Dla młodzieży
Chłopak, który o mnie walczył
KUP TERAZ

Chłopak, który o mnie walczył

brak opinii
ISBN: 9788327629548
Premiera: 2017-06-14

Czasem musisz odejść…

Rozstanie z Jamiem było dla Ellie najtrudniejszą rzeczą, z jaką musiała się zmierzyć. Rozpoczęła nowe życie, w nowym miejscu, u boku nowego mężczyzny. Tragedia rodzinna zmusza ją jednak do powrotu do domu. Ellie jest przekonana, że wyleczyła
się z Jamiego – zapomniała o namiętności i złamanym sercu. Jednak gdy tylko się spotykają, ich miłość odnawia się ze zdwojoną siłą.

 

Czasem zostajesz i walczysz…

Jamie wie, co to ból. Doświadczył go, walcząc o życie w więzieniu. Ale nic nie może się równać z bólem, jaki czuł, gdy Ellie wyjechała. Gdy niespodziewanie wróciła, Jamie nie zamierza jej już nigdy stracić.

 

Ellie nadal kocha Jamiego, ale nie może się pogodzić z jego przeszłością. A on ma groźnych wrogów, którzy wykorzystają każdą okazję, żeby go dopaść.

Kirsty Moseley

Kirsty Moseley kocha czytać od najmłodszych lat. Swoje pisarskie umiejętności odkryła gdy przyłączyła się do internetowej społeczności pisarzy-amatorów. Jej samodzielnie wydana książka "The boy who sneeks in my bedroom window" zdobyła rzesze fanów i wysokie miejsce w rankingu Goodreads’ Choice Awards na najlepszą książkę dla młodzieży 2012 roku. Jej druga powieść "Always you" została wydana kilka miesięcy później.

Zdarzył się wypadek.

Wypadek…To słowo wciąż tłukło mi się w głowie, kiedy sięgałam po telefon. Wciągnęłam pospiesznie powietrze i poczułam bolesny ucisk w sercu. Z nerwów ścisnęło mnie w żołądku i momentalnie zaschło mi w ustach. Przyłożyłam słuchawkę do ucha, trzymając ją tak mocno, że pobielały mi kostki palców.

Proszę, oby to nie było nic poważnego! – błagałam w myślach.

Ale dobrze wiedziałam, że to na nic. Nie dzwoni się do ludzi o czwartej nad ranem tylko po to, by powiedzieć, że uderzyłeś się w palec u stopy albo złamałeś rękę. Stało się coś złego; po prostu to czułam.

Popatrzyłam na Toby’ego, licząc na pokrzepienie, lecz jego mina tylko wszystko pogorszyła. Na widok jego pełnego współczucia spojrzenia i zaciśniętych ust serce zaczęło mi walić w piersi. Chciałam się odezwać, ale głos uwiązł mi w gardle. Toby położył mi dłoń na kolanie, delikatnie je ściskając. Odchrząknęłam dziwnie i spróbowałam jeszcze raz.

– Halo? – wykrztusiłam niemal szeptem i usłyszałam łzawe pociągnięcie nosem.

– Ellie, kochanie. – Choć głos był chrapliwy i rozemocjonowany, natychmiast go rozpoznałam. Należał do matki mojego ojca, babci Betty.

– Babciu, co się stało? Wszystko w porządku? – Do oczu cisnęły mi się łzy.

– Nie… och, Ellie, nie wiem, jak to powiedzieć.

Przełknęłam ślinę, czując w gardle rosnącą gulę oraz ból w płucach od wstrzymywania oddechu. Szykowałam się na to, co miała do powiedzenia, moja wyobraźnia szalała. Zaczęłam panikować, zastanawiając się, co to za wypadek, kto jest ranny, jak bardzo jest źle.

– Babciu, proszę. Co się dzieje?! – błagałam z desperacją w głosie.

– Doszło do wypadku. Twoi rodzice…

Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza.

– Boże, nic im nie jest? – Wolną dłoń zacisnęłam w pięść i przyłożyłam do piersi, chcąc uspokoić walące serce. Czułam na sobie wzrok Toby’ego, który starał się rozgryźć, o co chodzi, i nadal trzymał mnie za kolano.

– Twoja mama doznała poważnych obrażeń. Ma pękniętą czaszkę i krwotok wewnętrzny, i jeszcze jakiś krwiak. Zabrali ją na operację, żeby naprawić, co się da.

Z moich ust wydarł się jęk. Ponownie przełknęłam ślinę, zamykając powieki.

            – Operację? – Słowo to z trudem przeszło mi przez gardło. – Ale wyjdzie z tego, prawda? – Zacisnęłam szczęki w oczekiwaniu na słowa otuchy, które uciszą szalejące we mnie emocje przybierające na sile w zatrważającym tempie. Ogarnęła mnie panika, a ręce zaczęły się trząść.

– Dowiemy się dopiero, gdy skończą. Robią wszystko, co w ich mocy, ale na razie bardzo z nią źle. – Odpowiedź babci nie przyniosła mi pociechy, na którą liczyłam.

            – Ja… ja... –  Mój mózg nie mógł za tym nadążyć. Serce ścisnęło mi się boleśnie. Mama była operowana; miała pękniętą czaszkę i walczyła o życie. Na tę myśl zadrżała mi warga. Oczy zapiekły od łez. Nie mogłam jej stracić. Po prostu nie mogłam. – Babciu, czy ona…? – Urwałam nagle, nie mogąc wydusić z siebie ostatniego słowa. Oznaczało koniec i nie mogłam tego znieść. Mój głos brzmiał tak obco; bełkotałam, ale jakimś cudem babcia wiedziała, o co chciałam zapytać.

– Nie wiem, skarbie. Naprawdę nie wiem. – Te słowa były dla mnie jak cios w brzuch. Brutalna prawda, bez osładzania.

Każda cząstka mojego ciała pragnęła być teraz w szpitalu i czekać, aż mama wybudzi się po operacji. Tata i siostra potrzebowali mnie; powinniśmy być tam razem i wspierać się nawzajem. Przez to, że nie było mnie przy nich, smutek wymieszał się z potwornym poczuciem winy.

– Jak się trzymają tata i Kels? – spytałam zachrypłym głosem.

– Kelsey ma się dobrze. Była wtedy ze mną. Rodzice podrzucili ją do mnie na weekend i gdy wracali do domu… – Zawiesiła głos i odchrząknęła, by pozbyć się chrypki, głośno pociągając nosem. – Jest teraz ze mną w szpitalu. Wyszłam tylko na chwilę, żeby do ciebie zadzwonić.

Pokiwałam głową, czując ogromną ulgę, że Kelsey nie było wtedy w aucie.

– Okej. A tata? Dlaczego sam do mnie nie zadzwonił?

W odpowiedzi usłyszałam głuche milczenie. Niepokojąca cisza przedłużała się niemiłosiernie, a mnie coraz bardziej skręcało w żołądku.

– Babciu?!

– Och, Ellie. Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale… Twój tata nie dał rady. – Jej głos załamał się, a moje serce pękło, roztrzaskując się na małe kawałeczki. – Nie żyje.

Nie żyje.

Gdy dowiedziałam się o mamie, sądziłam, że nic gorszego nie może mi się już przytrafić. Jak bardzo się myliłam.

Nie żyje.

Poczułam, jakby nóż szarpał moje wnętrzności. Panika ścisnęła mi płuca, z trudem łapałam powietrze. Mój ojciec, pierwszy mężczyzna, którego kochałam, podziwiałam i do którego porównywałam wszystkich facetów – nie żyje. Serce dudniło mi w uszach.

Tata. Nie żyje.

Z gardła wydarł mi się jęk. Cały świat rozmył mi się przed oczami w strugach łez spływających po policzkach. Uchyliłam usta, by coś powiedzieć. Tylko co? Mama walczyła o życie, a najcudowniejszy mężczyzna, który mnie wychował, dał mi wszystko, zachęcał do tego, bym była sobą, do którego biegłam po pomoc, moje oparcie we wszystkim… nie żyje. Żadne słowa nie były w stanie wyrazić tego, co czułam.

Przypomniałam sobie uśmiech taty, zuchwały błysk w jego brązowych oczach i to, jak mrugał do mnie porozumiewawczo, gdy zmawialiśmy się przeciwko mamie. Przypomniałam sobie, jak mnie przytulał, jak obejmował wielkimi ramionami, sprawiając, że czułam się maleńka. Naraz wróciły wszystkie dobre wspomnienia: święta Bożego Narodzenia, urodziny, naleśniki, jego koszmarne żarty, jego słabość do białej czekolady, jego śmiech…

To było dla mnie za trudne. Nie mogłam się z tym pogodzić.

– Ellie? Słońce, co się stało? – zapytał Toby, przysuwając się bliżej i lekko masując dłonią moją nogę. Jego słowa dobiegały jakby z oddali.

