rochemont. Wybór portrecisty jest pana indywidualną sprawą. Jeśli pan sobie życzy, mogę to być ja. Zobaczę, na ile mój plan tygodnia pokrywa się z pańskim.

Bardzo była z siebie zadowolona. Powiedziała to spokojnym, rzeczowym głosem, nie bacząc na to, jak wielkie wrażenie na niej zrobił. Nie miała się czego obawiać. W najgorszym wypadku będzie się spotykał ze zwyczajnie ubraną kobietą, która nie będzie podejmować żadnych starań, żeby mu się przypodobać. Jasno da mu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana nim jako mężczyzną, niezależnie od tego, że jest uosobieniem marzeń wielu kobiet.

Zastanawiała się, czy obrazi się za sposób, w jaki odpowiedziała na jego pytanie. Nie potrzebowała kolejnego zamówienia, a jeśli pan de Rochemont zleci jej wykonanie tej pracy, nie będzie mu schlebiać. Nie miała zamiaru błagać go o to, aby ją wynajął, ani w jakikolwiek inny sposób zabiegać o jego względy. Oferowała mu swój czas i umiejętności. Jeśli jest zainteresowany – proszę bardzo, chętnie nawiąże z nim współpracę.

Spojrzała mu prosto w oczy, czekając na odpowiedź. Zdała sobie sprawę z tego, że zupełnie nie jest w stanie zgadnąć, co on odczuwa. Było to dość nietypowe, ponieważ mając do czynienia w pracy z tak wieloma ludźmi o różnych usposobieniach, nauczyła się odgadywać ich nastroje i myśli. W przypadku tych, którzy mieli władzę i pieniądze, nie było to wcale łatwe, gdyż oni bardziej niż inni potrafili ukrywać przed światem swoje poglądy. Uchwycenie ich siły i przekazanie w portrecie było tajemnicą jej sukcesów.

Jednak Guy de Rochemont był inny. Może była to kwestia tego, że był tak niesamowicie przystojny. Kobieta, na którą patrzył, spodziewała się zobaczyć w jego twarzy choćby cień zainteresowania. On jednak potrafił doskonale ukryć swoje uczucia. Pokazywał jedynie tyle, ile chciał.

Odezwał się niespodziewanie i tym razem jego twarz zdradzała bardzo wiele. Był rozbawiony. Dostrzegła to po sposobie, w jaki uniósł brwi i zmrużył oczy. Ale oprócz rozbawienia dostrzegła coś jeszcze. Zdumienie. Wiedziała dlaczego. Nie przywykł, aby odpowiadano mu w ten sposób. Zwłaszcza kobiety.

Sprawiło jej to satysfakcję, która jednak po chwili przerodziła się w złość. Dlaczego ją obchodzi, czy ten mężczyzna jest nawykły do takich odpowiedzi, czy nie?

–                    Niespecjalnie mnie pani zachęca, panno Harcourt.

–                    Po co miałabym to robić? Albo się panu podoba moja praca, albo nie. To proste.

–                    Rzeczywiście. – Ujął szczupłą dłonią kieliszek martini i upił łyk, zanim odstawił go z powrotem na stół. Patrzył na nią przez chwilę, po czym, jakby nagle podjął decyzję, wstał od stołu.

Aleksa również się podniosła. Trudno. Nie będzie żadnej umowy. Cóż z tego? Imogen będzie wściekła, ale ona była nawet zadowolona z takiego obrotu sprawy. Tak było znacznie prościej.

Tylko dlaczego oprócz ulgi poczuła coś zupełnie innego? Coś, czego zupełnie nie spodziewała się poczuć? Żal...

Nie bądź niemądra, zganiła się w duchu. To tylko zlecenie.

–                    Cóż, panno Harcourt, wydaje mi się, że osiągnęliśmy porozumienie, nieprawdaż?

Wyciągnął w jej stronę rękę. Ujęła ją na chwilę i czym prędzej puściła.

–                    Na to wygląda – oznajmiła, sięgając po torebkę.

