Powieść obyczajowa
Namiętności
KUP TERAZ

Namiętności

brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327624857
Premiera: 2016-10-05

Prawo przyciągania

Na skutek recesji na rynku nieruchomości Charlotte musi zamknąć swoją londyńską kancelarię. Podejmuje pracę u Daniela Jeffersona. Jej szef to człowiek sukcesu, gwiazda mediów. Charlotte czuje się przy nim jak szara myszka. Odnosi poza tym wrażenie, że szef kwestionuje jej kompetencje, wręcz ją upokarza. Jej niechęć do Daniela wzrasta. Do momentu, gdy na horyzoncie pojawia się rywalka...

 

Ukryta pasja

Zdrada ukochanego jest wielkim szokiem dla Somer, córki bogatego i poważanego biznesmena. Postanawia nawiązać romans z pierwszym napotkanym mężczyzną. Los stawia na jej drodze Chase’a, znanego fotografa. Ich znajomość ogranicza się co prawda do flirtu, jednak jej ukoronowaniem jest odważna sesja zdjęciowa.

Mija pięć lat… Chase nie może zapomnieć o Somer. Kiedy dowiaduje się, że jej ojciec ma zostać ambasadorem w jednym z państw arabskich, grozi opublikowaniem kompromitujących zdjęć.  Taki skandal mógłby zniszczyć karierę ojca, a Somer nie zamierza do tego dopuścić.

Penny Jordan

Zanim Penny Jordan zaczęła pisać, uwielbiała opowiadać swojej młodszej siostrze bajki na dobranoc. Każdego dnia inną, każdego dnia z siostrą w roli głównej. Miłość do romansów i pisanie przyszła później.

Jordan chce, by jej czytelnicy odczuwali przyjemność z lektury. Wierzy w potęgę miłości i szczęście, jakie ze sobą niesie. Pisze w domu, w kuchni, otoczona swoimi czterema psami i dwoma kotami. Lubi też słuchać uwag swojej rodziny i bardzo często je uwzględnia.

Charlotte zatrzymała się przed niewysokim biurowcem i przyglądała się tabliczce z napisem: "Jefferson & Horwich, kancelaria prawna''.

Trochę się denerwowała. Spódnica jej granatowego wełnianego kostiumu, która na tle londyńskiej ulicy prezentowała się dość skromnie, tutaj nagle wydała jej się żenująco krótka.

Mimowolnie ją poprawiła i rozejrzała się po gwarnym placu targowym. Minęła dopiero ósma, ale ponieważ wypadał właśnie dzień targowy, właściciele straganów energicznie szykowali się do rozpoczęcia handlu.

Może powinna kupić sobie nowy kostium? Coś bardziej odpowiedniego dla co prawda wciąż młodej, ale w pełni wykwalifikowanej absolwentki prawa, która ma rozpocząć pracę w nowym miejscu. Problem w tym, że w tej chwili nie było jej stać na luksus zakupu garderoby.

"Jefferson & Horwich'', przeczytała po raz drugi.

No cóż, Richarda Horwicha już poznała. To on przeprowadzał z nią rozmowę kwalifikacyjną. Był to miły w obejściu mężczyzna w średnim wieku, ojciec rodziny, który stanowił uosobienie prawnika prowadzącego kancelarię na prowincji. Jeżeli zaś chodzi o Jeffersona...

Charlotte wzięła głęboki oddech.

Przyznaj się, powiedziała sobie gorzko. Wolałabyś pracować dla każdego, byle nie dla Daniela Jeffersona. Był wielką nadzieją świata prawniczego. Człowiekiem, który samodzielnie - no, prawie samodzielnie, jeśli nie liczyć jednego adwokata i kompletu personelu, jaki zazwyczaj angażuje się przy tego rodzaju sprawach - bronił ofiar dużej firmy farmaceutycznej.