Potrząsnęłam głową, daremnie próbując rozproszyć mgłę, która zasnuła mój umysł.

Nie żyje.

            Emocje zaczęły mnie przerastać. Przegrywałam ze smutkiem, w którym coraz bardziej się pogrążałam.

Telefon wyślizgnął mi się z dłoni i upadł z łomotem na podłogę. Powiodłam za nim bezwiednie wzrokiem, nie rozumiejąc, co się dzieje. Wspomnienia, żal, poczucie winy, przerażenie, smutek – to wszystko wirowało mi w głowie, mącąc się i plącząc zupełnie bez sensu. Obraz rozmył się we łzach, które nadal spływały potokami po moich policzkach i szyi, mocząc kołnierzyk przy koszulce Toby’ego, którą miałam na sobie.

Toby ukląkł przede mną, przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił, a ja szlochałam, rozpaczając.

– Mój tata, on… – przycisnęłam twarz do jego policzka, jeszcze bardziej zanosząc się płaczem. – Mama jest operowana, a mnie przy niej nie ma. Nie ma mnie tam! – zawodziłam, tracąc nad sobą kontrolę.

– Tak mi przykro, naprawdę mi przykro – powtarzał szeptem Toby. Zmrużył oczy ze współczuciem i wykrzywił twarz w żalu, ubolewając wraz ze mną nad ludźmi, których nigdy nie spotkał.

– Muszę natychmiast jechać. Muszę tam być. Tyle jest do zrobienia. Muszę zarezerwować lot i spakować się, muszę… – Wstałam, ale nogi ugięły się pode mną. Toby objął mnie i podtrzymał. W jego oczach dostrzegłam troskę.

– Oddychaj, Ellie. Oddychaj głęboko i uspokój się. – Pochylił głowę i pocałował mnie w czoło. – Po prostu oddychaj.

Zamknęłam powieki i zatopiłam się w jego ramionach, pozwalając, by mnie tulił, aż się uspokoję.

 

Rozdział 4

 

JAMIE

 

Rude włosy rozwiały się wokół jej twarzy, kiedy spojrzała na mnie przez ramię. Gdy jej wyjątkowe, szare oczy napotkały moje spojrzenie, powietrze zastygło w napięciu. Jej usta wygięły się w figlarnym uśmieszku. Subtelne piegi tańczyły jej na policzkach, gdy cichutko chichotała, powoli się do mnie zbliżając.

– Młody. – Jej głos zabrzmiał mi w uszach niczym muzyka. – Młody? – powtórzyła, kładąc smukłą dłoń na moim ramieniu i delikatnie je ściskając.

Kiedy dotarło do mnie, co powiedziała, zadowolenie na mojej twarzy zastąpiła podejrzliwość. Nigdy się tak do mnie nie zwracała.

Ucisk na moim ramieniu stał się silniejszy, poczułem nawet lekkie szarpnięcie, które wyrwało mnie z zamroczenia, i nagle zrozumiałem, że tylko śniłem. Ona nie była prawdziwa. Mocno zaciskając oczy, próbowałem zatrzymać ten sen. Piękna iluzja powoli znikała i wreszcie umknęła, rozpływając się we mgle konsternacji. Dopiero teraz zacząłem odbierać dźwięki dobiegające z otoczenia: brzęk szkła, szelest zgniatanego papieru i miarowe dudnienie muzyki gdzieś w oddali.

            Strząsnąłem rękę, która mnie zbudziła. Otarłem policzkiem o coś twardego i poczułem ból głowy, który nasilał się z każdym, nawet najmniejszym ruchem.

            – O, żyje – stwierdził sarkastyczny głos zza moich pleców. Nie musiałem się oglądać, wiedziałem, że należał do Dodgera, jednego z moich najbliższych przyjaciół i mojej prawej ręki.

Powoli dźwignąłem głowę, mrugając piekącymi powiekami. Podniosłem rękę do policzka i zerwałem z niego samoprzylepną karteczkę, krzywiąc się przy każdym ruchu, bo wszystkie mięśnie miałem zesztywniałe.

– Chrzań się, Dodge – burknąłem.

Uderzył mnie silny odór alkoholu. Mój gabinet powoli nabierał ostrości. Przypominał dom bractwa studenckiego po weekendowej fecie, która wymknęła się spod kontroli.

Nagle poczułem wzbierające w gardle wymioty. Stłumiłem nieprzyjemny odruch i odwróciłem się do Dodgera. Nie wyglądał na zadowolonego, kiedy schylał się po opróżnioną w połowie butelkę dobrej brandy, którą częstowałem ważnych klientów. Marszcząc czoło z dezaprobatą, zakręcił flaszkę i podszedł do barku, w którym ją zwykle trzymałem.

– Niezłe pobojowisko – wymamrotał, spoglądając pochmurnie na zagracony kredens. – A ty wyglądasz jak śmierć – dodał. 

I tak też się czuję, pomyślałem.

– Dzięki.

Dodger podniósł z podłogi kosz na śmieci i zgarnął do niego pięć czy sześć pustych butelek, strasznie przy tym hałasując. Moją głowę przeszył rozdzierający ból. Przycisnąłem dłonie do skroni i zamknąłem oczy, starając się nie zwymiotować.

– A to co, do cholery? – zapytał, kierując szyjkę butelki w stronę biurka, które tej nocy posłużyło mi za prowizoryczne łóżko.

Spuściłem wzrok i zobaczyłem podejrzany biały proszek rozsypany na blacie. Przejechałem spuchniętym językiem po szorstkich zębach i wzdrygnąłem się, czując ohydny, mdły posmak trawionego alkoholu. Potrząsnąłem głową, aby oczyścić umysł. Czyżby zaćmiły go narkotyki? Być może. Nie miałem pewności. 

Wróciłem pamięcią do wczorajszego wieczoru. I nagle mnie olśniło. Walczyłem. Upiłem się w klubie i pojechałem się bić, a potem zjawił się Ray i zabrał mnie do domu. Ale nie mogłem zasnąć, więc przyjechałem tu, licząc, że znajdę jeszcze jakiś zapas gorzałki. I znalazłem, sądząc po walających się wokół butelkach.

Dodger westchnął głęboko i pokręcił głową, w milczeniu podnosząc kolejną flaszkę i wrzucając ją do pełnego już kosza. Niezdarnie wyciągnąłem rękę w kierunku tajemniczego proszku, zbierając palcem kilka białych grudek i wkładając je do ust. Ich smak wywołał kolejny odruch wymiotny, ale i tym razem, z wielkim trudem, zdołałem się powstrzymać.

– Sól. – Ulżyło mi, że to nie kokaina. Odepchnąłem się na obrotowym krześle i wyciągnąłem nogi. Wszystko mnie bolało. – Pewnie piłem tequilę.

Na te słowa z Dodge’a zeszło napięcie.

–  Masz szczęście, bo dzisiaj odwiedza nas policja. Pamiętasz?

Potwierdziłem ruchem głowy. Wiedziałem o tym dzięki detektywowi, którego opłacałem od półtora roku. Nie, żebym się czegoś obawiał. Klub był jednym z moich nielicznych „legalnych” biznesów. Gliny nie znalazłyby tu niczego, co mogło wzbudzić ich podejrzenia albo powiązać mnie z moimi mniej legalnymi przedsięwzięciami. Niemniej jednak byłem wdzięczny za ostrzeżenie.

Nie zawsze tak było. Ja też nie zawsze byłem taki. Kiedyś robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby tak nie skończyć i nie stać się tym, kim byłem teraz – zawszonym, nikczemnym, handlującym prochami złodziejem samochodów, który żył z dnia na dzień i nie dbał o nic innego. Dawny Jamie Cole, który starał się zrobić coś pożytecznego ze swoim życiem, nigdy nie upiłby się na tyle, żeby zdemolować własny gabinet, a potem zasnąć i nie wiedzieć, czy blat uświniony jest solą czy narkotykami. Kiedyś tliła się we mnie jeszcze jakaś nadzieja; teraz – niekoniecznie.

Już raz niemal udało mi się uciec od takiego życia. Trzy lata temu niewiele brakowało, żebym zerwał z przeszłością i odleciał w stronę zachodzącego słońca z dziewczyną moich marzeń. Ale jedna noc wszystko przekreśliła. Jedna noc zburzyła cały mój świat. Gdyby nie to, jakże inne byłoby dziś moje życie.

W nocy poprzedzającej dzień, w którym ja i moja dziewczyna Ellie mieliśmy wszystko rzucić i udać się w podróż po świecie, mój dawny szef Brett Reyes dał mi do wykonania ostatnie zadanie. Ostatni robota i miałem odejść na dobre. Wydawało się proste. Ale nie było. Za kilka godzin miałem odebrać Ellie i pojechać z nią na lotnisko, gdy nagle sprawy przyjęły niepożądany obrót. Policja przeprowadziła nalot. Wywiązała się strzelanina i każdy członek siatki Bretta oraz konkurencyjnej organizacji rodziny Lazlo, z którą się wówczas spotkaliśmy, został albo zabity, albo aresztowany.

