Powieść historyczna
Na rozkaz damy
KUP TERAZ

Na rozkaz damy

brak opinii
Liczba stron: 256
ISBN: 9788327625588
Premiera: 2017-04-12

Kapitan Declan Frobisher zakochuje się w lady Edwinie Delbraith od pierwszego wejrzenia. Ponieważ Edwina odwzajemnia jego uczucia, szybko stają na ślubnym kobiercu. Zgodnie z wyobrażeniem Declana małżonka powinna prowadzić dom w Londynie, podczas gdy on sam wyruszy na morze, szukając przygody. Jednak Edwina krótko po ślubie udowadnia, że jej charakter nie idzie w parze z eterycznym wyglądem. Lubi rządzić i jest zdecydowana kierować własnym życiem.

Gdy Declan w tajnej misji musi popłynąć do Afryki Zachodniej, Edwina postanawia mu towarzyszyć.

Stephanie Laurens

Stephanie Laurens to australijska powieściopisarka urodzona w Cejlonie. Jej książki to głównie romanse historyczne. W Polsce znana jest m.in. z powieści o rodzie Cynsterów. Ma doktorat z biochemii i wraz z mężem prowadziła badania nad rakiem. Na emeryturze poświęciła się jednak pisaniu.

Laurens

 

Declan Fergus Frobisher stał u boku lady Edwiny Frobisher z domu Delbraith, swej świeżo poślubionej małżonki. Otaczał go zgiełk modnego towarzystwa, zgromadzonego w salonie lady Montgomery. Gwar rozmów nie ustawał ani na chwilę, na podobieństwo krzyków mew – lecz w końcu rozmowa stanowiła jedyny cel podobnych wieczorków. Śmietanka wyższych sfer nieustannie krążyła po sali, grupki przemieszczały się jak w wielobarwnym kalejdoskopie lekkich jedwabi i satyn oraz ciemnych fraków z delikatnej wełny, przypominając gobelin o stale zmieniającym się wzorze. Przestronne pomieszczenie rozjaśniał blask kilku żyrandoli; światło lśniło w przemyślnie ułożonych lokach, wypomadowanych puklach i załamaniach niezliczonych klejnotów zdobiących szyje, uszy oraz nadgarstki licznie zgromadzonych dam.

                Jedna z takich mocno obwieszonych pań podpłynęła do nich, rozsiewając dokoła diamentowe błyski.

                – Edwino, kochanie! – Uścisnęła końce palców i musnęła policzek ukochanej Declana, która powitała ją z typowym dla siebie pogodnym wdziękiem. Lecz wzrok nowo przybyłej zdążył się już przesunąć w kierunku samego Declana. Dama zmierzyła jego wysoką postać od stóp do głów, po czym skierowała pod jego adresem wyraźnie drapieżny uśmiech.

                – Musisz, po prostu musisz przedstawić mnie swemu mężowi. – Jej głos opadł do zmysłowego pomruku.

                Declan spojrzał na Edwinę, ciekaw jej reakcji na tak jednoznaczne zachowanie.

                Żona nie sprawiła mu zawodu: uśmiechnęła się z rozkoszą, jak kotka, która spiła całą miseczkę śmietanki i spodziewa się kolejnej porcji. Jej twarz promieniała niewzruszoną pewnością siebie; na ten widok Declan uśmiechnął się szeroko w myślach. Jakby wyczuwając jego rozbawienie, Edwina przelotnie skierowała na niego swe piękne błękitne oczy i powiedziała, machając lekko ręką:

                – Lady Cerise Mitchell, oto mój mąż, Declan Frobisher.

                Słysząc subtelny, lecz mimo to wymowny nacisk na słowa „mój mąż”, Declan wygiął usta w uprzejmym uśmiechu, ujął dłoń wyciągniętą przez lady Cerise i się ukłonił. Dama wymruczała uwodzicielskie „Enchanté”, lecz on stracił już zainteresowanie. Owszem, poświęcał część uwagi paradzie osób, które podchodziły, by z nimi porozmawiać, odpowiadaniu na jedne pytania i zbywaniu innych, które uważał za zbyt natrętne, lecz nie po to przecież tam przyszedł.

