Powieść obyczajowa
Spacer po Wenecji
KUP TERAZ

Spacer po Wenecji

Lucy Gordon, India Grey
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327621610
Premiera: 2016-08-03

Wenecja, miasto na wodzie, jednych zachwyca, dla innych jest rozczarowaniem. Na pierwszy rzut oka kolorowe i gwarne, ale gdy nocą zasnuje je mgła znad lagun, wydaje się mroczne i tajemnicze. Skrywa liczne sekrety – jak każdy z nas.

Szklane serce z Wenecji

Helena przyjeżdża do Wenecji, by dopełnić formalności spadkowych - niedawno odziedziczyła fabrykę szkła na wyspie Murano. Przypadkiem dowiaduje się, że ambitny Salvatore, właściciel konkurencyjnej fabryki, planuje podstępem przejąć jej majątek. Postanawia rzucić mu wyzwanie i dać nauczkę.

Karnawał w Wenecji 

Nad Wenecją szaleje burza. Pietro, obserwując nawałnicę przez okno, zauważa przemoczoną kobietę. Natychmiast zaprasza ją do domu. Kiedy poznaje dramatyczną historię Ruth, jest tak przejęty, że bez namysłu proponuje pomoc. Ta decyzja zmieni jego spokojne życie w emocjonującą przygodę.

Premiera w Wenecji

Lorenzo, znany reżyser filmowy, poznaje na przyjęciu piękną Sarah. Okazuje się, że to właśnie ona ma prawa do powieści, którą od dawna chciał przenieść na ekran. Wielokrotnie pisał w tej sprawie do Sarah, ale zawsze odmawiała. Teraz nadarza się okazja, by namówić ją do zmiany zdania. To przyjemna misja, bo Sarah coraz bardziej mu się podoba.

Spacer po Wenecji

 

 

 

Lucy Gordon

Szklane serce z Wenecji

 

     

     

- Zostanie ukarana za to, co zrobiła. Dopilnuję tego, choćby mi to zajęło resztę życia!

Salvatore Veretti ostatni raz spojrzał z niechęcią na fotografię, którą trzymał w ręku. Odepchnął krzesło od biurka i stanął przy oknie wychodzącym na wenecką lagunę. Poranne słońce lśniło i rozświetlało głęboki błękit nieba. Połyskiwało na łagodnych falach kłębiących się przy burtach łodzi.

Salvatore stawał w oknie każdego ranka, rozkoszując się pięknem Wenecji i zbierając siły. Ta jedna chwila pełna uroku i spokoju dawała mu energię do działania. Piękno... Ta myśl skierowała jego uwagę na fotografię. Przedstawiała kobietę - fizycznie doskonałą. Była wysoka, smukła, proporcjonalnie zbudowana. To ciało było wprost stworzone do podziwiania. Salvatore potrafił to ocenić, miał w życiu wiele kobiet. Z uwagą wpatrywał się w zdjęcie, zanim znów poczuł palącą nienawiść. Właśnie tego oczekiwałem, pomyślał z kamienną twarzą. Kobieta na zdjęciu miała na sobie tylko skąpe czarne bikini. Kalkulacja. Wszystko zaplanowane. Każdy ruch wyreżyserowany. Wszystko po to, by wzbudzić pożądanie i w ten sposób wyciągać pieniądze od ofiary. A teraz ona już ma pieniądze, które chciała zdobyć. Albo myśli, że je ma. Jednak Salvatore też potrafił kalkulować. Ona wkrótce się o tym przekona. Jej metody będą bezużyteczne. Ciekawe, co ona wtedy zrobi?

Nagle zadzwonił interkom. Usłyszał głos sekretarki:

- Przyszedł pan Raffano.

- Niech wejdzie.

Raffano był jego doradcą finansowym i starym przyjacielem, który wyciągnął rodzinę z kłopotów. Salvatore wezwał go do swego biura w palazzo Veretti, żeby omówić pilne sprawy biznesowe.

- Usiądź. Mam kilka informacji - powiedział, odsuwając się od okna, i wskazał przybyłemu fotel.

Raffano miał szlachetne rysy i siwe włosy. W młodości był bardzo przystojny, jednak ostatnie lata go zmieniły.

- Czy one dotyczą śmierci twojego kuzyna? - zapytał.

- Antonio był kuzynem ojca, nie moim - zaznaczył Salvatore. - Zawsze był lekkoduchem. Popełniał głupstwa i nigdy nie przejmował się konsekwencjami.