Poniekąd na moje nieszczęście nie zginąłem, tylko poszedłem siedzieć. Pod wieloma względami byłoby lepiej, gdybym nie przeżył; przynajmniej wtedy nie musiałbym dzwonić do Ellie i niszczyć jej marzeń. Śmierć oszczędziłaby mi wykręcającej bebechy agonii, jaką przeżywałem, kiedy musiałem skłamać, łamiąc jej serce, żeby nie dowiedziała się, że łajdak, który był jej chłopakiem, ponownie trafił za kratki, tam gdzie jego miejsce. Ellie nie zasługiwała na to, by być dziewczyną skazańca odwiedzającą go raz na kilka tygodni. Nie mogłem obarczyć jej tym piętnem i kazać jej czekać, aż mnie wypuszczą. Dlatego zrobiłem to, co uważałem za słuszne. Zwróciłem jej wolność.

Utrata jedynej rzeczy, na której ci zależy, potrafi odmienić człowieka nie do poznania.

Dzięki mojemu adwokatowi Arthurowi Barringtonowi zamiast spędzić w więzieniu resztę mojej młodości, odsiedziałem tylko półtora roku.

Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy po wyjściu dowiedziałem się, że Brett Reyes, nie mając dzieci, uczynił mnie swoim jedynym spadkobiercą i tym samym szefem i prezesem trzech firm składających się na wielomilionowy interes. Klub, na którego zapleczu męczył mnie teraz kac, firma ochroniarska, którą zarządzałem, zanim mnie przyskrzyniono, oraz przedsiębiorstwo przewozowe – to wszystko, zgodnie z jego życzeniem, należało do mnie.

Mogłem wyjść na prostą i prowadzić te firmy najlepiej, jak potrafiłem, naprawdę do czegoś dojść. Jednak wraz z utratą Ellie straciłem motywację, by stać się lepszym człowiekiem. Kiedy więc ktoś z dawnych współpracowników Bretta zwrócił się do mnie z ofertą biznesową, przyjąłem ją bez wahania i już nigdy nie oglądałem się za siebie. Bycie złym chłopcem wychodziło mi znacznie lepiej. I tak wszyscy się tego po mnie spodziewali, więc po co walczyć? Przez ostatnie półtora roku, odkąd wyszedłem na wolność, wiodłem iście przestępcze życie, z którym kiedyś z uporem starałem się zerwać, i byłem w tym naprawdę dobry. „Jak już coś robić, to z rozmachem” – takie miałem teraz motto. A rozmachu z całą pewnością mi nie brakowało.

– Która godzina? – mruknąłem, wstając i chwytając się mocno krzesła, kiedy świat przechylił się w lewo. Zdecydowanie przesadziłem wczoraj z alkoholem.

            – Po dziesiątej – odparł Dodger, zerkając na zegarek.

Mrugnąłem kilka razy i pokiwałem głową, próbując dźwignąć ją do pionu. Policja miała się zjawić w porze lunchu – przynajmniej taki dostałem cynk. To oznaczało, że miałem mniej więcej dwie godziny, żeby doprowadzić biuro do porządku i zatrzeć wszelkie ślady moich pijackich wybryków.

Dodger odstawił kosz i spojrzał na mnie z troską.

– Ray powiedział mi o rodzicach Ellie. Chcesz o tym pogadać?

– Nie – zaprzeczyłem kategorycznie.

– W porządku. Jeśli zmienisz zdanie, wiesz, że możesz na mnie liczyć.

Nie odpowiedziałem. Skoro wcześniej nie chciałem o tym rozmawiać, to dlaczego miałbym chcieć teraz? Sięgnąłem po leżący na biurku telefon i podniosłem go, strzepując sól z ekranu.

Gdy go odblokowałem, zauważyłem cztery nieodebrane połączenia i jedną wiadomość głosową – wszystkie od Eda.

            – Młody, mam tę informację, o którą prosiłeś. Zadzwoń do mnie.

            Zdumiony zmarszczyłem czoło. Ma informację, o którą prosiłem? Z trudem próbowałem zebrać myśli. Ne pamiętałem, żebym go o coś prosił – chyba że wczoraj na rauszu. Ed załatwiał dla mnie sprawy, którymi sam nie miałem czasu się zająć. Bardzo możliwe, że coś mu zleciłem, ale nie miałem pojęcia, co to mogło być.

Gdy Dodger wyszedł z biura, dźwigając kosz pełen śmieci, wybrałem numer Eda, który odebrał po drugim dzwonku.

            – Cześć, Młody, odsłuchałeś w końcu moją wiadomość?

– Tak, o jaką informację chodzi?

– Zadzwoniłeś do mnie w nocy i poprosiłeś, żebym dowiedział się czegoś o tej dziewczynie, której rodzice nie żyją. Pamiętasz?

A więc po pijanemu kazałem mu szpiegować Ellie. Super.

– Taaa, pamiętam – skłamałem.

– Jasne. Chciałeś wiedzieć, czy wraca. Poprosiłem naszego człowieka w Londynie, żeby miał ją na oku. Wczesnym rankiem pojechała na lotnisko. Widział, jak dokonuje odprawy na lot o dziewiątej rano do Nowego Jorku. Zgodnie z numerem rejsu, który mi podał, powinna wylądować na JFK za kilka godzin.

Ścisnęło mnie w piersi. Spodziewałem się, że wróci do Stanów, ale nie tak szybko. Nie miałem czasu, żeby się na to przygotować.

– O której ląduje? – spytałem chrapliwym głosem.

– O dwunastej dwadzieścia pięć.

– Okej, dzięki. – Skinąłem głową, która coraz mocniej pulsowała.

– Młody, jeszcze jedna rzecz – dodał szybko, zanim zdążyłem się rozłączyć. –  Odprawiła się sama. Jej narzeczony odwiózł ją na lotnisko, ale nie wsiadł do samolotu.

Sama? Leciała sama? Toby puścił ją samą, pogrążoną w żałobie i rozbitą emocjonalnie? Kawał drania! Zgrzytnąłem zębami, wszystko skręcało się we mnie ze złości. Rozłączyłem się i potrząsnąłem głową, próbując oczyścić umysł z morderczych myśli. Jak mógł pozwolić, żeby udała się w podróż sama? Dopiero co straciła ojca, jej matka była w stanie krytycznym – powinien być przy niej cały czas, ocierać jej łzy, wspierać ją i pocieszać. Co za złamas!

Nigdy nie przepadałem za Tobym Wallisem – w końcu był z moją dziewczyną – ale szanowałem tego gościa, ponieważ ją kochał; sprawił, że na jej twarz wrócił uśmiech, dał jej wszystko, czego potrzebowała. Tyle wiedziałem, wychodząc na wolność. Tajny nadzór, prowadzony przez szwagierkę Raya, skończył się w chwili, gdy po roku wspólnych podróży Ellie postanowiła nie wracać do domu z Natalie. Wówczas wdrożyłem inne środki kontroli. Zatrudniłem prywatnego detektywa, który ją śledził i co pewien czas składał mi raporty o jej poczynaniach.

            Zanim opuściłem więzienie, detektyw dostarczył mi dowodów na to, że Ellie była szczęśliwa, że wreszcie się otrząsnęła i że ten cały Toby Wallis, który skradł mi dziewczynę, tak naprawdę był dla niej dobry. Po dokładnym prześwietleniu okazało się, że był porządnym facetem bez kryminalnej przeszłości; od trzech lat rozwiedziony miał dwójkę dzieci i ciężko pracował. Tylko dlatego po wyjściu z paki nie wsiadłem w pierwszy lepszy samolot i nie pognałem do niej, by wyznać całą prawdę i błagać o przebaczenie. A ten gnojek pozwolił jej lecieć samej? Może wcale nie był taki porządny, jak początkowo myślałem.

 

* * *

 

Dwie godziny później byłem już w hali przylotów międzynarodowych na lotnisku JFK. Nie mogłem się powstrzymać. Dodger musiał sam sobie poradzić z policją. Nie miałem żadnego konkretnego planu. Chciałem po prostu ją zobaczyć, przytulić i odstawić cało, gdzie tylko by zechciała – prawdopodobnie do szpitala, bo zapewne tam była teraz cała jej rodzina.

Stałem nieco na uboczu, z dala od tłumu, oparty o ścianę Starbucksa, i w napięciu jej wyglądałem.

Samolot Ellie już wylądował, więc teraz pewnie przechodziła przez odprawę celną i odbierała bagaż.