–                    Moja asystentka skontaktuje się z panią i umówi na pierwsze spotkanie. – Przerwał na chwilę. – Rozumiem, że to pani odpowiada?

Czy to możliwe, że w jego głosie znów usłyszała nutkę rozbawienia?

–                    Naturalnie – odparła spokojnie.

–                    Doskonale – powiedział jej klient, po czym spojrzał ponad głową Aleksy, a wyraz jego twarzy gwałtownie się zmienił.

–                    Guy! Kochanie!

Mocno wyperfumowana brunetka podeszła do nich, całkowicie ignorując Aleksę. Ujęła Guya de Rochemont pod ramię, uśmiechając się do niego promiennie. Aleksa przypomniała sobie jej twarz z telewizji. Carla Crespi – włoska aktorka, która grywała głównie role namiętnych kobiet. Aleksa nigdy nie oglądała żadnego jej filmu, ale coś o niej słyszała.

Odwróciła się, żeby odejść. Nie zdziwiło jej, że mężczyzna taki jak Guy de Rochemont spotykał się z kobietą pokroju Carli Crespi. Jej zainteresowanie z całą pewnością mu pochlebiało.

Usłyszała za plecami perlisty śmiech kobiety, a potem gwałtowny potok włoskich słów wypowiedzianych, nieco zbyt głośno. Nie oglądając się za siebie, ruszyła do wyjścia. Czuła się dziwnie zdekoncentrowana i wcale jej się to nie podobało. Zapewne poczułaby się jeszcze bardziej zmieszana, gdyby wiedziała, że Guy de Rochemont zignorował Carlę i patrzył za jej znikającą w drzwiach postacią.

Miał lekko zmrużone oczy, w których czaił się błysk rozbawienia.

Imogen była wniebowzięta. Wynegocjowała dla niej honorarium znacznie wyższe od tego, którego zażądała sama Aleksa.

–                    Mówiłam ci, że po tym zleceniu będziesz ustawiona. Będziesz mogła sama dyktować warunki. To kwestia mody i doskonale o tym wiesz.

–                    Dziękuję – odparła chłodno. – A ja sądziłam, że chodzi o mój talent.

–                    Tak, tak, tak. Ale sama wiesz, ilu jest głodujących utalentowanych artystów, którzy nie mogą sprzedać swoich prac. Nie zapominaj, że sztuka to biznes. Trzymaj się mnie, a któregoś dnia będziesz warta miliony! A ja przy okazji też.

W odpowiedzi jedynie pokręciła głową. Nie chciała o tym rozmawiać, podobnie jak nie chciała opowiadać Imogen o swoim najnowszym kliencie.

–                    Tak, miałaś rację. Jest niesamowicie przystojny i bogaty jak Krezus. I co z tego? Ja mam go tylko namalować. Spotkamy się kilka razy, namaluję portret, odbiorę wynagrodzenie i nasze drogi się rozejdą. Moje dzieło zawiśnie w buduarze jego matki albo w jakimś przestronnym holu. Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Nigdy więcej go nie zobaczę.

–                    Mmm – mruknęła Imogen, przewracając znacząco oczami. – Wszystkie te sam na sam z nim... Wszystkie te spędzone w zamkniętym pomieszczeniu chwile...

–                    Nie zapominaj, że będę wtedy w pracy.

–                    Och, daj spokój, Aleksa. Nie mów mi, że będziesz się zażarcie bronić, jeśli zacznie się do ciebie zalecać. Nie wierzę. – Spojrzała na przyjaciółkę krytycznym okiem. – Choć jeśli będziesz się tak ubierać jak teraz, na pewno do tego nie dojdzie!

I bardzo dobrze, pomyślała Aleksa. Ma namalować portret Guya de Rochemont i nic ponadto. Nic, a jakże dużo. Perspektywa pracy z nim bardzo ją niepokoiła. Do tej pory jej głównym problemem było tak namalować portret modela, żeby nie uświadomić mu jego fizycznych ograniczeń. Guy był znacznie twardszym orzechem do zgryzienia. Czy uda jej się oddać prawdziwą wartość tego człowieka? Czy zdoła wyrazić swoim portretem całą jego siłę? Wątpliwości ogarnęły ją już na samym początku. Tak jak przewidywała, na pierwszym spotkaniu nie pojawił się wcale, a na drugie spóźnił się półtorej godziny. Podczas pozowania odebrał kilkanaście telefonów, ale udało jej się zrobić kilka wstępnych szkiców.