                Po drugiej stronie Edwiny stała jej matka Lucasta, księżna wdowa Ridgware; przystojna, wyniosła dama o szlachetnej, lecz nieprzystępnej powierzchowności. Za nią starsza o kilka lat siostra Edwiny, lady Cassandra Elsbury, miła młoda mężatka. Resztę ich kółka tworzyło kilka ciekawskich pań i zaintrygowanych panów, gorliwie pragnących popisać się znajomością z damami z książęcego rodu i, co bodaj ważniejsze, dowiedzieć się czegoś o nieznanym osobniku, który zdobył rękę jednej z najbardziej pożądanych panien śmietanki towarzyskiej. Declan ze wszystkich sił starał się sprostać ich oczekiwaniom, rozsiewając wokół siebie atmosferę tajemniczości.

                Po prawdzie jednak jego pochodzenie nie kryło w sobie żadnej tajemnicy. Historia rodziny Frobisherów sięgała daleko w przeszłość – za czasów królowej Elżbiety jej członkowie walczyli pod wodzą Raleigha. W ich żyłach płynęła szlachetna krew i już sam ten szacowny rodowód gwarantował im trwały dostęp do najwyższych sfer, lecz mimo to Frobisherowie z dawien dawna woleli podążać własnymi tajemniczymi – by nie powiedzieć ekscentrycznymi – ścieżkami, tradycyjnie trzymając się z dala choćby od obrzeży modnego towarzystwa. I podczas gdy Raleigh walczył przede wszystkim dla własnej chwały, a dopiero potem dla królestwa, Frobisherowie niechętnie rzucali się w wir walki i czynili to tylko na królewski rozkaz. Dynastia ich była dynastią żeglarzy, a bitwy kosztowały przecież zarówno ludzkie życie, jak i statki, toteż walczyli wyłącznie, kiedy zaszła taka potrzeba, co oznaczało: jedynie wtedy, gdy ich pomoc była niezbędna.

                Byli pod Trafalgarem, ale nie pod dowództwem Nelsona – ich flota pilnowała, by żaden z francuskich statków nie umknął na północ celem przegrupowania. Ojciec i wujowie Declana skutecznie wykorzystali swe chyże okręty, by uszkodzić i przejąć niejedną francuską fregatę.

                W konsekwencji nazwisko Frobisherów było dobrze znane w wyższych sferach. Jeśli wiązała się z nim jakakolwiek tajemnica, to dotyczyła wyłącznie tego, kim byli obecni członkowie rodu i czym się zajmowali, a także sposobu, w jaki dorobili się swej fortuny i tejże fortuny rozmiarów. Frobisherowie nigdy nie przejawiali zainteresowania ziemią, zaś ich włości – takie, jakie były – leżały daleko na północy, w pobliżu Aberdeen; od Londynu dzieliła je bardzo znaczna odległość. Rodowe mienie znajdowało się głównie na morzu, to zaś dawało asumpt dywagacjom, czy ta skądinąd szacowna rodzina nie splamiła się handlem. W modnym towarzystwie fetowano ludzi żyjących ze swych majętności, lecz z trudem pojmowano, że owe majętności mogą mieć postać statków. 

                Wielu z obecnych słyszało też pogłoski o niedawnych wyczynach rodziny Frobisherów. Większość tych doniesień – a dotyczyły one wypraw w dzikie krainy i wysoce rentownych kontraktów transportowych – opierała się na faktach. Jeśli już, fakty te bywały jeszcze bardziej zdumiewające niż najśmielsze spekulacje plotkarzy.

                Oczywiście w towarzystwie niepotwierdzone plotki generują tylko większe zainteresowanie. I to właśnie zainteresowanie – ta ledwo skrywana ciekawość – błyszczało jasno w oczach wielu gości lady Montgomery.

                – Powiadam, Frobisher – zagadnął niejaki pan Fitzwilliam, przeciągając głoski. – Słyszałem, że ktoś z pańskiej rodziny przekonał niedawno amerykańskich kolonistów do przyjęcia jakiegoś nowego traktatu handlowego. Co to za historia, hę? Czy chodziło o pana?

                Mowa była o Robercie, jednym z dwóch starszych braci Declana, który najbardziej z nich wszystkich interesował się dyplomacją. Traktat, z którym powrócił z Georgii, miał przynieść rodzinie jeszcze większe bogactwo, a przy tym znacząco przyczynić się do wypełnienia kufrów korony.

                Declan jednak uśmiechnął się tylko i odrzekł:

                – Nie chodziło o mnie. – Gdy zaś spostrzegł, że Fitzwilliam nie zamierza rezygnować, dodał szybko: – Nie dotarła do mnie ta pogłoska.   

                Bo i po cóż miałby zważać na pogłoski, kiedy znał fakty?