Kiedy oczekujący ludzie zaczęli się tłoczyć i nerwowo podrygiwać, wyprostowałem się, wstrzymując powietrze. Pasażerowie wychodzili małymi grupkami, pchając przed sobą wózki z bagażami, machając i piszcząc radośnie na widok przyjaciół, bliskich i krewnych.

Serce podeszło mi do gardła, ale cierpliwie czekałem, i wreszcie się pojawiła, ciągnąc za sobą walizkę.

Rozejrzawszy się, odeszła na bok i zaczęła coś pisać na komórce. Jej miedziane włosy opadały wokół twarzy, wijąc się niedbale splątanymi pasmami. Były krótsze niż wtedy, kiedy widziałem ją po raz ostatni – ledwie sięgały jej do ramion. Przesuwając po niej wzrokiem, poczułem w środku znajomy ból; ogarnęła mnie tęsknota. Trochę się zaokrągliła od naszego ostatniego spotkania – jej biodra i uda były pełniejsze, brzuch już nie tak płaski jak dawniej, ale w niczym jej to nie ujmowało. Wyglądała równie pięknie jak w dniu, w którym ją poznałem.

Kiedy podniosła wzrok, jakby szukała czegoś lub kogoś, dostrzegłem cienie pod jej oczami. Serce ścisnęło mi się w piersi. Sprawiała wrażenie wyczerpanej, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.

Pragnąłem podejść do niej i wziąć ją w ramiona. Chciałem ją pocieszyć, pocałować we włosy, pogłaskać po plecach, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, i zapewnić, że już nigdy jej nie opuszczę. Ale moje nogi ani drgnęły. Stałem bez ruchu, ukryty za tłumem ludzi, i zastanawiałem się, co zrobi, jeśli mnie zobaczy. Czy tak byłoby lepiej czy gorzej? Co by zrobiła, gdyby ujrzała mnie pokrytego sińcami, śmierdzącego wczorajszym alkoholem, z cudzą krwią zaschniętą na butach. Przyjechałem, by ją zobaczyć i wesprzeć, ale teraz, gdy tu stałem, zrozumiałem, że tylko pogorszyłbym sytuację, gdybym się jej pokazał. I tak wiele już przeszła.  Konfrontacja z facetem, który złamał jej serce, w niczym by nie pomogła.

Kiedy tak stałem, bijąc się z myślami, w tłumie mignęły blond włosy. Oczy Ellie drgnęły; jej usta wykrzywiły się lekko w smutnym uśmiechu, kiedy blondynka wpadła na nią jak burza.

Westchnąłem, tracąc nadzieję na jakiekolwiek pojednanie. Stacey głaskała Ellie po włosach i pocieszała ją, trzymając w objęciach – też tak chciałem. Jeszcze nigdy nie byłem zazdrosny o dziewczynę, aż do teraz.

Odwróciłem się z posępnym wzrokiem i wymknąłem chyłkiem z lotniska, zanim zdążyły mnie zauważyć.

 

Rozdział 5

 

ELLIE

 

W hali odbioru bagażu na lotnisku JFK panował straszny harmider. Ludzie kręcili się wokół mnie i przepychali wózkami, dyskutując, gdzie najlepiej stanąć, aby szybko zgarnąć walizkę. Z ekscytacją rozprawiali o swoich planach wakacyjnych, o tym, skąd rozjeżdżały się autobusy; śmiali się, żartowali. Patrzyłam na nich jak otępiała.

Powoli przeciskałam się wśród tłumu, co chwila zerkając na wyświetlacz telefonu. Wyłączyłam tryb samolotowy, gdy tylko opuściłam pokład, ale telefon długo próbował wykryć sieć, z którą mógłby nawiązać połączenie. Gdy zatrzymałam się przy taśmociągu obsługującym mój lot, nadal szukał sygnału.

Mniej więcej po minucie w lukę obok mnie wcisnęła się typowa brytyjska rodzina, która przez osiem godzin siedziała za mną w samolocie. Ich córeczka, która nie mogła mieć więcej niż sześć lat, narzekała, że jest zmęczona i znudzona, i wciąż dopytywała, kiedy wreszcie zaczną się ich wakacje. Od jej pisków, które z każdą sekundą przybierały na sile, pękała mi głowa.

W samolocie nieustannie trajkotała o tym, co najpierw chciała zrobić i zobaczyć w Nowym Jorku, snuła domysły na temat hotelu i tego, jak ciepła będzie woda w basenie. Przez wiele godzin siedziała grzecznie w fotelu, oglądając filmy i śmiejąc się do ekranu. Jednak teraz sprawiała wrażenie wyraźnie zniecierpliwionej i chciała jak najprędzej opuścić lotnisko.

Spojrzałam na nią, ale tak naprawdę jej nie widziałam. Od czternastu godzin, to jest od rozmowy telefonicznej, która zburzyła mój świat, na niczym nie mogłam się skupić. Działałam w trybie autopilota, bezwiednie wykonując rutynowe czynności: pokazać paszport, odebrać bilet, wsiąść na pokład, wysiąść z samolotu, pokazać paszport, odebrać bagaż; wciąż byłam na tym ostatnim etapie.

–  Przepraszam, jest trochę podekscytowana. I nie spała w samolocie. To był długi dzień.

Oderwałam wzrok od dziewczynki – teraz zaaferowanej paczką cukierków, którą dostała od mamy – i przeniosłam go na jej tatę, który uśmiechał się do mnie przepraszająco. Graham, tak miał na imię; dowiedziałam się podczas lotu.

Choć było mi trudno, zmusiłam się do uśmiechu.

– Nic nie szkodzi, proszę nie przepraszać – wymamrotałam.

Dziewczynka wyciągnęła swoją małą dłoń i chwyciła tatę za rękę. Na widok tego drobnego gestu ścisnęło mi się serce. Czegoś takiego nigdy już nie doświadczę. Odwróciłam głowę, żeby nie patrzeć na tę przeuroczą trzyosobową rodzinę, i nagle przypomniały mi się chwile spędzone z ojcem: wspólne wycieczki, podróże samolotem, trzymanie się za ręce. Chciałam powiedzieć Grahamowi, żeby nie brał za pewnik tego, co ma, żeby cenił i pielęgnował każdą chwilę spędzoną z rodziną, bo nigdy nie wiadomo, kiedy los postanowi mu to odebrać.

Zaczęłam jednak stukać w ekran telefonu, próbując nawiązać połączenie, żeby móc sprawdzić, czy przyszły jakieś wieści od babci. Kiedy wsiadałam do samolotu w Londynie, stan mamy był stabilny. Operacja przebiegła bez komplikacji, a mamę przewieziono na salę wybudzeń. Później musiałam przełączyć telefon w tryb samolotowy, więc nie dowiedziałam się niczego nowego. Wszystko się mogło wydarzyć w ciągu tych ośmiu potwornie długich godzin lotu. Modliłam się tylko, żeby nadal żyła i walczyła, bo nie wiedziałam, jak sobie poradzę, jeśli zabraknie ich obojga.

W chwili gdy na taśmociągu pojawiły się pierwsze bagaże, mój telefon gwizdem kosogłosa z Igrzysk śmierci zasygnalizował nadejście wiadomości. Wreszcie połączył się z siecią i dostałam naraz dwa esemesy. Wstrzymałam oddech i odblokowałam ekran, wstukując hasło.

Pierwsza wiadomość była od Stacey, mojej najlepszej przyjaciółki, druga od Toby’ego.  Odetchnęłam z nieukrywaną ulgą, że żadna z nich nie pochodziła od babci. Brak wieści to dobre wieści – chyba tak to szło? W tym przypadku brak wiadomości oznaczał, że mama jeszcze nas nie opuściła i dochodziła do siebie po operacji. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Najpierw odczytałam wiadomość od Stacey: „Jestem w drodze! Jak zwykle spóźniona. Stoję w korku. Będę niedługo XXX”.

Uśmiechnęłam się; akurat tę cechę Stacey lubiłam najmniej – jej notoryczne spóźnialstwo. W pewnym sensie tego też mi brakowało. Zadzwoniłam do niej jeszcze przed wejściem na pokład i zapytałam, czy mogłaby mnie odebrać z lotniska. Po tak długiej samotnej podróży chciałam ujrzeć jakąś przyjazną twarz. Stacey z miejsca się zgodziła, tak jak przypuszczałam. Nie mogłam się już doczekać, kiedy ją zobaczę – zdecydowanie za długo się nie widziałyśmy.

Nie odpisałam; była już w drodze, więc niedługo i tak tu dotrze. Otworzyłam wiadomość od Toby’ego: „Kocham Cię. Napisz, gdy wylądujesz, i zadzwoń, jak będziesz mogła XX”.