– Mogę zobaczyć? – spytał na koniec. Bez słowa podała mu szkicownik, przyglądając się, jak zareaguje, oglądając efekty jej pracy.

Ołówek i węgiel były odpowiednie do szkicowania jego twarzy. Ułatwiały wydobycie istoty jego osobowości. Gdyby namalowała go farbami, nikt nie uwierzyłby, że ktoś może wyglądać tak oszałamiająco. Uznano by, że mu schlebia.

Wiedziała jednak, że nie jest to możliwe. Ten mężczyzna wywarł na niej ogromne wrażenie, które wcale nie zmalało, gdy widziała go po raz kolejny. Odkąd przestąpił próg jej studia, nie mogła oderwać od niego wzroku. Dosłownie chłonęła każdy szczegół jego fizjonomii, jakby się nie mogła nasycić jego widokiem.

Kiedy zadzwonił telefon, przeprosił i zaczął rozmawiać z kimś po francusku. Mówił tak szybko, że nie mogła zrozumieć, o czym mówi. Mimowolnie sięgnęła po ołówek i szkicownik.

Teraz patrzyła, jak przygląda się efektom jej pracy. Zdecydowanie posiadał dar ukrywania przed rozmówcą swoich myśli. Nie miała pojęcia, czy to, co narysowała, spodobało mu się, czy nie. Jeśli nie, mógł ją zwolnić. Zupełnie jej to nie obchodziło.

Nigdy wcześniej nie miała takiego klienta jak Guy de Rochemont. Ich kolejne spotkania były przerywane równie często jak pierwsze. Ku swemu zdziwieniu przekonała się, że zaczęło jej to przeszkadzać. I bardzo ją to zaniepokoiło.

 

KATE HEWITT

SPOTKANIE W PARYŻU

 

Ammar Tannous rozglądał się po zatłoczonej sali balowej paryskiego hotelu z zaciśniętymi ustami i chłodną, obojętną twarzą. Gdzieś pośród tego tłumu czekała jego żona – choć „czekała” nie było właściwie odpowiednim słowem. Noelle nie miała pojęcia, że on tu jest, może nawet nie wiedziała, że jeszcze żyje.

Mrużąc oczy, przepychał się przez tłum. Na jego widok rozmowy milkły i zalegało zdziwione milczenie. Wiedział, że przed dwoma miesiącami, po katastrofie helikoptera, gazety pisały o jego cudownym ocaleniu, ale te relacje nie były opatrzone krzykliwymi nagłówkami. Ammar nigdy nie był postacią z pierwszych stron gazet, nie starał się robić szumu wokół swojej osoby. Praca dla Tannous Enterprises wymagała, by trzymał się w cieniu. Mimo wszystko niektórzy go rozpoznawali.

–          Pan Tannous. – Szczupły, nerwowy mężczyzna, który stanął przed nim, wydawał się bezgranicznie przerażony. Ammar próbował sobie przypomnieć jego nazwisko, ale na co dzień miał do czynienia z tyloma ludźmi, że nie był w stanie pamiętać każdej wystraszonej istoty, która miała nieszczęście dostać się pod karzącą pięść Tannous Enterprises. – Chciałbym się umówić na spotkanie z panem – wyjąkał mężczyzna z przepraszającym gestem. – Słyszałem o tym, co się stało, i…

Wiadomość o tym, że przeżył katastrofę, dla większości ludzi nie była dobrą nowiną. Teraz Ammar przypomniał sobie tego człowieka, choć wciąż nie pamiętał jego nazwiska. Był to właściciel niedużej szwalni pod Paryżem. Ojciec Ammara miał w niej udziały i tuż przed śmiercią wystąpił o zwrot pożyczki, pragnąc doprowadzić szwalnię do bankructwa i zlikwidować konkurencję dla własnych interesów.