W tym wypadku były to ofiary niesumienności i bezwzględności owej firmy, która bezdusznie nie przyjmowała do wiadomości, że do działań ubocznych produkowanego przez nią leku należy także zaliczyć niekorzystny wpływ na psychikę pacjentów. Co więcej, firma nie zgadzała się z tym i nie podjęła żadnych kroków, żeby to naprawić. Jefferson wygrał proces, wykazując karygodne zaniedbania znanego producenta leków. Uzyskał również dla swoich klientów jedną z najwyższych rekompensat finansowych, jakie zasądziły sądy w Wielkiej Brytanii.

Patrząc na wypolerowaną mosiężną tabliczkę na frontowej ścianie eleganckiego budynku w stylu georgiańskim, Charlotte nie mogła uniknąć porównania swojego położenia z sytuacją Daniela Jeffersona.

Tak jak on uzyskała dyplom na wydziale prawa. Był taki okres w jej życiu, kiedy posiadała nawet własną kancelarię. I ona również wygrywała w sądzie sprawy w imieniu osób ogromnie potrzebujących pomocy prawnej, na którą w zasadzie nie było ich stać. Ale na tym wszelkie podobieństwa się kończyły.

Daniel Jefferson odniósł spektakularny sukces, był fetowany jak bohater i zasypywany ofertami pracy od ludzi, którzy pragnęli, by ich bronił. Zwłaszcza po sprawie firmy farmaceutycznej Vitalle, dzięki której jego nazwisko znalazło się na pierwszych stronach gazet.

Charlotte z kolei zmuszona była teraz szukać pracy jako podwładna. Musi zacząć wszystko od nowa, od najniższego szczebla. Jej dom, jej praca, a nawet jej narzeczony zniknęli, połknięci przez recesję, która z wolna doprowadzała tyle rozmaitych firm do ruiny.

Teoretycznie, zgodnie z tym, co twierdzili jej przyjaciele i rodzice, powinna być wdzięczna, że zdołała zdobyć posadę, i to stosunkowo łatwo, zamiast hołubić w sobie złość, urazę i rozpamiętywać straty.

Tymczasem Charlotte była zła i rozżalona. Tak ciężko pracowała! Najpierw podczas studiów, a potem jako jedyna kobieta w dużej londyńskiej kancelarii, gdzie miała szczęście się zatrudnić.

To właśnie tam nauczyła się trzymać język za zębami i nie odpowiadać atakiem na próby poniżania jej i deprecjonowania przez kolegów z pracy, którzy oddawali w jej ręce najnudniejsze i najbardziej rutynowe sprawy. A nawet, co doprowadzało ją do furii, którą z trudem kryła, prosili ją o parzenie dla wszystkich kawy. Tak, pracowała wtedy bardzo ciężko, nieodmiennie dążąc do jednego celu: zamierzała otworzyć własną kancelarię przed ukończeniem trzydziestego roku życia.

A więc nie posiadała się z radości, kiedy wraz z Bevanem, swoim ówczesnym narzeczonym, jakimś zdumiewająco szczęśliwym zbiegiem okoliczności znaleźli nieduży lokal na parterze, idealny na małą kancelarię.

W owym czasie całe mnóstwo ludzi uciekło z Londynu, wybierając przyjemności wiejskiego życia. Jak powiedział Bevan, byłaby naiwna i głupia, gdyby nie wykorzystała tej okazji. Kupiła zatem lokal z zadłużeniem hipotecznym, którego wielkość przyprawiała ją o palpitacje serca. Kupiła także dla siebie elegancki dom w zabudowie szeregowej kilka ulic od kancelarii.

Zgadzali się z Bevanem, że kiedy się pobiorą, taki dom w zupełności im wystarczy, a później sprzedadzą go w razie czego za przyzwoitą cenę i kupią coś większego.