Tym krótkim ciepłym esemesem ujął mnie za serce. Od chwili, gdy dowiedziałam się o wypadku, był dla mnie niesamowitym wsparciem. Stanął na wysokości zadania i wszystkim się zajął: pocieszał mnie i zaparzył mi herbatę na uspokojenie – to takie brytyjskie lekarstwo na wszystko. Zadzwonił ponownie do babci, żeby dowiedzieć się dokładnie, co się stało, ponieważ nadal nie chciało mi to przejść przez gardło. A potem zarezerwował najbliższy lot do Nowego Jorku i nawet spakował za mnie walizkę. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła.

Niestety, nie mógł ze mną lecieć. Nie od razu. Opiekował się dziećmi; ich matka wyjechała na wczasy, więc nie mógł ich wcześniej odesłać do domu. Poza tym prowadził pub, a znalezienie zastępstwa zajęłoby kilka dni, nawet gdyby nie miał u siebie dzieci. Próbował mnie przekonać, żebym poczekała i nie leciała sama, ale nie mogłam tego zrobić. Musiałam tu być. Musiałam zobaczyć się z siostrą, przytulić ją, wspólnie popłakać i powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze.

Ponownie odczytałam jego wiadomość i nagle ogarnęła mnie straszna samotność; poczułam ściskanie w żołądku i gęsią skórkę na ciele, choć w terminalu nie było szczególnie zimno. Objęłam się mocno ramionami, patrząc na przesuwające się wolno bagaże – żaden nie był mój.

Gdy wreszcie wyjechała moja walizka, nie byłam w stanie jej udźwignąć – fakt, że się poruszała, nie ułatwił mi zadania. Dopiero Grahamowi, głowie stojącej obok rodziny, udało się podnieść ją z taśmociągu i postawić na ziemię.

– Dziękuję – wydukałam.

Matka dziewczynki zmarszczyła brwi, mrużąc oczy z troską, i ujęła mnie za łokieć.

– Moja droga, nic ci nie jest? Wyglądasz trochę blado. Dobrze się czujesz?

Próbowałam się uśmiechnąć, lecz moje usta odmówiły współpracy, więc tylko skinęłam głową.

– Tak, po prostu jestem zmęczona – skłamałam. – Udanych wakacji! – Bez zbędnych ceregieli odwróciłam się i podążyłam za tłumem pasażerów, którzy odebrali już swoje bagaże i teraz kierowali się wyjściem dla podróżnych niemających nic do oclenia do hali przylotów.

Omiotłam wzrokiem kręcących się tam ludzi – jedni trzymali w rękach kartki z nazwiskami, inni kwiaty, a jedna pani powitalny transparent – lecz nie dostrzegłam wśród nich Stacey. Stanęłam więc gdzieś z boku, opierając się o ścianę, i wysłałam krótkiego esemesa do Toby’ego z informacją, że dotarłam cało i zadzwonię do niego później.

Starałam się nie podnosić oczu, uparcie wpatrując się w podłogę, żeby nie widzieć uścisków i pocałunków, które z pewnością towarzyszyły radosnym piskom osób witających się z krewnymi i bliskimi. Niestety, nie wytrzymałam i rozejrzałam się, patrząc, jak wpadają sobie w ramiona, uśmiechają się, radują i przytulają. Gdy zobaczyłam, jak pewien facet w garniturze wychodzi prosto w objęcia kobiety czekającej z własnoręcznie wykonanym transparentem z napisem „Witaj w domu”, ogarnęła mnie zazdrość. Rodzina siedząca za mną w samolocie także już wyszła; dziewczynka była teraz w lepszym nastroju – przycupnęła na walizkach, a jej tata toczył przed sobą wózek bagażowy. Ponownie rozejrzałam się po hali z cichą nadzieją, że Stacey zdążyła dotrzeć. Nie chciałam już dłużej stać sama. I wtedy, jakby w odpowiedzi na moje nieme prośby, wleciała jak strzała przez drzwi, przemykając zwinnie między ludźmi i mamrocząc co chwila: „Przepraszam”.

Gdy ją ujrzałam, trochę zeszło ze mnie napięcie i po raz pierwszy spróbowałam się uśmiechnąć. Ruszyłam naprzód, ciągnąc za sobą walizkę, a Stacey rzuciła się na mnie z siłą, która niemal zwaliła nas obie z nóg. Objęła mnie mocno ramionami, wbijając mi palce w plecy i ściskając tak kurczowo, że zabrakło mi tchu. Ogarnęło mnie błogie ciepło i poczułam, że mur, który wzniosłam wokół siebie na pokładzie samolotu, zaczyna się kruszyć i pękać. Zamknęłam oczy, starając się opanować i nie rozkleić. Nie mogłam sobie pozwolić, by znów ulec emocjom; tym razem Toby nie pomógłby mi się pozbierać. Musiałam być silna. Teraz to ja powinnam zatroszczyć się o innych i być podporą dla mojej trzynastoletniej siostry. Na co jej histeryzująca, zapłakana i rozsypana na kawałki kupka nieszczęścia?

Odsunęłam się i spojrzałam w zaczerwienione oczy Stacey.

– Cześć – przywitałam ją ochrypłym głosem.

Przyciągnęła mnie do siebie i zamknęła w kolejnym miażdżącym uścisku.

– Och, Ellie, tak mi przykro. Brakuje mi słów, ale jeśli mogłabym jakoś pomóc, jakkolwiek…

Nie musiała kończyć, wiedziałam, co chciała powiedzieć. Pokiwałam głową, przygryzając od środka policzek, wystarczająco mocno, by ból odwrócił moją uwagę od innych myśli. Ludzie mijali nas obojętnie, nie zdając sobie sprawy z naszego cierpienia.

Stacey, pociągając nosem, wyjęła z kieszeni jednorazową chusteczkę i zaczęła wycierać sobie oczy. Wyglądała tak samo jak przed trzema laty – wysoka, szczupła, naturalnie piękna, nawet z tym byle jak upiętym kokiem i przekrwionymi oczami.

            Jej ciepły i przyjazny uśmiech sprawił, że na sercu zrobiło mi się jakby lżej.

            – Chodź, odstawię cię do domu.

– Zabierz mnie prosto do szpitala – poprosiłam.

Stacey wzięła mnie pod rękę i poprowadziła do wyjścia.

– To nie pora odwiedzin, nie wpuszczą cię. Twoja babcia powiedziała, żebym przywiozła cię najpierw do domu, a później pojedziecie do szpitala.

– Aha. – Owinęłam się mocniej kurtką przed mroźnym powietrzem i podążyłam za przyjaciółką. Po drodze zatrzymała się, żeby zapłacić za postój, po czym poprowadziła mnie do samochodu – nowiutkiego mercedesa klasy S coupé.

Z trudem wcisnęłam bagaż do małego kufra. Całe szczęście, że spakowałam tylko średnią walizkę i nie próbowałam przytaszczyć wszystkich moich rzeczy w jednej dużej; nic większego by się tam nie zmieściło.

            – Fajne auto – zauważyłam w zadumie, wsiadając do środka. –  Dorobiłaś się małej fortuny, jak mnie nie było? – zażartowałam, usadawiając się wygodnie w miękkim, skórzanym fotelu i podkręcając ogrzewanie, ponieważ w marcu panowały tu nieco niższe temperatury niż te, do których przywykłam w Londynie.

– Nie jest moje, tylko mojego szefa, Owena – odparła, uruchamiając silnik.

– I twój szef, ot tak, pożycza ci swój samochód? – spytałam, próbując podtrzymać konwersację i uniknąć ciszy. Bo kiedy zapadała cisza, zaczynała się gonitwa myśli, a ból stawał się nie do zniesienia.

Wzruszyła ramionami, posyłając mi szeroki uśmiech, po czym wycofała samochód i ruszyła w kierunku wyjazdu.

– Owen lubi mnie uszczęśliwiać, bo wie, że wówczas ja również go uszczęśliwię. Jeśli wiesz, co mam na myśli… – zawiesiła wymownie głos, pozwalając, bym sama dopowiedziała sobie resztę.

Wtedy zrozumiałam.

– Sypiasz ze swoim szefem? – spytałam, zaszokowana, że wcześniej nie podzieliła się ze mną tą sensacyjną nowiną. Wiedziałam, że Stacey była osobistą asystentką jakiegoś bogatego biznesmena, który zbił majątek, obracając nieruchomościami, ale ani razu, ilekroć rozmawiałyśmy, nie wspomniała, że spotyka się z nim także prywatnie.

– Owszem, kiedy mam na to ochotę – przyznała i wydęła usta, zerkając na mnie kątem oka.

Miałam wrażenie, że podróż z lotniska do domu ciągnie się w nieskończoność. Stacey praktycznie przez całą drogę trajkotała – nie musiałam jej nawet zachęcać ani brać udziału w rozmowie, za co byłam jej wdzięczna, ponieważ nie miałam głowy do towarzyskich pogawędek.