–          Nie w tej sprawie tu przyszedłem – odrzekł Ammar szorstko. – Jeśli chce się pan ze mną spotkać, proszę zadzwonić do biura.

–          Tak. Oczywiście.

Ammar poszedł dalej. Mógł zapewnić tego człowieka, że nie będzie się domagał zwrotu długu, ale słowa nie chciały mu przejść przez gardło. W tej chwili interesowała go tylko Noelle. To jej twarz, wspomnienie o niej pozwoliło mu przetrwać, gdy umierał z głodu i pragnienia. Ranny i w gorączce, tęsknił za nią. Nie widział jej od dziesięciu lat. Odesłał ją w kilka miesięcy po ślubie, ale teraz zamierzał ją odnaleźć i przypomnieć, że jest jego żoną.

Szedł przez tłum z coraz bardziej zaciętym wyrazem twarzy.

–          Ktoś cię szuka.

Noelle Ducasse odwróciła się na głos swojej przyjaciółki Amelie.

–          Czy powinnam się bać?

–          Możliwe. – Amelie sięgnęła po kieliszek szampana, unosząc z zaciekawieniem elegancko wydepilowane brwi. – Metr dziewięćdziesiąt, głowa ogolona prawie na zero i okropna blizna na twarzy. Wygląda całkiem seksownie, ale też groźnie. Czy ten opis z czymś ci się kojarzy?

Noelle spojrzała na nią rozbawiona.

–          Prawdę mówiąc, nie. Brzmi to jak opis skazańca.

–          Możliwe, ale frak ma pierwsza klasa.

–          Ciekawe – mruknęła, choć w gruncie rzeczy nie była szczególnie zaciekawiona. W paryskim towarzystwie można było się natknąć na rozmaite barwne postacie. Odstawiła na wpół opróżniony kieliszek z szampanem na tacę krążącego po sali kelnera i dodała: – Nogi mnie bolą. Chyba już pójdę do domu.

–          Mówiłam, że nie wytrzymasz długo na tych obcasach – stwierdziła Amelie z satysfakcją, bowiem to ona sama miała ochotę założyć piętnastocentymetrowe srebrne szpilki, po raz pierwszy zaprezentowane na wybiegu w marcu, podczas paryskiego tygodnia mody. Arche, drogi dom towarowy, w którym obydwie pracowały, miał wyłączność na ich sprzedaż tej jesieni.

Noelle filozoficznie wzruszyła ramionami.

–          To tylko część pracy.

Firma wymagała, by menedżerowie sprzedaży pokazywali się w paryskim towarzystwie w sprzedawanych przez nią ubraniach i by starali się wyglądać jak najlepiej. Po pięciu latach Noelle miała już dość udawania dwudziestolatki, ale wiedziała, że musi dotrzymać zobowiązań. Za kilka miesięcy miała awansować na starszego menedżera i z działu z akcesoriami i butami przejść do działu z ubraniami dla dojrzałych kobiet.

Amelie wydęła usta.

–          Nie możesz jeszcze wyjść. Jest dopiero jedenasta.

–          Jutro rano muszę być w pracy. Zresztą ty też.

–          A co z twoim groźnym wielbicielem?

–          Będzie mnie musiał wielbić z daleka. – Ogolona głowa i blizna? Ten opis nie pasował do tłumu celebrytów. Mimo wszystko Noelle miała teraz ochotę tylko na łóżko i coś gorącego do picia. No, może jeszcze na dobrą książkę. Ten straszny wielbiciel będzie się musiał jakoś pogodzić z rozczarowaniem.

Pomachała ręką Amelie, która ruszyła w stronę kolejnej grupki gości, i stojąc pośrodku ruchliwego tłumu, naraz poczuła się bardzo samotna. Starała się nie dopuszczać do siebie tego uczucia od dziesięciu lat, odkąd odeszła od męża i zbudowała swoje życie na nowo. Lubiła Amelie i inne przyjaciółki, ale nie były to pokrewne jej dusze. Już dawno zrezygnowała z poszukiwania bratnich dusz. Westchnęła, tłumiąc żal. Chciała po prostu wrócić do domu i wreszcie zrzucić z nóg te okropne buty.