Sytuacja ekonomiczna wyglądała obiecująco, ceny nieruchomości były niezwykle wygórowane. Charlotte przekonała się o tym, kiedy przeglądała oferty, zastanawiając się nad wyborem lokalu na kancelarię oraz domu. Na szczęście była wówczas w stanie pożyczyć dość pieniędzy, by przelicytować konkurentów. Niestety teraz została bez grosza, za to z dużym kredytem i koszmarnie dużą hipoteką.

Owszem, nie była wtedy całkiem beztroska i wolna od obaw, ale Bevan ją wyśmiał. Co się z nią dzieje? - pytał. Przecież wszyscy tak żyją, od zawsze.

- Co z tobą? - pytał wyzywającym tonem. - Jesteś za równością, a kiedy ją zdobyłaś...

Wzruszał ramionami, nie kończąc zdania, ale Charlotte wiedziała, co miał na myśli.

Bevan łatwo wpadał w irytację i z równą łatwością wydawał sądy. Był osobą niezwykle dynamiczną, żył na dużych obrotach i miał odpowiedzialne stanowisko w City, gdzie pracował jako makler.

Charlotte poznała go przez wspólnego kolegę. Z początku jego sposób bycia uznała za dość odpychający. Ale on z taką determinacją dążył do zacieśnienia znajomości, że w końcu zaczęło jej to pochlebiać.

Obyło się bez oficjalnych zaręczyn. W zasadzie była to bardziej umowa, deklaracja, oświadczenie woli, że się pobiorą, kiedy oboje osiągną pewien planowany status społeczny i materialny. Charlotte miała świadomość, że jej rodzice, a zwłaszcza matka, nie rozumieją tej sytuacji. Zdaniem matki zaręczyny oznaczają pierścionek zaręczynowy i ustalenie daty ślubu.

Charlotte nie otrzymała w prezencie pierścionka ani nie poznała daty ewentualnego ślubu, a teraz nie miała już nawet narzeczonego.

Zamyślona spojrzała na nieskazitelnie pomalowane lśniące czarne drzwi. Kiedy je otworzy i wejdzie do środka, zrobi krok w zupełnie nowe życie. Jeżeli chodzi o jej karierę zawodową, cofnie się do etapu, który już dawno za sobą zostawiła i nawet jej przez myśl nie przeszło, że kiedykolwiek tam powróci.

Skończyła trzydzieści dwa lata - to za dużo, żeby spaść na samo dno i zaczynać od najniższej pozycji. Z drugiej strony sama była sobie winna. To ona odpowiada za własną porażkę. Wiedziała o tym.

- Przegrałaś, bo za dużo pracujesz charytatywnie - oznajmił brutalnie Bevan, kiedy zalana łzami powiedziała mu, że zdaniem księgowego to już koniec. Musi zakończyć praktykę, a jeśli szczęście jej dopisze - ale musiałaby naprawdę w czepku się urodzić - może jakimś cudem zdoła odsprzedać dom i kancelarię za taką sumę, która pokryje dług hipoteczny.

Czy rzeczywiście tak było? Czy przegrała, ponieważ nierozsądnie brała zbyt wiele spraw, które nie przynosiły jej dochodu? Co gorsza, robiła to z pełną świadomością. Czy może przegrała dlatego, że po prostu nie była wystarczająco dobrym prawnikiem, że nie pracowała dość ciężko, że nie potrafiła ściągnąć takich klientów, którzy zapewniliby jej płynność finansową niezbędną do przeżycia? Takich klientów, jakich Daniel Jefferson przyciągał na setki, pomyślała z goryczą.

Zresztą czemu miałoby być inaczej? Kiedy rozpisują się o tobie w samych superlatywach największe dzienniki w kraju, każdy poważny magazyn poświęca ci artykuł, a każde telewizyjne wiadomości wychwalają cię pod niebiosa i promują, nie możesz się opędzić od ludzi, którzy pragną powierzyć ci rozwiązanie swoich kłopotów.