Gdy wjechałyśmy w moją ulicę, przemierzając drogę, na której uczyłam się jazdy rowerem, mijając drzewa, na które się wspinałam, i drzwi, do których pukałam w Halloween, zrobiło mi się ciężko na duszy. Na widok znajomego białego domu serce zamarło mi w piersi. Chłonęłam wzrokiem każdy szczegół: lśniące szyby w oknach, nieskazitelnie przystrzyżoną murawę, wiosenne kwiaty ledwie wyzierające spod świeżo wzruszonej ziemi na rabatach, idealnie wykończone obrzeża trawnika – wszystko tak swojskie i znajome, jakbym  nigdy stąd nie wyjeżdżała.

Oszołomiona, odpięłam pas i wysiadłam z samochodu – moje ciało samo podejmowało decyzje, a głowa próbowała za nim nadążyć. Stacey była szybsza ode mnie; wyjęła walizkę z bagażnika i czekała na mnie przy krawężniku ze smutnym uśmiechem na twarzy. Otoczyła mnie ramieniem i ruszyłyśmy kamienną ścieżką ku niebieskim drzwiom.

Zatrzymawszy się u progu, wyciągnęłam rękę, lecz zawahałam się z dłonią na gałce, niepewna, czy miałam dość siły, by wejść do środka. Moi bliscy byli pogrążeni w żałobie, tak jak ja, i cierpieli – musiałam ich jakoś podnieść na duchu. A jeśli nie dam rady? Co, jeśli się załamię i wszystko tylko pogorszę?

Nie było mi dane dokończyć myśli, ponieważ drzwi nagle się otworzyły i ujrzałam w nich babcię w kwiecistej sukience i fartuchu przewiązanym w talii. Wyraźnie zmizerniała od ostatniego razu, gdy ją widziałam, zmarszczki wokół jej oczu i ust pogłębiły się, włosy się przerzedziły, a policzki zapadły. Niegdyś krzepka drobna postura teraz wydawała się wątła. Cienie pod oczami zdradzały, jak bardzo była zmęczona. Kąciki wąskich ust drgnęły w uśmiechu, a gdy wyciągnęła ku mnie ręce, jej oczy zaszkliły się łzami.

Padłam w jej objęcia i zamknęłam ją w swoich ramionach. Pod palcami czułam kości jej kręgosłupa i żebra przyciśnięte do moich piersi. Strasznie się zmieniła przez te trzy lata. Sporo schudła. Nagle dotarło do mnie, jak bardzo się postarzała.

            – Ellie, jak dobrze, że jesteś. – Odchyliła się do tyłu i spojrzała na mnie błyszczącymi oczami, delikatnie przykładając chłodną dłoń do mojego policzka.

Wciągnęłam powietrze w płuca, licząc, że słowa same popłyną.

– Babciu, stęskniłam się za tobą.

Uśmiechnęła się serdecznie, ale w jej oczach dostrzegłam ogromny smutek. Wyglądała na wyczerpaną i bliską załamania. Gładząc moją twarz, patrzyła na mnie wzrokiem przepełnionym rozpaczą. Cisza przedłużała się i żadna z nas nie wiedziała, co powiedzieć. Wreszcie babcia mrugnęła kilkakrotnie i cofnęła się, uchylając szerzej drzwi.

– Wchodź do środka, ciepło ucieka – stwierdziła, uśmiechając się słabo. –  O, witaj, Stacey.

Znajomy widok holu przywołał wspomnienia: stojak na parasole, obraz olejny podarowany przez tatę mamie, gdy byłam mała, stolik i staroświecki telefon z tarczą numerową, który w zasadzie nie działał, tylko stał tam dla ozdoby, ponieważ mama uważała, że jest uroczy. Poczułam jeszcze większy ból, jakby ktoś dźgnął mnie nożem w brzuch.

Wzięłam głęboki oddech i przestąpiłam próg. Uderzyła mnie panująca cisza. Tak cicho nie było tu nigdy. Telewizor lub radio zawsze grały, Kelsey śpiewała i tańczyła po kątach, a w tle cicho niósł się dźwięk z taśm do nauki języka obcego i głos mamy powtarzającej słowa, których do końca nie potrafiła wymówić. W domu zawsze było ciepło, jasno i głośno. A teraz wydawał się zimny i pozbawiony życia.

Wolno przesuwałam wzrokiem po otoczeniu. Na widok pary równiutko ustawionych lśniących czarnych półbutów serce zamarło mi w piersi. Buty taty. Moje ciało przeszył chłód. Objęłam się ramionami i spojrzałam na babcię.

            – Co z mamą? – spytałam, czując drapanie w gardle.

Babcia spuściła wzrok na podłogę, bezwiednie wycierając ręce w fartuch.

– Jeszcze się nie ocknęła. Odesłali nas do domu kilka godzin temu i obiecali, że zadzwonią, jeśli coś się zmieni.

            Pokiwałam wolno głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Bałam się wspominać o tacie – nie byłam na to gotowa, i może nigdy nie będę.

– Dobrze się czujesz? Wyglądasz na zmęczoną.

Potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić przykre myśli, a na jej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech.

– Nic mi nie jest, kochanie. Nie martw się o mnie. Właśnie szykuję lunch. Pewnie jesteś głodna. Jadłaś coś?

No tak. Jej odpowiedź na wszystko. Brytyjczycy częstowali herbatą, a babcia wszystkim wpychała jedzenie.

            – Nie jestem głodna – odpowiedziałam automatycznie. Powinnam być; nie miałam nic w ustach przez cały dzień. Nie przestawiłam się jeszcze na czas amerykański: w Anglii była teraz pora obiadowa i opuściłam już trzy posiłki, jednak byłam zbyt spięta i roztrzęsiona, by czuć coś tak przyziemnego jak głód. W ogóle nie myślałam o jedzeniu.

– Na pewno? Może jednak się skusisz? – zachęcała i natychmiast pospieszyła do kuchni, skąd dobiegał charakterystyczny aromat chili z pięciu rodzajów fasoli, jej specjalności.

            – Jadłam w samolocie – skłamałam, by zakończyć tę rozmowę. Babcia zatrzymała się i odwróciła w moją stronę, z rozczarowaniem zwieszając ramiona. Wiedziałam, że chciała jedynie zająć czymś myśli, ale nie byłam w stanie przełknąć ani kęsa. – Gdzie jest Kels? – zmieniłam temat, rozglądając się ponad jej głową po pustym salonie.

            Babcia jakby zesztywniała.

            – Na górze, w swoim pokoju. Też nie chciała jeść.

            Dobrze to rozumiałam.

– Jak się trzyma?

Nie odpowiedziała, ale nie musiała; jej załzawione oczy mówiły wszystko. Kelsey wcale nie miała się dobrze.

Skierowałam wzrok na schody, zbierając się na odwagę, by wejść na górę do młodszej siostry i dodać jej otuchy słowami, które miałam nadzieję, że w jakiś magiczny sposób przyjdą mi do głowy, ponieważ teraz miałam w niej pustkę. Po prostu nie było takich słów, które mogłyby pomóc.

– Zajrzę do niej, powiem, że jestem, i zapytam, czy nie chce zejść na dół.

Stacey nagle odchrząknęła.

–  To ja już sobie pójdę, żebyś mogła się rozpakować i zadomowić – oświadczyła, uśmiechając się dziwnie. – Dzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować. Okej? Jeśli chcesz, mogę cię później podwieźć do szpitala – zaproponowała i objęła mnie swoimi długimi, szczupłymi ramionami.

            – Dzięki. – Odwzajemniłam uścisk i przywarłam do niej; nie chciałam, żeby mnie zostawiała. Stacey odsunęła się ze smutnym uśmiechem na twarzy i wyszła.

W holu ponownie zapadła cisza. Okropna, ogłuszająca, mącąca w głowie cisza.

Babcia pociągnęła głośno nosem, podnosząc brodę i prostując plecy.

– Nałożę ci trochę. Wiem, że nie jesteś głodna, ale może zmienisz zdanie.

Zmusiłam się do uśmiechu i pokiwałam głową. Wiedziałam, że potrzebowała tego, by poczuć, że się nami opiekuje.

– Dobrze, babciu, dziękuję. – Zrzuciłam z siebie kurtkę i odwiesiłam na wieszak, po czym spojrzałam na trzynaście stopni prowadzących na górę, zastanawiając się, czy starczy mi sił, by się po nich wspiąć. Moje ciało wydawało się dziwnie ciężkie i słabe. Marzyłam tylko o tym, by zwinąć się w kłębek i zalać łzami, ale zamiast tego wzięłam głęboki oddech i zmusiłam nogi do pracy, pokonując schodek po schodku.

Zatrzymałam się przy pokoju Kelsey, nasłuchując oznak życia. Nic, cisza. Podniosłam rękę i zapukałam – brak odzewu.

