Powieść obyczajowa
Kim jest ta dziewczyna?
KUP TERAZ

Kim jest ta dziewczyna?

brak opinii
Liczba stron: 512
ISBN: 9788327621252
Premiera: 2016-10-05

Gdy Edie zostaje przyłapana w kompromitującej sytuacji z panem młodym na jego własnym weselu, wybucha skandal. Powszechne oburzenie przenosi się do sieci, a przez profile społecznościowe Edie przetacza się fala hejtu. Nazwana złodziejką mężów i skazana na towarzyski ostracyzm, pragnie zapaść się pod ziemię.

Ponieważ atmosfera w biurze jest gęsta od plotek i komentarzy, szef wysyła ją do Nottingham na coś w rodzaju przymusowego urlopu, gdzie jako ghostwriterka ma napisać autobiografię wschodzącej gwiazdy filmowej, Elliota Owena.

 Idealny plan? Niekoniecznie...

Hejt wciąż boli, współpraca z Elliotem od początku układa się fatalnie, a życie pod jednym dachem z ojcem i wiecznie niezadowoloną młodszą siostrą staje się źródłem kolejnych frustracji.

Gdy wydaje się, że cały świat sprzysiągł się przeciw niej, Edie musi udowodnić sobie i innym, że wie, kim jest, i potrafi żyć po swojemu.

Mhairi McFarlane

Mhairi  McFarlane  to szkocka powieściopisarka, która podbiła serca milionów kobiet na całym świecie. Zanim zaczęła pisać ksiązki była dziennikarką w lokalnej prasie w Nottingham. Jej debiutacka powieść pt. „Nie mów nic, kocham Cię” stała się z dnia na dzień hitem. Została przetłumaczona na 16 języków i czeka na swoją filmową adaptację, której scenariusz również stworzyła McFarlane. Jej kolejna książka „Uwaga! To może być miłość”, opublikowana rok później znalazła się na liście bestsellerów “Sunday Times”.

Nigdy tego nie chciała. Być tą drugą. Zresztą kto by chciał? Komu mogłaby przypaść do gustu ta niesympatyczna, żałosna, przyprawiająca o wieczny ból serca rola? Każdy scenarzysta dobrze wie, że nikt nie chce być w swoim mniemaniu, we własnym scenariuszu, czarnym charakterem.

Od jakiegoś czasu Edie miała wrażenie, że jej życie fatalnie zboczyło z kursu. Teraz musiała zmierzyć się także z przekonaniem, że już na dobre.

A nie zawsze tak było. Po romantycznej i nieco chaotycznej młodości, gdy tuż po studiach głównie szwendała się po stolicy, po ukończeniu dwudziestu pięciu lat ustatkowała się u boku, wypisz, wymaluj, ideału towarzysza życia. Był nim Matt, niełatwy, mocno emocjonalny poeta z północy o złożonej osobowości i urodzie Alaina Delona.

Nastąpiła wówczas chwalebna przemiana bałaganiarskiej Edith w Edie – ładną i dowcipną dziewczynę pisarza, która bierze życie za kark, a Londyn ma u stóp.

Dokładała starań, by ich związek był naprawdę tak wspaniały, na jaki wyglądał. Pasowali do siebie. Ludzie im zazdrościli. Marzyła o ślubie, nawet o dzieciach, ale im częściej musiała stawiać czoło humorom Matta, tym bardziej dochodziła do wniosku, że niech to już zostanie w sferze marzeń.

Po trzech latach zmagań poczuła się kompletnie wykończona wysiłkiem zrozumienia Matta i wiecznymi staraniami o jego dobry nastrój.

Rozstali się, a ona spostrzegła, że jest smutną i do tego dwudziestodziewięcioletnią kobietą. Wokół nie brakowało mężczyzn po przejściach, którzy byliby skłonni pomóc jej zebrać się do kupy. Założyła więc, że któryś z kolejnych flirtów, być może tuż po przekroczeniu magicznej trzydziestki, przyniesie jej Pana Właściwego, który czeka gdzieś tam na nią z wielkim bukietem w dłoni.

Ale jakoś nic takiego się nie stało. Chwilowa singielka stała się singielką na stałe. Nie spotkała nikogo, w kim warto byłoby się zakochać. Z wyjątkiem Jacka. Choć akurat w nim nie powinna była się zakochiwać.

Ale czy zawsze mamy wybór? Spędziła wystarczająco dużo samotnych wieczorów, mając za towarzysza jedynie filmy z Netflix, by się nad tym zastanowić.

Często wracała myślą do pierwszego spotkania z Jackiem w agencji reklamowej, gdzie pracowała jako copywriterka. Charlotte, jako ambitnej opiekunce klienta, udało się przekonać ich szefa Richarda, by zatrudnił Jacka, mimo że w firmie panowała zasada „żadnych par”.

Początkowo Edie nie poświęcała Jackowi Marshallowi zbyt wiele uwagi. Ot, pomyślała, to jeszcze jeden z tych kolesiów, co to przed pracą zaliczają siłownię i są nastawieni na sukces. Jak Charlotte.