Jak mówi stare powiedzenie, sukces rodzi sukces.

Właśnie dlatego, w samym środku najgorszej od dziesięcioleci recesji, Jefferson i Horwich zatrudniają nowych pracowników...

Dlatego właśnie Charlotte się tutaj znalazła. Stała jak głupie cielę patrzące na malowane wrota, świadoma, że powinna być wdzięczna za współczucie i zrozumienie, jakie okazał jej Richard Horwich, cokolwiek je wywołało, i za to, że przyjął ją do pracy.

Oczywiście, że była wdzięczna, ale równocześnie roznosiła ją złość. Czuła się zraniona i urażona, a przede wszystkim towarzyszyła jej gorzka świadomość własnej porażki, stanowiąca tak rażący kontrast wobec dużego sukcesu Daniela Jeffersona.

W końcu on ma jedynie trzydzieści siedem lat, ledwie pięć lat więcej niż ona. Jest kawalerem o niezłej prezencji - w każdym razie jeżeli można wierzyć prasowym fotografiom. Charlotte nie oglądała go w telewizji. Była wówczas zbyt zaabsorbowana rozwiązywaniem swoich problemów finansowych, pertraktacjami z deweloperem i bankiem, żeby dali jej więcej czasu na znalezienie chętnych na jej nieruchomości.

Jej nieruchomości... Raczej ich nieruchomości. Dzięki Bogu pozbyła się ich i spłaciła obie hipoteki. Przynajmniej nareszcie śpi spokojnie.

Tak, ale nie ma własnego domu. Wiedziała, że musi zacząć wszystko od początku, i bardzo jej się to nie podobało. Uśmiechnęła się kwaśno. Bez wątpienia będzie wyglądać wspaniale w swoim idiotycznym drogim kostiumie, płaszcząc się przed właścicielami kancelarii i parząc herbatę dla młodszych pracowników.

Przestań, przestań, powiedziała sobie. Przestań się nad sobą użalać.

Wzięła głęboki oddech i pchnęła drzwi. Zza jej pleców z placu targowego dobiegł ją zaczepny gwizd. Pewnie jakiś mężczyzna tak zareagował na widok przechodzącej dziewczyny, której jedynym zmartwieniem jest to, z którym z wielbicieli wybrać się na następną randkę, pomyślała smętnie Charlotte.

Kiedy zniknęła wewnątrz budynku, mężczyzna, który przed chwilą gwizdał, odwrócił się z uśmiechem do swojego klienta.

- Smaczny kąsek, panie Jefferson. Chyba nigdy jej tutaj nie widziałem. Pewnie nowa, co?

- Na to wygląda - przyznał wymijająco Daniel Jefferson, czekając, aż sprzedawca zważy mu ser.

Tego popołudnia czekało go spotkanie ze starym Tomem Smithem. Tom martwił się, co stanie się po jego śmierci z jego domem i kawałkiem ziemi. Nie posiadał bezpośrednich spadkobierców, tylko kilku dalszych krewnych ze strony żony. Martwił się, ponieważ chciał zyskać pewność, że młody Larry Barker, nastolatek, który robił mu zakupy i pomagał w ogrodzie, zostanie wynagrodzony za swoją dobroć.

Tom miał słabość do miejscowego kremowego sera, więc Daniel wstąpił na targ, by go kupić.

A zatem Charlotte French w końcu się pojawiła. Kiedy Richard powiedział mu, że zaproponował jej pracę, Daniel nie krył wątpliwości.

Czytał jej CV, oczywiście, i nie był pewien, jak ułożą się ich relacje, jeśli w ogóle się ułożą. A ten jej kostium... Osobiście nie zwracał szczególnej uwagi na to, jak ludzie się ubierają, to nie było dla niego najważniejsze, ale niestety część jego klientów przywiązywała do tego wagę.