                Nie miał jednak zamiaru zaspokajać niczyjej ciekawości i tłumaczyć się z rodzinnych spraw. Jedynym powodem jego obecności na wieczorku była stojąca u jego boku urzekająca i pełna życia dama.      

                Przyciągała go jak magnetyt, promieniała niczym roziskrzony brylant, z natury swej fascynujący. Od najmniejszego pukla na czubku jasnej głowy po koniuszki delikatnych palców u stóp przykuwała i zajmowała jego myśli. Częściowo była to reakcja czysto fizyczna – jakiż mężczyzna z krwi i kości oparłby się urokowi gęstych złocistych loków, okalających twarzyczkę w kształcie serca, jasnych błękitnych oczu, dużych i dobrze osadzonych pod delikatnie wygiętymi brwiami, długich brązowych rzęs, cery barwy brzoskwiń ze śmietanką, nieskażonej niczym poza kilkoma piegami na małym nosku, wreszcie pełnych różanych ust, aż proszących się o pocałunek? A przecież usta te były na dodatek wymowne i zazwyczaj wygięte w uśmiechu, wyraz twarzy zmienny i odbijający nastroje oraz myśli, zaś lśniące życiem, intensywnie niebieskie oczy stanowiły okno na bystry umysł.

                Jeśli dodać do tego zgrabną figurkę, będącą uosobieniem ideału drobnej Wenus, to trudno się dziwić, że żadna inna istota nie potrafiła z taką łatwością przykuć uwagi Declana. Zaiste stanowiła zdobycz godną pożądania; od chwili gdy po raz pierwszy ją ujrzał, nie potrafił się jej oprzeć – przemawiała do jego zachłannego pragnienia przygody.

                Byli małżeństwem dopiero od ponad trzech tygodni. Jakiś rok wcześniej Declan wrócił z Nowego Jorku do Londynu, gdzie – skazany na miesięczne oczekiwanie przed kolejnym rejsem – uległ w końcu znudzeniu i naleganiom starych znajomych i przyjął zaproszenie na bal dla wyższych sfer. Przez całą podróż do Ameryki i z powrotem dręczył go uparty, drażniący niepokój, jakiego nigdy przedtem nie doświadczył; zupełnie niespodziewanie myśli jego zwróciły się ku wygodom domowych pieleszy, ku rodzinie.

                Ku małżeństwu.

                Ku jakiejś żonie.

                A gdy podczas tamtego zeszłorocznego balu jego oczy spoczęły na Edwinie, wiedział już dokładnie, kto ma tą żoną zostać. Z typowym dla siebie zdecydowaniem zaczął się ubiegać o jej rękę, nie zwracając uwagi na fakt, że ta niekiedy wyniosła córa książęcego domu w wieku dwudziestu dwóch lat (trzy lata od swego towarzyskiego debiutu) zyskała już reputację osóbki, która nie pozwoli się łatwo złowić.

                Od pierwszego zetknięcia palców, od pierwszego spotkania oczu zaiskrzyło między nimi uczucie. Zaloty do Edwiny okazały się cudownie nieskomplikowane. Po kilku miesiącach Declan zwrócił się z prośbą o jej rękę i został przyjęty.

                W jego mniemaniu wszystko zmierzało gładko w kierunku wygodnego, konwencjonalnego małżeństwa, jakim – w tych rzadkich chwilach, kiedy w ogóle zaprzątał sobie tym głowę – widział ich przyszły związek.

                I wtedy, trzy miesiące przed weselem, Lucasta i Edwina postanowiły stawić czoło zimowym śnieżycom, by odwiedzić rodową posiadłość Frobisherów pod Banchory-Devenick. Z początku, kiedy Declan poznał cel wizyty, uznał, że inicjatywa wyszła ze strony Lucasty. Dopiero potem odkrył, iż to Edwina uparła się, że jej przyszli krewni muszą przed ślubem (nie zaś po nim) zostać dopuszczeni do sekretu skrywanego przez jej rodzinę od ponad dziesięciu lat.

                Wielce zaintrygowany Declan, jego rodzice oraz trzej bracia zasiedli w zaciszu dużego rodzinnego salonu i wysłuchali opowieści Lucasty. Informacja, że jej starszy syn, ósmy książę Ridgware, targnął się na własne życie z powodu gigantycznych długów, młodszy zaś, lord Julian Delbraith, wcale nie zaginął z domniemaniem śmierci, jak powszechnie sądzono, lecz ukrywał się pod nazwiskiem Neville Roscoe, król londyńskich szulerów, była niewątpliwie sporą niespodzianką.