– Edie, to jest mój chłopak! – zawołała do niej Charlotte z drugiego końca stołu we włoskiej winiarni, do której chodzili całą paczką w piątek po pracy. Było późne lato zeszłego roku. – Polubisz Edie, to taki nasz firmowy klaun.

Komplement raczej wątpliwy, ale Edie zrobiła dobrą minę do złej gry i uśmiechnęła się.

Podniosła się z krzesła i przez stół, którego połowa znajdowała się w sali, a połowa była wysunięta na chodnik, uścisnęła końce palców Jacka, bo całej dłoni nie była w stanie dosięgnąć. Później nie mogła się nadziwić swojej ówczesnej obojętności. Na pierwszy rzut oka Jack – jasne włosy, szczupła sylwetka w dopasowanym garniturze – wyglądał jak typowy, pasujący do Charlotte człowiek interesu, więc Edie szybko wróciła do prowadzonej przed prezentacją rozmowy.

W ciągu tygodni, które po tym nastąpiły, kilkakrotnie przyłapała Jacka, jak wędruje wzrokiem w jej rejony, ale pomyślała po prostu, że facet lustruje swoje nowe miejsce pracy. Charlotte miała wdzięk smukłej bogini południowych hrabstw, nie wydawało się więc prawdopodobne, że jej chłopakowi może podobać się dziewczyna ze środkowej Anglii, która pokrywa pierwszą siwiznę kosmetykami L’Oréala i ubiera się jak Velma ze „Scooby Doo”.

Pewnego dnia w przerwie na lunch siedziała przy biurku, jadła jabłko i czytała książkę Jona Ronsona. Zauważyła, że Jack jej się przygląda. Nie zaczerwieniłaby się, gdyby nie powiedział szybko:

– Strasznie marszczysz czoło, kiedy czytasz, wiesz o tym?

– Elvis policzkował Priscillę, kiedy się marszczyła – odparła.

– Poważnie?

– Taaak. Nie chciał, żeby dostała zmarszczek.

– No, no, co za dupek. Już wyrzucam moje „Live in LasVegas”. Ale ty nie masz się czym przejmować.

– Nie dasz mi po buzi? – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Ha, ha, ha! Nie. Nie masz zmarszczek.

Skinęła głową, wymamrotała pod nosem „dziękuję” i wróciła do lektury. Czy to miała być próba flirtu? Raczej nie. Ale niedługo po tym Olly, klient handlujący winami, rozmawiał z Edie w sposób świadczący o dużym zainteresowaniu i znów poczuła na sobie wzrok Jacka.

– Moja mała Edie! Jak się miewasz?! – zawołał Olly, który wyraźnie coś sobie łyknął do lunchu. – Jaka cudowna bluzeczka. Jesteś bardzo podobna do mojej córki. Prawda, Richard? Wykapana Vanessa.

Jej szef Richard mruknął pod nosem coś, co można było wziąć za rodzaj wymuszonej przez konieczność zarobkowania zgody.

Edie podziękowała uprzejmie w nadziei, że wszyscy w biurze dobrze wiedzą, że nie robi nic, by wzbudzić zainteresowanie tego wiecznie woniejącego whisky faceta.

Gdy Richard odciągnął gościa od jej biurka, na jej ekranie wyskoczyła wiadomość z komunikatora G-chat. Jack.

 

„Młoda damo, pozwól, że ci oświadczę, w sposób zupełnie zresztą platoniczny, że bardzo chciałbym uprawiać z tobą seks”.

 

Edie oniemiała, dopiero bowiem po chwili dostrzegła znaki cudzysłowu. Omal się głośno nie roześmiała. Po czym, uspokojona i uradowana, odpisała:

 

Hm, Olly to bardzo cenny klient. Należy do rodziny… „wymiotująca buzia”.

 

No i zanim się zorientowała, wciągnęło ją. Przejęła od Jacka pałeczkę. Droga do zatracenia zawsze zaczyna się od jednego kroczku.

 

Jack:

Jedyną rzeczą gorszą od jego gadki są wina, które sprzedaje. Próbowałaś na przykład pinot grigio? Błeee.

 

Edie:

Pewnie znajdziesz gdzieś mój tekst, w którym opisuję je jako posiadające lekki nerw zielonej śliwki i długi melonowy finisz. Znakomite na popołudnie w ogrodzie, które może przeciągnąć się do wieczora.

 

Jack:

Czytaj: wińsko do obalenia na ławce w parku o aromacie płynu Listerine zmiksowanego z sikami po szparagach.

 

Edie:

Tak, jego bukiet można określić mianem „natarczywy”.

 

Jack:

Ja takie rzeczy czytam wyłącznie dla jaj. „Obiecujące połączenie dojrzałych owoców, energetycznych zapachów gwarantuje, że przeniesiesz się do włoskich winnic”. Już prędzej do izby przyjęć.

 

Gdyby podobną zażyłość zainicjował którykolwiek z męskich kolegów z pracy, Edie uznałaby to za oczywistą próbę podrywu. Ale Jack był przecież chłopakiem Charlotte, siedział tuż obok, a więc to nie flirt. Zwykła gadka przez internetowy komunikator, bez wartości dodanej.