Niezależnie od szumu medialnego po sprawie koncernu farmaceutycznego Vitalle większość klienteli kancelarii pochodziła, jak przedtem, ze środowisk raczej konserwatywnych i tradycyjnych. Zmieniło się to, że Daniel i Richard mieli po prostu więcej interesantów. Ale kostiumy z South Molton Street z zastraszająco kusymi spódnicami nie są strojem, jakiego klienci spodziewaliby się po kobiecie wykonującej zawód prawnika. Jeżeli mają traktować ją poważnie.

Daniel westchnął cicho, przechodząc przez plac. Znał kwalifikacje tej kobiety i wiedział, że jest inteligentna, a jednak...

 

Przywitała ją ładna i miła recepcjonistka. Najwyraźniej pamiętała Charlotte z rozmowy kwalifikacyjnej, bo natychmiast zaoferowała się, że pokaże jej miejsce pracy i łazienki.

- Och, ale czy może pani opuścić swoje biurko? - spytała niepewnie Charlotte.

Dziewczyna odpowiedziała jej uśmiechem.

- Tak, pan Horwich prosił, żebym pani wszystko pokazała. Mam na imię Ginny - przedstawiła się, wychodząc zza biurka. - Na lewo znajduje się gabinet pana Horwicha - oznajmiła, wskazując jedne z zamkniętych drzwi. - A tu pracuje pan Jefferson.

Charlotte obrzuciła kolejne drzwi wrogim spojrzeniem. Nie miała wątpliwości, który z partnerów posiada bardziej luksusowy i lepiej wyposażony gabinet.

- A to pani pokój - dodała Ginny, przystając tak nagle tuż za pokojem Daniela Jeffersona, że Charlotte omal na nią nie wpadła.

Jej pokój. Trochę ją to zmieszało, ponieważ spodziewała się, że będzie dzieliła pokój z innymi młodszymi prawnikami. Taki wniosek wyciągnęła po rozmowie o pracy w tej kancelarii. Pewnie Ginny tylko tak mówi, pomyślała, kiedy recepcjonistka otworzyła drzwi.

A jednak, wszedłszy do środka, Charlotte natychmiast się zorientowała, że jest tam miejsce wyłącznie dla jednej osoby. Zawahała się i spojrzała na Ginny.

- Jest pani pewna? To znaczy, nie sądzę... Myślałam, że będę dzieliła z kimś pokój.

- Och, nie wiem. - Ginny zrobiła zakłopotaną minę. - Pan Horwich prosił, żebym wprowadziła panią do tego pokoju. Aha, i mam przekazać, że dziś rano nie będzie go w kancelarii, ale pan Jefferson wszystko pani wytłumaczy.

Serce Charlotte zamarło. Rozejrzała się po zaskakująco przestronnym pomieszczeniu, bardzo wygodnie umeblowanym, z oknem na plac targowy, i nagle złość ją opuściła. Ale w zamian ogarnął ją niepokój i poczuła się przerażająco bezbronna.

- Lepiej już wrócę do siebie - odezwała się znów Ginny. - Około wpół do jedenastej Mitzi przyniesie kawę, ale jeśli wcześniej zechce pani się czegoś napić, w pokoju służbowym jest ekspres do kawy. Na najwyższym piętrze. Pan Jefferson wyposażył ten pokój we wszelkie niezbędne sprzęty, żebyśmy mogli zjeść tam nawet lunch. Jest tam aneks kuchenny i stół do snookera. W zeszłym roku podzieliliśmy się na dwie drużyny, mężczyźni przeciw kobietom. Kobiety wygrały.

Zaśmiała się, a potem, kiedy Charlotte nadal milczała, zaczerwieniła się i powiedziała niepewnie:

- Jeżeli nie jestem już potrzebna...

Charlotte uśmiechnęła się automatycznie i pokręciła głową, patrząc na drzwi, które zamknęły się za Ginny.