Przepychanie się przez tłum zajęło jej cały kwadrans. Dotarła w końcu do pustego holu i naraz usłyszała za plecami głos:

–          Prawie cię nie poznałem.

Zastygła. Dobrze wiedziała, czyj to głos, choć nie słyszała go od dziesięciu lat. Odwróciła się powoli i stanęła naprzeciw byłego męża. W pierwszej chwili poczuła się wstrząśnięta. Włosy miał ostrzyżone bardzo krótko, prawie jak rekrut. Długa, czerwona blizna biegła od linii włosów aż do szczęki, rozdzielając na pół prawy policzek. Zatem to był ten groźny wielbiciel, o którym wspominała Amelie. Ammar. Nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy, że będzie jej szukał.

–          Ciebie też trudno poznać – odrzekła chłodno, choć na sam jego widok ugięły się pod nią kolana. Wydawał się wyższy i potężniejszy niż kiedyś, choć musiała to być iluzja. Usta miał mocno zaciśnięte, a oczy przymrużone. Wyglądał zupełnie inaczej niż mężczyzna, w którym się kiedyś zakochała.

–          Czego chcesz?

–          Ciebie.

Serce zabiło jej mocno. Kiedyś już zapytała go, czego chce i czy chce jej, ale wówczas głośno i dobitnie odpowiedział, że nie. Nawet teraz, dziesięć lat później, płonęła z upokorzenia na to wspomnienie.

–          Muszę z tobą porozmawiać, Noelle.

–          To ciekawe. Nie rozmawialiśmy od dziesięciu lat – odrzekła chłodno. – Nie mamy sobie nic do powiedzenia.

On jednak wciąż patrzył na nią z napięciem.

–          Ja mam ci coś do powiedzenia.

Poczuła ciężar w piersi i oczy zaczęły ją piec. Kiedyś, dawno temu, bardzo go kochała. Teraz nie mogła o tym myśleć spokojnie i nie miała ochoty słuchać tego, co chciał jej powiedzieć.

Podszedł bliżej. Był potężnie zbudowany i umięśniony, ale zauważyła, że znacznie stracił na wadze.

–          Słyszałaś chyba o moim wypadku?

–          Tak, ojciec mi powiedział. O twoim cudownym ocaleniu też.

–          Nie wydajesz się szczególnie zadowolona z tego, że przeżyłem.

–          Przeciwnie, Ammar. Ucieszyło mnie to. Bez względu na to, co wydarzyło się między nami, nigdy nie życzyłam ci źle. Przykro mi z powodu twojej straty – dodała sztywno. – Mam na myśli śmierć ojca.

Ammar tylko wzruszył ramionami. Wciąż nie mogła zrozumieć, skąd się tu wziął. Znała tylko podstawowe fakty. Przed dwoma miesiącami ojciec zadzwonił do niej z wiadomością, że Ammar i jego ojciec zginęli w katastrofie helikoptera. Nie chciał, żeby dowiedziała się o tym z mediów. Noelle była mu za to wdzięczna, ale nie miała pojęcia, jak zareagować. Czy powinna czuć smutek? Gniew? Dziesięć lat już minęło od anulowania ich małżeństwa, ale cierpienie po rozpadzie związku prześladowało ją przez cały czas. Była jak odrętwiała. Dopiero po kilku tygodniach, gdy kłąb emocji nieco się rozluźnił, przekonała się, że czuje przede wszystkim żal po utracie tego, co kiedyś mogło między nimi zaistnieć – szczęścia, które skradziono jej tak okrutnie.

A potem ojciec znów zadzwonił i powiedział, że Ammar żyje. Jacyś rybacy znaleźli go na odludnej wysepce. Wrócił i przejął firmę ojca, Tannous Enterprises. Żal, z którym Noelle zaczynała już sobie radzić, natychmiast zmienił się w gniew. Cholerny Ammar! Przed laty złamał jej serce, odrzucił ją, a teraz wrócił i znów poruszył bolesne emocje.