Stali się czatowymi kumplami. Prawie każdy ranek Jack zaczynał od przesłania jej jakiegoś dowcipnego komentarza. Na kogoś, kto miał takie poczucie humoru jak Edie, działało to jak magnes. Wyglądało na to, że i jego ta sytuacja urzekła. Miał dużo pewności siebie owocującej mnóstwem cierpkich uwag i pochłanianiem olbrzymich ilości kawy w stylu amerykańskim.

W nudzie biurowego życia brzdęknięcie zwiastujące pojawienie się na jej ekranie komunikatu od Jacka szybko skojarzyło się z uczuciem przyjemności i nagrodą. Edie stała się jak laboratoryjny szczur w naukowym eksperymencie, który naciska tę dźwignię, której naciśnięcie obdaruje go orzeszkiem. Idąc dalej za tym porównaniem, powinna prędzej czy później spodziewać się elektrycznego szoku i wtedy zacząć naciskać inną dźwignię. Tak działa uzależnienie.

To wszystko razem było lekko zabawne.

Nawet wówczas, gdy rozmowa zaczęła zbaczać na nieco poważniejsze, bardziej osobiste tematy, Edie zorientowała się, że pomiędzy anegdotkami, zdawkowymi wyrazami zażyłości czy zwykłymi głupotami zaczyna przemycać treści, z którymi nie dzieliła się z żadnym innym mieszkańcem Londynu.

Zauważyła też, że gdy w piątek wraca do domu, łapie doła. To śmieszne, zupełnie na odwrót niż inni ludzie. Bo wie, że aż do poniedziałku będzie trwała przerwa w błyskotliwych, opartych na szczególnego rodzaju chemii internetowych pogaduszkach.

Po jakimś czasie w weekendy zaczęły nadchodzić od Jacka żartobliwe esemesy – znak, że o niej myśli. Zauważyła też przychylne posty pod swoimi tweetami, a raz nawet całkiem przypadkowo uderzyło ją, że dał lajka jakiemuś jej staremu zdjęciu, skrytemu głęboko w fejsbukowych archiwach. Widomy ślad buszowania w mediach społecznościowych.

Kiedyś, w czasie wspólnego piątkowego wyjścia po pracy, Jack mówił w obecności Charlotte, że karygodnie rozprasza Edie i przeszkadza jej w pracy. Charlotte wówczas wydała pomruk niezadowolenia, zbeształa Jacka i przeprosiła Edie. A Edie poczuła się winna.

Ale niby dlaczego? Z powodu rozmówek, których Jack nie ukrywał przed swoją dziewczyną i które sam zainicjował? Gdyby było w nich coś niestosownego, nie mówiłby o tym, prawda?

W razie czego zawsze przecież można zaprzeczyć.

 

Ale czego nie wiedziała Charlotte, a do czego Edie nie chciała się przed sobą przyznać, diabeł tkwi w szczegółach.

Charlotte z pewnością nie zachowałaby zimnej krwi, gdyby wiedziała, że Jack zazdrością, udawaną czy też nie, reagował na każdą randkę Edie. „Boże, musisz się pewnie okropnie stresować byciem czyjąś dziewczyną…”, pisał. „Jak idziesz poznać jego rodziców, powściągnij trochę swoją niewyparzoną gębę. I daj im jakiś prezent. Najlepiej kaszankę czy coś w tym rodzaju”.

Oboje wyobrażali sobie tę sytuację, śmiali się i przesyłali wesołe buźki. Edie udawała, że jest urażona drwinami z jej domniemanego pochodzenia z północy kraju, ale w gruncie rzeczy ekscytowało ją, że Jack traktuje ją jak kogoś bliskiego. Było w tym mnóstwo czułości.

Przyjął na siebie rolę najlepszego kumpla, powiernika i – no cóż – kogoś w rodzaju chłopaka. Chciałaby, by tak było.

W końcu spostrzegła, że chcąc nie chcąc, naruszyła pewną niewidzialną granicę. I to nie za sprawą jednej decyzji o zasadniczym znaczeniu, ale w drodze kolejnych, małych, nie do końca świadomych wyborów.

Dopóki był z Charlotte, nie zamierzała jednak niczego zmieniać. Co więc to komu szkodzi? To jest jak mała iskierka rozświetlająca szary dzień. Nie zawiera kalorii, nie powoduje raka. Darmowa porcja czystej radości.

O tym, że jednak będą pewne koszty, przekonała się jakieś cztery miesiące po tym, gdy po raz pierwszy odezwał się do niej na czacie.

Jack nie wyglądał jej na takiego, dla którego szczytem marzeń jest mieszkanie za miastem nabyte na kredyt hipoteczny. Jednak pewnego razu w czasie przerwy na lunch Charlotte wydobyła skądś butelkę moëta i rozdała wszystkim napełnione bąbelkującym płynem plastikowe kubki.

– Właśnie sfinalizowaliśmy kupno domu!

Co takiego? Jack nic nie mówił! A jej się wydawało, że mówią sobie prawie wszystko.

Poczuła się zdradzona. Jej obraz świata dostał właśnie – jak mawiała jej przyjaciółka Hannah – kurewsko mocno po twarzy od rzeczywistości.

Gdy tylko Jack wrócił na miejsce, przesłała mu komunikat:

 

Nie wiedziałeś o tym?