Nie, niczego nie potrzebowała. Nie licząc własnej kancelarii, własnego domu, szacunku do samej siebie, dumy. Perspektyw na przyszłość i narzeczonego.

Bez emocji zauważyła, że Bevan znalazł się na końcu listy jej strat. Czyżby od początku wiedziała, że nie jest bez skazy? Że kiedy przyjdzie co do czego, nie stanie u jej boku, by ją wesprzeć? Że pragnął jej tylko wówczas, gdy odnosiła sukcesy, bo wtedy podnosiła jego status? Czy w ogóle kiedykolwiek ją kochał, tak jak twierdził? I czy ona darzyła go prawdziwą miłością, taką, jaka łączyła jej rodziców?

Podeszła do okna i wyjrzała na plac. Jakiś mężczyzna zbliżał się do drzwi biurowca. Był wysoki, szeroki w ramionach, jego gęste kasztanowe włosy lśniły w promieniach słońca. Poruszał się energicznie, szedł sprężystym krokiem.

Miał na sobie ciemnogranatowy garnitur, bardzo tradycyjny w kroju. Z rękawa marynarki wystawał mankiet śnieżnobiałej koszuli. To był strój typowy dla profesjonalisty: biznesmena, księgowego, adwokata... Kiedy przystanął na stopniu i podniósł wzrok na jej okno, zupełnie jakby był świadomy, że nowa pracownica mu się przygląda, Charlotte znieruchomiała.

Natychmiast go rozpoznała, oczywiście, mimo że znała go wyłącznie z niezbyt wyraźnych prasowych fotografii. W rzeczywistości emanował jeszcze większą energią, jego budowa i postawa świadczyły o sile i opanowaniu.

Sądząc z jego ubioru, można by go wziąć za tradycjonalistę i konserwatystę, ale pod garniturem kryło się zdecydowanie atletyczne ciało.

Kiedy Bevan upierał się, żeby Charlotte zmieniła swój wizerunek, by wyglądać choć trochę nowocześniej, jedyną rzeczą, której nie zgodziła się zmienić, była jej fryzura. Miała proste gęste włosy do ramion, błyszczące i naturalnie ciemnorude, chociaż ludzie często w to nie wierzyli. Jedwabiste włosy kontrastowały z jej jasną karnacją i niebieskimi oczami.

Bevan zachęcał ją też do regularnego korzystania z solarium. Narzekał, że bladość jest niemodna i nieatrakcyjna. Charlotte zawsze odmawiała, podkreślając zagrożenia, jakie dla ludzi o jasnej skórze niesie nadmierne wystawianie się na promieniowanie ultrafioletowe.

Być może powinna była już wówczas dostrzec pewne znaki ostrzegawcze i domyślić się, że Bevan interesował się jedynie jej wizerunkiem, a nie tym, jakim jest człowiekiem. Bardzo szybko przekonała się, że gdy zniknęły oznaki jej sukcesu, Bevan także się ulotnił.

Kiedy już wyszła z szoku, stwierdziła, że jej duma ucierpiała na tym więcej niż serce, a jednak...

Minie sporo czasu, zanim odważy się po raz kolejny zaufać mężczyźnie.

Najbardziej irytowało ją to, że to Bevan się za nią uganiał, zasypywał ją kwiatami i ekstrawaganckimi komplementami. A równocześnie, przypomniała sobie z goryczą, na siłę próbował ją zmienić.

Jej rodzice i siostra uznali zniknięcie Bevana za szczęśliwą okoliczność. Charlotte zdawała sobie sprawę, że mają rację. Bevan stanowił luksus, na jaki już nie było jej stać, podobnie jak własna kancelaria, dom czy drogi samochód. Na szczęście pozostał jej tylko jeden dług do spłacenia, debet na koncie. Jeden jedyny. Lekko się skrzywiła, jej twarz zasnuł jakiś cień. Zacisnęła wargi, by się nie rozpłakać.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