Popatrzyła na niego twardo.

–                    Mówiłam już, że nie mamy sobie nic do powiedzenia.

Próbowała go wyminąć, ale chwycił ją za rękę.

–                    Zaczekaj. Chcę tylko porozmawiać.

–                    To mów. Masz trzydzieści sekund, bo potem zrobię scenę. – Spojrzała wymownie na brązowe palce otaczające jej przegub. – I nie chciałabym, żeby zostały mi siniaki.

Gwałtownie puścił jej rękę.

–                    To zajmie więcej niż trzydzieści sekund – powiedział szorstko. – I nie mam zamiaru prowadzić tej rozmowy w holu hotelowym.

–                    A ja nie mam zamiaru nigdzie z tobą iść.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, z głową przechyloną na bok.

–                    Jesteś zła – stwierdził w końcu.

Zaśmiała się bez humoru. Gdy widzieli się po raz ostatni, klęczała na łóżku w jego pokoju hotelowym w samej tylko koronkowej bieliźnie, powstrzymując szloch, a on zimnym głosem kazał jej wyjść. Ale to była przeszłość. Powinna go teraz potraktować obojętnie, może nawet z odrobiną życzliwości, niczym przypadkowego znajomego, i w żaden sposób nie pokazać, do jakiego stopnia wciąż potrafi poruszyć jej uczucia.

–                    Nie jestem zła – skłamała. – Ale nie widzę sensu tej rozmowy.

–                    I zupełnie cię nie interesuje, co chciałbym powiedzieć?

Dopiero teraz spojrzała na niego uważniej. Na twarzy miał grymas goryczy. Wydawał się jakiś inny i nie chodziło tylko o bliznę i ogoloną głowę. To było coś w pochyleniu ramion, w cieniach pod bursztynowymi oczami. Wyglądał jak człowiek, który musiał znieść zbyt wiele i jest bliski załamania.

Przez krótką chwilę miała ochotę go pocieszyć, sprawić, by się uśmiechnął, wysłuchać i zrozumieć. Ale Ammar Tannous kiedyś już wykorzystał jej zainteresowanie i współczucie. Zakochała się w nim, a on złamał jej serce i zrujnował życie. Potrzebowała potem wielu lat, by odbudować swoje życie i stworzyć nową siebie. Nie była pewna, czy podoba jej się to nowe wcielenie, ale w każdym razie należało tylko do niej. Była silna, zdeterminowana, nikogo nie potrzebowała i wiedziała, że kilkuminutowa rozmowa nie jest w stanie tego zmienić.

–                    Idź do diabła, Ammar – rzuciła, po czym wyminęła go i odeszła w mrok.

Ammar patrzył ze złością na wyprostowane, sztywne plecy oddalającej się Noelle. Jak mogła tak od niego odejść? Nie poświęciła mu nawet dwóch minut, chociaż chciał tylko porozmawiać. Ale co właściwie chciał jej powiedzieć? Nigdy nie radził sobie dobrze ze słowami i nie znosił mówić o emocjach. Jednak od czasu wypadku czuł, że znów jej potrzebuje. Nie przestawał o niej myśleć od chwili, gdy odzyskał świadomość, osamotniony i ranny na skrawku pustej plaży. Przypominał sobie jej uśmiech, przechylenie głowy, gdy go słuchała, śnił o niej, walcząc z gorączką, wyobrażał sobie jej dłonie w swoich włosach i ciało przyciśnięte do swojego ciała. To było oczywiste delirium, bo nigdy nie kochali się fizycznie i nie zanosiło się na to, by miało się tak stać w przyszłości.

Zaklął na głos, uświadamiając sobie, że zabrał się do tego od zupełnie nieodpowiedniej strony. Nie powinien jej osaczać i stawiać żądań, ale co innego mógł zrobić?