 

Potwierdzam, wiedziałem. Przewalczyła to i sama wszystko doprowadziła do końca. Podtrzymaj mnie na duchu i powiedz, że wszystko będzie OK, E.T. x[1]

 

I to wszystko? Nic więcej nie ma jej do powiedzenia?

Była zdumiona, jak bardzo wstrząsnął nią taki rozwój sytuacji. Mogła to sobie z Jackiem wyjaśnić do końca, zmusić go, by wyjawił jej, dlaczego nie wspomniał o czymś tak istotnym, ale uznała, że to nie jej broszka. Nie będzie się wtrącać w jego życie z Charlotte, rościć sobie praw do ściśle prywatnych informacji. To byłoby zdecydowanie niefajne. Prowadziła nawet wewnętrzny dialog: No dobra, ty się umawiasz z chłopakami? To on może kupować nieruchomości ze swoimi dziewczynami, nie?

Cała ta sprawa zmusiła ją do spojrzenia prawdzie w oczy – że mianowicie powoli, spokojnie, w sposób nieoczywisty także dla niej samej, zbudowała sobie pewne nadzieje.

Postanowiła unikać teraz żartobliwych utarczek i on też trzymał się od nich z dala. Ale już po niedługim czasie w komunikatorze ponownie pojawiły się jego pełne wigoru, jak zawsze, wpisy. Zrozumiała, że trudno będzie bezkolizyjnie zmienić bieg rzeczy. Musi albo grać dalej, albo ostatecznie się wycofać. A życie i tak pójdzie naprzód.

Coś, co zaczęło się lekko i przyjemnie, stało się teraz dla Edie przyczyną zgryzoty. Całymi wieczorami przeglądała mejle i esemesy od Jacka, dopatrując się w nich dowodów odwzajemniania jej uczucia. Zaznaczała je sobie wyimaginowanym krzyżykiem.

Jack zdradził się pewnego razu, że Charlotte pragnie rzeczy, na których jemu nie zależy: ślubu, dzieci, opalanego drewnem kominka i samochodu z napędem na cztery koła.

Edie unikała teraz rozmów na takie tematy, ale również starała się ignorować, co on w ten sposób chce jej dać do zrozumienia. Nie chciała widzieć wielkiego znaku ostrzegawczego głoszącego: WSTĘP WZBRONIONY. NIEBEZPIECZNE MATERIAŁY. KIEROWNICTWO NIE PONOSI ODPOWIEDZIALNOŚCI.

Dotarło do niej, że nie wtajemniczała Charlotte w ich pogaduszki, bo uważała je za niewinne. A on powiedział o wszystkim Charlotte, gdyż jest skończonym kłamcą. A tacy wiedzą, że najciemniej jest pod latarnią.

Istnieje tylko jedna osoba, którą można by tą sprawą zainteresować. To jej najlepsza koleżanka, Hannah, która – co nie jest bez znaczenia – mieszka w Edynburgu.

Edie wyrzuciła z siebie wszystko, składając jednocześnie ostatnie zamówienia w staroświeckim pubie przy Royal Mile przy okazji wycieczki, jaką w pewien długi weekend odbyła w kierunku północnym.

– Wiesz – mówiła do przyjaciółki, starając się nadać głosowi jak najlżejszy ton – czułabym się lepiej, gdybym potrafiła zrozumieć, dlaczego on jest z Charlotte. Oni tak bardzo się od siebie różnią.

Hannah lekceważąco pokręciła głową.

– Egoistyczny żartowniś lubi mieć kobietę, która wszystkim pokieruje. Ceni pieniądze i skuteczność działania, a wierność niekoniecznie.

Zabrzmiało to nieprzyjemnie, acz prawdziwie.

– Uznaj raczej, że nie znasz go tak dobrze, jak ci się wydaje, a nie że ona do niego nie pasuje – zaznaczyła Hannah, poprawiając proste ciemne włosy zawiązane w kok na czubku głowy.

Edie niespecjalnie oczekiwała teraz głosu zdrowego rozsądku. Wolałaby usłyszeć, że Jack kocha się w niej na zabój, tylko nie ma odwagi jej tego wyznać.

– Wiesz, to nie był twój pomysł – ciągnęła Hannah, wyciągając orzeszki ziemne z rozdartej naprędce torebki. – Nie myślałaś, że to się tak skończy. To on zrobił cię w trąbę. Nie obchodzi go, że cię zranił, byleby nadal mógł się zabawiać. W stałym związku nie ma już motyli w brzuchu ani ekscytujących wzlotów i upadków. A ty jesteś przyjacielska i uczynna; niektórzy faceci lubią wykorzystać taką otwartość.

Edie znała na to jeszcze jedno określenie, którego dotychczas nie użyła. Potrzebowska. On wykorzystał fakt, że jej czegoś brakowało. Niedostatek, do którego sama przed sobą nie potrafiła się przyznać. Edie Potrzebowska.

Pomyślała, że Hannah od czasów studenckich jest w związku z uroczo niezawodnym Pete’em. Jak ma więc rozumieć, że życie to dzika dżungla?