– Kelsey? – zapukałam ponownie, nadal nie słysząc odpowiedzi. Położyłam dłoń na gałce i przekręciłam ją, uchylając drzwi i zerkając do środka. Kelsey leżała na łóżku, wpatrzona w sufit; na głowie miała czerwone słuchawki Beats, a na brzuchu spoczywał jej iPhone.

Zdumiało mnie, jak wyrosła; była dużo wyższa, niż ją zapamiętałam w dniu wyjazdu, zwłaszcza gdy tak leżała wyciągnięta na łóżku. Brązowe włosy, takie same jak taty, opadały jej kaskadą do połowy ramion. Miała idealne proporcje ciała i już wyraźnie zaznaczone piersi, wcale nie mniejsze od moich, choć skończyła dopiero trzynaście lat. Na jej nastoletniej twarzy widniało kilka pryszczy, które ukryła pod źle dobranym korektorem, przez co jeszcze bardziej rzucały się w oczy.

Poczułam ścisk w gardle. Tyle mnie ominęło, gdy dorastała. Leżąca przede mną młoda panna w niczym nie przypominała tej małej dziewczynki, z którą się żegnałam. To już nie ta sama dziesięciolatka, która wszędzie za mną chodziła i zdecydowanie za głośno śpiewała piosenki One Direction; która skakała na moim łóżku i podkradała mi szminkę lub dezodorant, gdy nie patrzyłam.

– Kelsey? – odezwałam się niepewnie, otwierając szerzej drzwi i zaglądając do pokoju.

Zaskoczona podskoczyła, podnosząc głowę i szybkim ruchem ręki łapiąc telefon, który stoczył się jej z brzucha.

Uśmiechnęłam się słabo, bo nie wiedziałam, od czego zacząć.

–  Przepraszam, że cię przestraszyłam.

Nie odwzajemniła uśmiechu; zacisnąwszy usta w wąską kreskę, zdjęła z głowy słuchawki i zsunęła je na szyję. Przesunęła po mnie wzrokiem i usiadła, zwieszając nogi za krawędź łóżka.

–  Och, jednak przyjechałaś. – Jej głos zdradzał, że coś jest nie tak; jego cierpkość mną wstrząsnęła.

– Przed chwilą. Stacey mnie podrzuciła. – Zagryzłam wargę, szukając słów, mądrych słów, które choć trochę uśmierzą jej ból.

– Miło, że się pofatygowałaś – rzuciła z urazą. Poderwała się, zrywając z szyi słuchawki i rzucając je niedbale na łóżko razem z telefonem.

Wzdrygnęłam się, słysząc ten ton. Skąd w niej tyle złości? Nie spodziewałam się tego, w ogóle nie byłam na to przygotowana.

– Przyleciałam najszybciej, jak się dało – wyjaśniłam, marszcząc czoło w zakłopotaniu.

Prychnęła szyderczo i założyła ręce na piersi, unosząc prowokacyjnie brwi.

– Najszybciej jak się dało? Trzeba było się bardziej postarać.

            – Słucham? – wymamrotałam z niedowierzaniem, przytwierdzona jej stalowym spojrzeniem do framugi drzwi. – Kelsey, przyleciałam pierwszym samolotem. Przyszłam do ciebie, żeby sprawdzić, czy wszystko okej.

Na jej ustach zakwitł drwiący uśmieszek. Spojrzała na mnie z miną, której nigdy wcześniej nie widziałam na twarzy mojej kochanej, młodszej siostrzyczki.

– Chciałaś sprawdzić, czy wszystko okej? Nie jest okej, do cholery! – Te mocne słowa kompletnie mnie zaszokowały. Zamrugałam szybko, próbując się z nimi oswoić. – Trochę na to za późno, Ellie. – Kelsey pokręciła energicznie głową. – Powinnaś tu być… dla mnie, dla mamy, dla taty. Powinnaś tu być, gdy przyjechał policjant i powiedział nam, co się stało; powinnaś tu być, gdy radiowozem wiózł nas godzinę do szpitala. – Mówiła coraz głośniej, a teraz prawie krzyczała. – Powinnaś tu być, gdy zabierali mamę na operację. Powinnaś tu być, kiedy wezwano babcię, żeby zidentyfikowała ciało taty. Powinnaś tu być, kiedy zalała się łzami i zemdlała, bo nie wytrzymała tego stresu. Potrzebowałyśmy cię, ale ciebie nie było! Włóczyłaś się gdzieś za granicą, niczym się nie przejmując, a w tym czasie mój świat się zawalił!

Jej ostre, pełne goryczy słowa głęboko mnie dotknęły. Poczucie winy, że nie było mnie tu z nimi, dusiło mnie w środku.

– Kelsey, to nie tak – zaprzeczyłam ochrypłym głosem ze łzami w oczach.

            Uniosła brodę i utkwiwszy we mnie spojrzenie, pokonała sześć czy siedem kroków, które nas dzieliły.

            – Nie tak? A jak? Powinnaś tu być, ale cię nie było. Jeśli sądzisz, że zjawiając się po tak długim czasie, wszystko naprawisz, grubo się mylisz. – Chwyciła drzwi i zamachnęła się, z całej siły zatrzaskując mi je przed nosem.

Mam mieszane uczucia względem tego tytułu. Z jednej strony czytało mi się go dobrze i szybko, wyczuwałam emocje zawarte na stronach, ale z drugiej strony byłam na nie obojętna i czasami czułam wręcz irytacje. (...) Czy polecam? Owszem, zwłaszcza tym, którzy mają za sobą pierwszą część i to poczucie pustki po otwartym zakończeniu. Jednocześnie ostrzegam jednak, by nie oczekiwać od  Chłopaka, który o mnie walczył zbyt wiele. Ogólnie mówiąc, Fighting to Be Free jest dobrą serią i warto ją przeczytać, na pewno nie będzie nudzić.

Dobrze, że autorka przedstawiła nam kilka punktów widzenia, ponieważ każda z postaci w inny sposób radziła sobie z tragedią, która spadła na rodzinę Ellie. Podobał mi się sposób prowadzenia narracji (pierwszoosobowa), dzięki temu mogłam lepiej wczuć się w postać o której czytałam, pozwoliło mi to odczuwać te same emocje. Czy polecam? Oczywiście, jeżeli lubicie historie miłosne, z kilkoma innymi fajnymi wtrąceniami to będzie książka dla was. Według mnie, książki Kirsty są idealnymi pozycjami na wakacje. Lekkie, wciągające z romansem i tematem, który skłania do refleksji.

Dziękuję Kochana Kirsty za tak wspaniałe emocje, za Jamie i Ellie. Chce więcej takich uczuć, akcji, wszystkiego! Zdecydowanie polecam wszystkim tym, którzy poznali pierwszy tom oraz wszystkim zainteresowanym. Wiem, że wiele z Was, czytelników - nie przepada za powieściami Moseley, więc Was nie zmuszam, bo wiem, że i tak nic Was nie przekona, tak jak i Ciebie, Kitty kochana. Mimo to cieszę się z tak wspaniałej lektury i pięknie się prezentuje na półeczce, a jakże!

''Chłopak, który o mnie walczył'' to opowieść o stracie i żałobie, jak również o tym, że ''stara miłość nie rdzewieje''. Nie zabraknie w tej historii dawki emocji i momentów napięcia. Jest to lekka, przyjemna książka, która idealnie sprawdzi się na relaks. Momentami bohaterowie mogą denerwować, ale przecież nie ma ludzi idealnych. Twórczość Kirsty Moseley nie należy do ambitnych, ale i takie książki są czasem potrzebne. Jeśli lubicie romantyczne książki, albo zastanawiacie się, co spakować do walizki to polecam Wam tę powieść. 

„Chłopak, który o mnie walczył” jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jeśli czytaliście pierwszy tom, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po kontynuację, która jest znacznie ciekawsza od pierwszego tomu. Jeśli zaś nie mieliście do czynienia z tą serią, to pozostaje mi tylko Was zachęcić do sięgnięcia po nią.

„Chłopak, który o mnie walczył” pozytywnie mnie zaskoczył. To lekka, przyjemna i wciągająca historia o drugich szansach, radzeniu sobie ze stratą i trudnej miłości, która nie daje o sobie zapomnieć. Jest to raczej pozycja skierowana do nastoletnich czytelników. Powinna zwłaszcza przypaść do gustu fanom twórczości Kirsty Moseley i literatury młodzieżowej.

Książka ta, po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że Kirsty Moseley jest najlepsza w tym co robi. W każdej jej książce można znaleźć nowe emocje, które sprawiają, że nie sposób o niej zapomnieć. Z końcem każdej książki, kończy się jakaś historia, szczerze żałuję, że ta z Ellie i Jamiem już się skończyła. 