                Niespodzianka ta jednak, wbrew wyraźnym obawom Edwiny, okazała się nie tyle szokująca, ile nieskończenie intrygująca i wręcz miła.

                Wszyscy Frobisherowie jak jeden mąż natychmiast dostrzegli korzyści mogące płynąć z koneksji z człowiekiem pokroju Roscoe – posiadającym jego władzę, autorytet i zasoby – a to sprawiło, że ich opinia o planowanym przez Declana mariażu podniosła się z bardzo dobrej do nadspodziewanie wręcz doskonałej.

                Potem, na osobności, jego ojciec Fergus klepnął go po ramieniu i wykrzyknął:

                – Na Boga, chłopcze, nie mógłbyś lepiej wybrać! Osobiste dojście do Neville’a Roscoe… No, no, któż by się spodziewał, że coś takiego w ogóle wchodzi w grę! Taka koneksja umocni jeszcze naszą rodzinę.

                I on, i matka Declana, Elaine, a także wszyscy jego bracia od początku cieszyli się z planowanego małżeństwa, lecz to zgoła nieoczekiwane odkrycie okazało się dla nich największą zaletą związku.

                Ślub odbył się z pompą w kościele położonym w książęcych włościach w Staffordshire, a następne kilka dni Frobisherowie spędzili w Ridgware z parą młodą i najbliższą rodziną Edwiny – wtedy też mieli sposobność poznać  nieuchwytnego lorda Juliana Delbraitha, znanego powszechnie jako Neville Roscoe. Najwyraźniej jego niedawny ożenek z Mirandą, obecnie lady Delbraith, zmusił go do zmiany mocnego postanowienia, by już nigdy nie występować pod prawdziwym nazwiskiem. Oboje z Mirandą pojawili się na ślubie, choć skryci za parawanem, z dala od oczu pozostałych gości.

                Obecność brata ogromnie ucieszyła Edwinę i choćby z tego powodu sprawiła przyjemność także Declanowi. Zorganizowane potem prywatne spotkanie Frobisherów z Roscoe i jego prawą ręką, Jordanem Draperem, stanowiło zaś niemal dosłownie wisienkę na weselnym torcie. Omówiono wszelkie możliwości potencjalnej współpracy; szybko też stało się jasne, że Roscoe zapatruje się na to małżeństwo z równą przychylnością, co Frobisherowie. Krótko mówiąc, było to prawdziwe zetknięcie pokrewnych dusz.

                Taki był bezpośredni efekt poznania prawdy o rodzinie Delbraithów, lecz niczym zmarszczki rozchodzące się po stawie za wrzuconym kamieniem, podążyły za nim inne.

                Po ślubie Declan i Edwina wrócili z Frobisherami na północ, by spędzić kilka tygodni w Banchory-Devenick. Kilka dni po przyjeździe Fergus zaprosił Declana na spacer.

                Gdy znaleźli się z dala od domu, oświadczył, wbijając wzrok w ziemię:

                – Przyszło mi do głowy, mój chłopcze, że moglibyśmy się sporo nauczyć od rodziny twojej Edwiny. Nie mówię tu o Roscoe, ale o pozostałych… a zwłaszcza o paniach.

                Niepewny, co ojciec ma na myśli, Declan zachował milczenie.

                Po kilku krokach Fergus mówił dalej:

                – Upłynęło sporo czasu, odkąd jakiś Frobisher poruszał się w wyższych sferach. Można powiedzieć, że nigdy nie było to pole, na którym toczylibyśmy nasze bitwy. Ale patrzę na starą księżnę, tę wdowę, i na jej córki, na moją synową… i myślę, ile udało im się osiągnąć w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Tyle miały do ukrycia, a mimo to zdołały… może nie tyle oszukać śmietankę towarzyską, ile zamaskować prawdę, i to z jakim taktem, jaką elegancją… Do tego trzeba talentu z rodzaju, którego nam, jako rodzinie, brakuje.

                Bystre agatowe spojrzenie ojca przyszpiliło młodzieńca.

                – Mówiłeś, że zamierzasz zabrać Edwinę do Londynu… Że nająłeś tam dom i że Edwina oraz księżna wdowa sądzą, że musicie pokazać się w towarzystwie, by ugruntować swoją pozycję, cokolwiek to znaczy. Tak sobie myślę, że to może być dla ciebie wyśmienita okazja do obserwacji i nauki tego, jak one sobie radzą z takimi rzeczami.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