– Uważasz więc, że on nawet nie wie, że mnie rani? Może po prostu nie ma pojęcia, że mi na nim zależy? – spytała Edie.

Hannah znów pokręciła głową.

– Wie, wie. Inaczej nie robiłby przed tobą tajemnicy z czegoś, co może ci się nie spodobać. Dlaczego nie pokazał ci po prostu zdjęcia nieruchomości na portalu RightMove i nie powiedział, że w sobotę właśnie ją oglądali?

Edie posępnie kiwnęła głową.

– Nie rób sobie ze mnie żartów. Ale może jednak czuł się trochę zakłopotany?

– Nie na tyle, żeby razem z nią nie podpisać dokumentów hipotecznych. Koniec, kropka. Gdyby chciał być z tobą, byłby. Nawet jeśli jest tobą zauroczony, nie chce z tobą być, bo nic w tym kierunku nie zrobił.

Hannah, z zawodu chirurg (od nerek), miała specjalne zezwolenie na mówienie brutalnej prawdy. Jeśli była nie w sosie, zazwyczaj oznaczało to czyjąś śmierć. „Ktoś mi umarł na stole” – to krótkie zdanie stawiało tamę żalom Edie.

Tym razem Edie nie mogła znaleźć żadnego argumentu przeciw żelaznej logice ostatnich zdań wypowiedzianych przez przyjaciółkę. Zaczęła jej drżeć warga.

– Hannah, cholera, on mnie zniszczył. Czuję, że skoro nie mogę mieć jego, nie ma już na świecie nikogo, kto by się dla mnie nadawał. A skończyłam trzydzieści pięć lat, więc pewnie mam rację.

Hannah położyła jej dłoń na ramieniu.

– Edith. – Koleżanki ze szkoły nigdy nie przyjęły do wiadomości, że kazała mówić do siebie Edie. – On się dla ciebie nie nadaje. Robiąc coś takiego, traktuje swoją dziewczynę jak gówno. Gdybyście się związali, tak samo, jak gówno, traktowałby ciebie. To oczywista prawda i dobrze o tym wiesz.

Edie nie mogła się zgodzić na taką oczywistość, nawet jeśli wiedziała, że jest ona prawdziwsza niż to, że Darwin miał rację co do małp człekokształtnych.

Zauważyła jękliwie, że być może on nie chciał zranić Charlotte.

– Ha, ha! Dobre! – powiedziała Hannah. – Mówisz poważnie?

– To też – odparła Edie, wiedząc, że właśnie wsadziła rękę do pończochy z prezentami gwiazdkowymi i szpera po jej dnie w poszukiwaniu jednej drobnej rzeczy: brazylijskiego orzecha, którego i tak nie da się rozgnieść żadnym dziadkiem. – Ale kiedyś mi powiedział, że jestem nieuchwytna i onieśmielająca. Przecież tak długo byłam sama i niezależna. Może on myśli, że to ryzykowne…

– Taaa, właśnie widać. Siedzisz teraz w dalekim mieście i spędzasz weekend, płacząc za nim. Typowa zagrywka manipulatorskiego gnojka – orzekła Hannah. – Uff. Sorry, Edith, ale mnie on się naprawdę nie podoba.

Edie wyraziła coś w rodzaju zgody, ale w głębi duszy pomyślała, że gdyby Hannah poznała Jacka i całą moc jego czaru, na pewno by ją zrozumiała. I może w ogóle za dużo powiedziała, bo jeśli Hannah i Jack kiedykolwiek się spotkają, przyjaciółka będzie musiała wykonać ciężką pracę, by poprawić swoją o nim opinię. Znów triumf nadziei nad rozumem… Zaczęła się zastanawiać, czy nie dostała na jego punkcie bzika.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe uwarunkowania, nie miała szans się domyślić, że oto zbliżają się zaręczyny.

A jednak w piątek wypatrzyła, że Charlotte jest rozszczebiotana, ma wypieki na twarzy i plotkuje z sekretarką. Spojrzała na palce jej lewej ręki i poczuła, że ktoś zapuścił jej do wnętrza żyłkę z haczykiem, a drugi koniec przyczepił do platformy ciężarówki, która z rykiem silnika właśnie rusza.

Udała, że nic nie zauważyła i wymknęła się na spotkanie z klientem, z którego już nie wróciła do biura. Wieczorem dostała esemesa.

 

Hej, ty tam. Gdzie dzisiaj byłaś? Nie widziałem cię u Luigiego po pracy. No cóż, ja się żenię, co ty na to? Plum. Starzejemy się? Błagam, powiedz, że nie… Nie jestem jeszcze gotowy na skórzany fotel marki La-Z-Boy, E.T. Jx

 

Rzuciła telefonem po przekątnej pokoju, wypiła trzy czwarte butelki dżinu i zaczęła tańczyć do piosenki „CaughtOut There” Kelis, którą puściła tak głośno, że sąsiedzi z dołu zareagowali.