Ciekawie rozwinięte postacie, fabuła pełna zwrotów akcji, ładna pogoda oraz dzbanek wody z cytryną i lodem to przepis na idealnie spędzone popołudnie na balkonie lub w ogrodzie. Połowę składników z tego przepisu znajdziecie w "Chłopaku, który o mnie walczył".

Pióro autorki jest wspaniałe. Z jej książkami po prostu płynie się, unosi na fali. Z każdą stroną na moich ustach wykwitał uśmiech, bo przedstawiona historia jest nawet piękna. Walka o miłość, jaką zaprezentowała autorka, jest naprawdę interesująca i szalenie słodka. Miód na sercu rozlał się. A więc nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić was do sięgnięcia po książkę. Nie będziecie żałować!

Muszę przyznać, że już od pierwszych stron pokochałam styl Kirsty Moseley i po prostu nie mogłam oderwać się od lektury "Chłopaka, który o mnie walczył". Autorka posługuje się lekkim i prostym językiem, który z pewnością okaże się dla każdego wystarczająco dobrze zrozumiały. Książkę czyta się naprawdę szybko, a do tego przyjemnie. Po przeczytaniu najnowszej powieści Kirsty Moseley, wcale nie dziwię się, że jej twórczość zbiera tak pozytywne recenzje. (...) jestem pewna, że moja przygoda z twórczością Kirsty Moseley nie zakończy się na "Chłopaku, który o mnie walczył". Autorka urzekła mnie tą historią i sprawiła, że z wielką chęcią będę sięgać po jej kolejne książki. Teraz nie pozostało mi nic innego jak zapoznać się z początkiem losów Ellie i Jamiego.

Powiem wam, że książka mnie nie zawiodła i upewniła mnie tylko w tym, że Kirsty Moseley jest mistrzynią. W każdej jej książce znajduję coś nowego, zaskakującego, co budzi we mnie tyle emocji, że nie jestem w stanie przestać żyć jej książką, a historia o Ellie i Jamiem, to najlepsze książki Moseley jakie do tej pory przeczytałam. Bardzo gorąco polecam wam przeczytanie obu tomów. Na pewno się nie zawiedziecie

Narracja prowadzona jest naprzemiennie, czyli tak jak lubię. Mogę nawet stwierdzić, że bohaterowie podzielili się książką po połowie, więc perspektywy Jamiego, jest naprawdę sporo. Osobiście lubię zagłębić się w męskim umyśle, więc jestem z tego bardzo zadowolona. „Chłopak, który o mnie walczył” to przepiękna historia o miłość, która wiele razy będzie musiała pokonywać przeciwności losu. Autorka nic nie ułatwia swoim bohaterom i rzuca im pod nogi kolejne kłody, które nieraz ciężko będzie ominąć. Czy miłość zwycięży? Czy rozgoni mroki? Przekonajcie się sami. Ja Wam tę powieść gorąco polecam.

Przede wszystkim muszę pochwalić autorkę za to, że potrafiła jednak wycisnąć z siebie coś więcej i doprowadzić mnie do łez, radości itd. Kirsty Moseley napisała powieść w prostym, zrozumiałym języku, powieść dość przyjemną oraz lekką w sam raz na samotne weekendy, gdzie chcemy poczytać coś na odprężenie. Myślę, że jest to lektura dla młodzieży lub też niezbyt wymagających czytelników, którzy od czasu do czasu lubią zasiąść przed romansidłem.

Kolejna książka Kirsty Moseley za mną. Jak zawsze mogę ją szczerze polecić. Oczywiście przypominam aby podczas rozpoczynania jej powieści nie mieć wygórowanych, a najlepiej żadnych oczekiwań. To książka na typowe „odmóżdżenie”, lekka, wesoła i przewidywalna. Jeśli potrzebujecie chwili oddechu po cięższej historii, naprawdę polecam Wam którąś z jej książek. Będzie ona dla Was wspaniałą odskocznią na jeden wieczór i nie zawiedziecie się. „Chłopaka, który o mnie walczył” czyta się szybko i płynnie. Autorka nie marnuje czasu na przydługie, nieciekawe opisy, a mimo to w tej powieści skupia się bardziej na stanie emocjonalnym bohaterów.

„Chłopak, który o mnie walczył” to książka naprawdę romantyczna, wolna od nadmiaru lukru. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Pozycja idealna na wakacje! Niezbyt obszerna, za to wciągająca. Przyznam, iż moje pierwsze wrażenie było błędne, za co powinnam posypać głowę popiołem. Z chęcią poszukam i tomu pierwszego. Jeżeli lubicie powieści wręcz kipiące od uczuć, to ta Wam się spodoba. Jakie przygody czekają Ellie i Jamiego? Liczę na kontynuację.

Książkę czyta się bardzo szybko i całkiem przyjemnie, choć porusza ona dość trudne tematy. Język autorki jest jak zwykle lekki, a fabuła pochłania bez reszty. Tym razem nikt nie nazywał nikogo „przystojniakiem”, więc po przeczytaniu odłożyłam powieść z ogromnym uśmiechem na twarzy i ani razu nie chciałam wyrzucić jej przez okno. „Chłopak, który o mnie walczył” to niezwykła historia o miłości, pokonywaniu przeciwności losu, stracie bliskiej osoby i ciągłej walce o szczęśliwe jutro. Powieść tę czyta się na jednym wdechu. Chociaż jest skierowana głównie dla młodzieży, myślę, że spełni oczekiwania również nieco starszych czytelników.

(...)druga część bardzo mi się podobała. Może nie była lepsza od pierwszej, ale była bardzo przyjemna i uważam, że czytając ją spędziłam miło czas. Książkę skończyłam z uśmiechem na twarzy i pozytywnymi emocjami. Książkę polecam szczególnie nastolatkom, ale także wszystkim innym. Nie wiem jak z chłopakami, ale zapewne książka powinna się także niejednemu spodobać.

Byłam naprawdę bardzo ciekawa tej książki. Pierwsza część skończyła się tak nagle w takim dramatycznym momencie, że kiedy tylko zobaczyłam kontynuacje od razu musiałam ją mieć! (...) Na początku brakowało mi tutaj jakiś pozytywnych emocji, wesołych sytuacji, ciepła, nutki pikanterii, było za to sporo smutku i samotności. Jednak z czasem kiedy wszystko się rozkręciło doczekałam się też tego wszystkiego o czym właśnie Wam wspominałam. Z mojej strony mogę napisać jeszcze tylko tyle, że polecam ją osobom, które czytały część pierwszą czyli "Chłopak, który chciał zacząć od nowa", jeśli nie czytaliście to nic straconego, szybciutko można, a nawet i trzeba to nadrobić

Książkę czyta się niezwykle szybko, a wypływają na to czcionka, która jest większa, a także ilość stron, która nie jest duża. Czyta się również płynnie i lekko, a co najważniejsze nie zauważyłam jakiś przesłodzonych momentów, które potrafią często grać mi na nerwach. 

Nie da się ukryć, że styl autorki wyróżnia ją spośród wszystkich innych i sprawia, że ma się ochotę na dalsze zagłębianie, a wręcz pochłanianie losów bohaterów jej powieści. Dodatkowo, prosty w odbiorze i niezwykle plastyczny język tylko potęguje ten fakt. To, co również zachęca do lektury powieści autorki, zarówno tej, jak i poprzedniej to fakt, iż udaje się jej stworzyć bardzo życiowe i co najważniejsze piękne historie o prawdziwym życiu, jakie spotkać może każdego z nas. W jej książkach brak miejsca na nudę, czy historie rodem z taniego romansu i chyba za to należy się jej największe uznanie. Niewątpliwym plusem jej książek są również sami bohaterowie, z którymi również utożsamiać się może niemalże każdy z nas. Pierwsza część z serii "Fighting to be free" zachwyciła mnie swoją prostotą i ciekawą historią,i tak również było w tym przypadku. Jak już wcześniej wspomniałam, Kirsty Moseley udało się utrzymać swój wysoki poziom,co nie zdarza się tak często w przypadku różnych kontynuacji.

Chłopak, który o mnie walczył jest utrzymany na podobnym poziomie. Kirsty Moseley w interesujący sposób zakończyła całą historię. Niemniej jednak znalazłam w niej wiele mankamentów, które nadal sprawiały, iż lektura nie była bardzo przyjemna. Fani twórczości tej autorki i czytelnicy poszukujący lekkiej powieści mogą śmiało sięgnąć po Chłopaka, który o mnie walczył. Jest to historia, która pozwoli Wam się zrelaksować w te gorące wakacje!

Książkę czyta się niezwykle szybko. Jest tak wciągająca, że nie sposób się od niej oderwać. Pochłonęłam ją w jeden dzień, a właściwie to noc, bo zaczęłam czytać wieczorem. Nic nie mogło mnie oderwać od poznawania historii tak wspaniałych bohaterów. jedyne czego żałuję to, jak już wspomniałam, tego, że nie znam ich wcześniejszych losów.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