Był człowiekiem czynu, przywykłym do wydawania poleceń. Nie miał zwyczaju owijać niczego w bawełnę i rzadko używał słowa „proszę”. A Noelle była kiedyś jego żoną. Chyba coś to jeszcze dla niej znaczyło? Przez krótką chwilę, ułamek sekundy, patrzyła na niego tak jak kiedyś: w jej piwnych oczach błysnęły emocje, twarz rozjaśniła się uśmiechem. Przez tę krótką chwilę poczuł błysk szczęścia, cień nadziei. Ale jak miał z nią rozmawiać? Co miał zrobić, żeby zechciała go wysłuchać?

„Bierz, co chcesz. Nigdy nie proś; proszą tylko słabi. Ty żądaj”. Szorstki głos ojca dobiegł go tak wyraźnie, jakby stał tuż obok niego. To były lekcje, których uczył się od dzieciństwa, słowa wyryte w sercu na zawsze.

Usłyszał pisk opon odjeżdżającej taksówki i podjął decyzję. Powie swojemu bratu Khalidowi, że chce odzyskać żonę i oczyścić imię Tannous Enterprises. Chciał wreszcie zrobić coś dobrego ze swoim życiem i pracą. Musiał odzyskać Noelle, firmę i własną duszę.

Zatrzymała taksówkę, wsunęła się do środka i dopiero teraz uświadomiła sobie, że drży. Z irytacją zrzuciła buty i podała kierowcy adres na Île Saint-Louis.

Ammar. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę go widziała i że chciał z nią rozmawiać. O czym? Lepiej było się nad tym nie zastanawiać. Przymknęła oczy i oparła głowę o siedzenie.

Po raz pierwszy spotkała go, gdy miała trzynaście lat. Była wtedy chuda i długonoga jak źrebak, ze szparą między górnymi jedynkami i pryszczem na brodzie. Przyjechał z ojcem w interesach do domu jej rodziców pod Lyonem. Był chudym, ponurym siedemnastolatkiem i starannie jej unikał, Noelle jednak postawiła sobie za cel wywołać na jego twarzy uśmiech. Potrzebowała do tego całych dwudziestu minut. Próbowała wszystkiego: opowiadała dowcipy, kpiła z niego, wystawiała język, a nawet próbowała z nim flirtować, ale on przez cały czas zachowywał kamienną twarz i w milczeniu patrzył na brudny Rodan na skraju starannie utrzymanego ogrodu.

Nadmiernie pobudzona Noelle w pewnej chwili straciła równowagę i upadła twarzą na ziemię. Podniosła się niezgrabnie, płonąc z upokorzenia, i zobaczyła przed sobą wyciągniętą do pomocy twardą dłoń. Przyjęła ją i gdy palce Ammara otoczyły jej palce, przeszył ją dziwny dreszcz. Podniosła wzrok na jego twarz i zobaczyła na niej cień uśmiechu, który zaraz zniknął.

–                    Czy nic ci się nie stało? – zapytał, starannie dobie-rając słowa.

–                    Nic – odrzekła sztywno. Wyrwała mu rękę i otrzepała się. Czuła się jak dziecko.

Ammar pochylił się i dotknął jej kolana.

–                    Krew ci leci.

To było nic nieznaczące zadrapanie. Po skórze spływało kilka kropel krwi. Niecierpliwie machnęła ręką.

–                    Nic mi nie jest – powtórzyła.

Jeszcze przez chwilę patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, a potem uśmiechnął się – naprawdę się uśmiechnął. Ten uśmiech zupełnie zmienił jego twarz i całą sylwetkę. Napięcie znikło z ciała, oczy rozświetliły się złotym blaskiem, błysnęły białe zęby. Trzynastoletnia Noelle uświadomiła sobie wyraźnie, że stoi przed nią starszy od niej i ogromnie przystojny chłopak. Odwróciła wzrok i znów się zarumieniła.

Zapadło niezręczne milczenie. Chwilę później ojciec Ammara wyszedł z domu i zawołał do syna coś po arabsku. Chłopak skinął głową i odszedł.

–                    Lubię, kiedy się uśmiechasz! – zawołała w ostatniej chwili.

Odwrócił się i ich spojrzenia się spotkały. Nieoczekiwanie Noelle pomyślała z wielką pewnością: kiedy będę starsza, zostanę jego żoną.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