To było gorsze, niż gdyby miała z Jackiem pełnowymiarowy, także fizyczny romans. Wówczas niewierność byłaby bezsprzeczna, uprawniająca do bólu i do wściekłości. A romans czysto uczuciowy wymaga jedynie uznania ze strony obu stron, że miał miejsce, nawet jeśli jedną z tych stron totalnie rozwalił. Kiedyś ojciec mówił jej o superpozycji kwantowej, która – jak się wydaje – dotyczy istnienia i nieistnienia jakiejś rzeczy jednocześnie. Dla Edie był to opis jej związku z Jackiem.

Nie miała prawa się skarżyć. Nie powinna była wikłać się w relację z kimś, kto pozostaje w związku z inną osobą.

To tak jakby pójść na policję i donieść, że koleś, któremu sprzedawałeś narkotyki, nagle wyciągnął w twoim kierunku nóż.

Bardzo podobał mi się konwencja tego tytułu, jest kierowany zdecydowanie do żeńskiego odbiorcy, a zarazem nie jest to tanie i nieciekawe romansidło. No dobrze, da się wyczuć nutkę flirtu, ale to serio tylko nutka w całej gamie innych spraw. Mamy tutaj analizę różnych grup społecznych, autorka podchodzi do nich z dużą dozą sarkazmu i myślę, że trafnie płętuje ich dobre i złe strony. Ja polecam gorąco w te zimne wieczory i niekoniecznie tylko kobietom. Przeczytaj zobacz jaką siłę ma plotka i co dobrego może z niej wyniknąć! Dobrego czytania!

To książka o ogromnej sile Internetu i portali społecznościowych. O tym jak hejt potrafi zniszczyć życie człowieka. O kreowaniu fałszywych wizerunków. Ale także o wielkiej sile przyjaźni, a także o tych przyjaźniach fałszywych, takich, które są po coś. O trudnych relacjach rodzinnych: o niezrozumieniu, samotności, o buncie wyrażanym swoim zachowaniem. O trudnym życiu celebrytów i o pokazaniu, że są oni normalnymi ludźmi.
Niby książka łatwa, szybka i przyjemna a jednak kryje się w niej drugie dno – to trudniejsze. Książka mówi nam o tym, że warto rozmawiać żeby wyjaśniać sobie różne kwestie. Warto dawać sobie drugą szansę. I co najważniejsze – nie przejmować się tym, co o nas piszą.

Całość fajnie jest napisana, lekko i przyjemnie się ją czyta. Cała historia jest lekko smutna, a zarazem śmieszna momentami. Wychodzę z założenia, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Historia Edie mi się spodobała - można pobujać w obłokach.

Książka „Kim jest ta dziewczyna?” to naprawdę wspaniała odskocznia od własnych problemów. Pozornie, bo może okazać się, że w pewnym sensie utożsamimy się z głównymi bohaterami powieści i nagle coś nas poruszy. Tak bardzo, że łzy płyną po policzku. Ja tutaj odnalazłam kawałek siebie i na pewno nie raz do książki powrócę.

To chyba jasne że książka mi się podobała. Nie raz wybuchałam śmiechem czytając o przygodach Edie. I choć kilka sytuacji było iście żenujących, to w gruncie rzeczy, wszystko było poprowadzone interesująco. Każda dziewczyna, lubiąca luźne historie, służące tylko zrelaksowaniu się, z pewnością polubią tę książkę. 

Powieść napisana w tonie żartobliwym, mimo wszystkich mało optymistycznych zajść. Czyta się ją dobrze, tym bardziej w jesienne, długie wieczory. Coś pomiędzy romansem - nie romansem a powieścią dla młodzieży, choć też nie do końca. Trudno mi się jednoznacznie określić. Autorka przedstawia problemy różnych grup społecznych, ich wady i zalety.  Fabuła nieskomplikowana, ot życie, każdej z nas mogłoby się to przydarzyć. 

Ogólnie rzecz biorąc Kim jest ta dziewczyna? byłoby naprawdę dobrą powieścią, gdyby nie to zakończenie. Jestem w stanie wybaczyć niemrawe początki, zwłaszcza, że później nie mogłam się oderwać od tej powieści, ale absolutnie nie znoszę niedopracowanych końcówek. Jasne, mogę sobie ją dopowiedzieć sama, jednak to nie to samo, co po prostu ją przeczytać, jakakolwiek by nie była. Abstrahując od ostatniego rozdziału, ta książka naprawdę mi się podobała, jednak ostatecznie polecam Wam ją, tylko jeśli - w przeciwieństwie do mnie - potraficie pogodzić się z brakiem domkniętego zakończenia.

Podoba mi się to w jaki sposób autorka ukazuje tutaj moc sprawdzą portali społecznościowych takich jak Facebook, Instagram, Tweeter. Są to strony, które mają ludzi łączyć, zbliżać ich do siebie, jednak w rękach ludzi o złych zamiarach, mają niszczycielską siłę. Już nie raz była taka sytuacja, że ktoś został "obsmarowany", mówiąc potocznie, właśnie w tych serwisach, po czym targnął się na własne życie. Ludzie w sieci są bezwzględni. Nawet często nie zwracają uwagi kogo dotyczą posty, ważne że można się z kogoś pośmiać i lekko dopiec drugiemu człowiekowi. Na duży plus również zasługuje lekki język jakim posługuje się Mhairi, często zabawny, co sprawia, że lektura jest prawdziwą przyjemnością.

Powieść mi się spodobała, to nie banalna historyjka, ale lekka książka poruszająca ważne tematy. Przeczytamy między innymi o spotkaniach naszej bohaterki z pewnym aktorem, kłopotach rodzinnych i zawodowych.

Bardzo podoba mi się humor tej powieści. Te dialogi i przemyślenia - często czytając to wszystko, uśmiechałam się pod nosem i mówiłam sobie, że chętnie poszłabym z Edie, Elliotem, jego bratem i znajomymi Edie na piwo. Równi z nich ludzie. Poza tym, podoba mi się ich kreacja, nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia. (...) "Kim jest ta dziewczyna?" to książka mądra, zabawna, odprężająca, wciągająca i czasami rozbrajająca. I polecam ją gorąco każdemu, do kogo przemówiła moja recenzja. Myślę i jednocześnie mam nadzieję, że się nie zawiedziecie.

Styl Mhairi jest bardzo prosty oraz lekki, i mimo lekkiego zgrzytu na początku, książkę przeczytałam bardzo szybko. Autorka nie bawi się w ubarwianie fabuły, wszystko jest naturalne i ogromnie prawdziwe. „Kim jest ta dziewczyna?” to powieść przy której miło spędziłam czas. Autorka pokazuje nam drugie oblicze sławy i „moc” portali społecznościowych.

Ta lekka historia troszkę przypominała mi tę, którą wykreował Richard Curtis w filmie „Notting Hill”. Było miło, było lekko, było przyjemnie. Czyli tak jak lubię najbardziej. Polecam wszystkim którzy lubią takie historie prosto z Hollywood. Nie zawiedziecie się.

"Kim jest ta dziewczyna" to obszerna i zarazem bardzo prosta powieść. Odrobinę zbyt rozwlekła jak na moje gusta, ale przyjemna w odbiorze. Zawiera w sobie mnóstwo znanych życiowych prawd. Przypomina nam oraz głównej bohaterce, że w życiu nie chodzi o to, żeby każdy nas lubił. To my sami mamy czuć się dobrze we własnej skórze. Jednocześnie autorka wyciąga na światło dzienne pewną starą słuszność, mianowicie, że wina zwykle leży po obu stronach i zawsze warto przeanalizować własne zachowanie pod każdym kątem i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.

Książkę Kim jest ta dziewczyna? czytało mi się bardzo przyjemnie, choć fabuła zbytnio mnie nie zaskoczyła. Powiedziałabym, że jest to idealna lektura na jesienny wieczór, która w przystępny i lekko zabawny sposób porusza bardzo trudny temat. Nawet trochę daje do myślenia i sprawia, że po przeczytaniu ostatniego zdania na twarzy czytelnika pojawia się uśmiech. Pomyślicie, że mam na myśli szczęśliwe zakończenie? Nie powiedziałabym. To chyba ono jest najbardziej zaskakujące.

Książka jest świetna nie tylko dlatego, że opowiada w gruncie rzeczy dość niebanalną historię. Także dlatego, że jej autorka w znakomity sposób posługuje się słowem pisanym. Jest w tej powieści i szczypta romantyzmu i nutka humoru. A wszystko to napisane w sposób bardzo lekki i przyjemny dla czytelnika. Choć książka nie jest z gatunku tych „cięższych”, to jednak porusza wiele ważnych tematów. Nie tylko szeroko omówionego przeze mnie wcześniej internetowego hejtu, ale także i tego, że czasem szczęście mamy na wyciągnięcie ręki, tylko tego nie widzimy. I dopiero jakaś życiowa katastrofa otwiera nam oczy na to, co na prawdę się dla nas liczy. Bardzo mi się podobało, że pod pozorem prostej historii o dziewczynie, autorka przemyca tyle ważnych pytań i odpowiedzi na nie. Zmuszając czytelnika do przemyślenia sobie dobrze pewnych spraw i odpowiedzenia na tytułowe pytanie „Kim jest ta dziewczyna?”.

"Kim jest ta dziewczyna?" nie jest idealną, arcygenialną i przeciekawą książką. Nie dowiecie się z niej jak żyć i w jaki sposób zmienić koło, by samochód na powrót jeździł. Nie znajdziecie recepty na szczęście i tony haseł motywacyjnych. Przypomnicie sobie za to, jak to jest uśmiechać się do siebie samego i jak hamować (nieskutecznie, dodam) wybuchy dzikiego śmiechu. Dojdziecie do wniosku, że tak naprawdę wcale nie jesteście pechowcami i życie w gruncie rzeczy się na Was nie uwzięło. Zmusicie znajomych, by przestali nazywać Was "Bridget" i utwierdzicie się w przekonaniu, że najlepszym lekarstwem na wszystko jest dobra - niekoniecznie ambitna i trudna - książka. Jeśli tylko macie ochotę na coś lekkiego, zabawnego i świetnego na jesienną słotę - polecam dowiedzieć się KIM JEST TA DZIEWCZYNA?

McFarlane pisze prostym stylem, nieszczególnie bawi się piórem. Ciekawie kreuje bohaterów, nie ubarwia zbytnio fabuły, dlatego treść jest bardzo realistyczna, choć chwilami lekko naciągana. Literatka dba o szczegóły, ale nie przytłacza nimi. Autorka tak tworzy powieść, aby czytelnik mógł się utożsamiać z bohaterką, która jest narratorem. Nie powiem, że w powieści wszystko jest zapięte na ostatni guzik, ale treść wciąga, a to jest najważniejsze.

Najbardziej podobało mi się w tej książce, że nie ma w niej utartych schematów. Przyjaciel gej nie jest jedyną osobą godną zaufania. Surowy szef nie jest bezdusznym chamem, a hollywoodzki gwiazdor nie jest pewnym siebie playboyem. Sprawia to, że historia jest bardziej wiarygodna. Postacie drugoplanowe to również mocna strona książki Mhairi McFarlane. (...) Podsumowując - polecam. Ja ponad 500 stron w papierku połknęłam w jeden dzień. I na prawdę dobrze się bawiłam przy lekturze.

Sporo tu zabawnych sytuacji, ale książka nie jest typowym lekkim czytadłem. Autorka uświadamia czytelnikom, jak ważni są prawdziwi przyjaciele i więzy rodzinne. Przykry incydent zmusza Edie do przewartościowania swojego życia i otwiera oczy na pewne sprawy. (...) Jeśli szukacie czegoś lekkiego, koniecznie sięgnijcie po książkę Kim jest ta dziewczyna? Idealnie sprawdzi się w długie zimowe wieczory.

Tematyka, w połączeniu w wartką akcją, interesującymi bohaterami oraz sprawnie poprowadzonymi dialogami, czyni z powieści „Kim jest ta dziewczyna” niezwykle interesującą pozycję, nie tylko na długie, jesienne wieczory. Co więcej, kontrowersyjne wydarzenia i niejednoznaczne sytuacje sprawiają, że książka doskonale sprawdza się jako temat przewodni dyskusji w klubach książki, czy nawet na szkolnych lekcjach. Jak dalece można posunąć się w sieci? Gdzie są granice prywatności? Dlaczego otaczamy się ludźmi, którzy nas krzywdzą? Te pytania wybrzmiewają w naszych myślach jeszcze długo po zakończeniu lektury…

Tą książkę nie można podpisać jednym gatunkiem literackim, ponieważ przewijają się w niej treści romansu, jak również powieści obyczajowej i trochę młodzieżowej.
Postacie są bardzo rzeczywiste a sama książka napisana bardzo lekkim piórem, w czytaniu może nużyć nas jedynie to, że akcja toczy się bardzo powoli. Bardzo fajnie są przedstawione media społecznościowe, pokazane jak ważną rolę w życiu one odgrywają, a w tym przypadku ukazane jest to jak bardzo mogą nawet zniszczyć komuś życie.

"Kim jest ta dziewczyna?" to książka obyczajowa z romansem w tle (choć niewątpliwie nie stanowi on dominującej części tej opowieści - bynajmniej w moim odczuciu), którą polecam głównie ze względu na podejmowane w niej zasadnicze i niezwykle ważne tematy. Oczywiście, powieść ta nie jest perfekcyjna, zawiera też momenty znudzenia i daleko jej do idealnego tworu literackiego. Ale na pewno jest warta uwagi. Zatem serdecznie polecam!

Fabuła nieskomplikowana, ale nie płytka – ładnie potrafi zaskoczyć tym i owym. Mam na myśli zwroty akcji, czy też informacje dotyczące naszych bohaterów. Książka niesamowicie ciepła, kojąca, kobieca i z dużą klasą. Choć lekkie dłużyzny (naprawdę lekkie) się zdarzyły gdzie nie gdzie. Mhairi McFarlane po raz kolejny udowodniła, że ma swój specyficzny i nie do podrobienia pisarski styl, który potrafi zauroczyć bez reszty i co najważniejsze nie nudzi się… czekam na kolejna jej powieść.

Podsumowując książka podobała mi się. Momentami były chwile monotonne, jednak pomysł na fabułę oraz poczucie humoru to rekompensuje. Jest to lekka, przyjemna i szybka w czytaniu powieść obyczajowa, w której zawarty jest też wątek miłosny, jednak nie gra on tutaj głównej roli. Flirt i miłość ustępuje tutaj miejsca innym ważnym współcześnie problemom. Książkę serdecznie polecam na długie i chłodne jesienne wieczory.

Największą zaletą był humor, z jakim była przedstawiona cała treść. Pobawiłam się, namyśliłam, spostrzegłam kilka znaczących, charakterystycznych cech naszej społeczności, więc przyjemnie i z użytkiem spędziłam czas. Książkę polecam na jesienne wieczory, ponieważ nieco może się dłużyć. 

Książka jest świetna. Lekko napisana, dopracowana w tym gdzie dopracowała miała być. I przede wszystkim to naprawdę dobra książka dla osób, które lubią nietypowe romanse z niedopowiedzianym zakończeniem.

Ta książka pod przykrywką lekkiej i niezobowiązującej niesie w sobie lekcje na temat szacunku do drugiego człowieka.Pokazuje, że internet to też ludzie, a pod przykrywką anonimowości łatwo się zagalopować i zniszczyć komuś życie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