- Mówiono o nim, że lubił sprawiać sobie przyjemności. I że to go czyniło prawdziwym wenecjaninem - mruknął Raffano.

- To oczernianie wszystkich wenecjan. Nie ma zbyt wielu takich, którzy z podobną lekkomyślnością lekceważyliby wszystko oprócz własnych zachcianek.

- Muszę przyznać, że rzeczywiście mógłby bardziej odpowiedzialnie prowadzić fabrykę szkła.

- A zamiast tego zrzucił cały biznes na menedżera, a sam wyjechał i dobrze się bawił - dodał Salvatore z ironią.

- To była najtrafniejsza decyzja. Emilio jest bardzo bystry. Antonio nigdy nie poradziłby sobie tak dobrze, gdyby samodzielnie zarządzał firmą. Ale pamiętajmy mu tylko dobre rzeczy. Był powszechnie lubiany. Wielu będzie go brakować. Czy ciało zostanie sprowadzone do domu na pogrzeb? - spytał Raffano.

- Nie, pogrzeb już się odbył w Miami, tam gdzie mieszkał przez ostatnie dwa lata - odparł Salvatore. - Ale jest wdowa. Wkrótce przyjeżdża do Wenecji.

- Wdowa? - Raffano był zaskoczony. - To on był...?

- Z tego wynika, że był żonaty. Tak jak wcześniej już się zdarzało, lubił kupować sobie towarzystwo. Jestem pewien, że dobrze jej płacił, ale akurat ta chciała więcej. Chciała ślubu, a teraz może odziedziczyć jego majątek.

- Bardzo surowo oceniasz ludzi, Salvatore. Zawsze tak było.

- I mam rację.

- Nic nie wiesz o tej kobiecie.

- Wiem. - Popchnął zdjęcie po blacie biurka.

Raffano obejrzał fotografię i zagwizdał.

- To ona? Jesteś pewien? Nie można zobaczyć twarzy.

- Niestety, kapelusz zasłania twarz, ale co z tego? Spójrz na jej ciało.

- Może rozpalić mężczyznę. - Raffano pokiwał głową. - Skąd masz to zdjęcie?

- Wspólny znajomy spotkał ich przypadkiem parę lat temu. Chyba wtedy Antonio znał ją od niedawna. Znajomy zrobił zdjęcie i przysłał mi z podpisem: "Najnowsza ślicznotka Antonia''.

- Byli na plaży...

- Idealne otoczenie dla niej - wycedził Salvatore. - W jakim innym miejscu mogłaby tak wyeksponować swoje atuty? Potem zabrała go do Miami i nakłoniła do małżeństwa.

- Kiedy był ten ślub?

- Nie mam pojęcia. Nikt tutaj o niczym nie wiedział, co zapewne było jej sprawką. Musiała przypuszczać, że gdy rodzina dowie się o planowanym małżeństwie Antonia, zrobi wszystko, by to udaremnić.

- Ciekawe jak - wtrącił Raffano. - Antonio miał sześćdziesiąt kilka lat. Nie był nastolatkiem, który słucha twoich poleceń.

- Powstrzymałbym go, na pewno. Są różne sposoby.

- Legalne? Cywilizowane? - Raffano spojrzał na niego z ciekawością.

- Skuteczne - odparł Salvatore z grymasem. - Możesz mi wierzyć.

- Zawsze działałeś bez skrupułów.

- Dobrze mnie znasz! W każdym razie ten ślub się odbył. To musiało być w ostatniej chwili. Zobaczyła, że Antonio wkrótce kopnie w kalendarz i chciała zapewnić sobie spadek.

- Jesteś pewien, że byli małżeństwem?

- Tak, usłyszałem to od jej prawników. Signora Helena Veretti - tak siebie nazywa - przyjeżdża do Wenecji, by dostać to, co uważa za swoje.

Zimna ironia w jego głosie zdziwiła Raffana.

- Rozumiem, że nie czujesz się z tym komfortowo - skomentował. - Prowadzenie fabryki nigdy nie powinno być powierzone Antoniowi. To było oczywiste, że twój ojciec...

- Mój ojciec spłacał wtedy długi. Ciotka uznała, że będzie lepszym rozwiązaniem, jeśli fabrykę dostanie Antonio. W porządku. Byli przecież rodziną. Ale ta kobieta to nie rodzina. Nie dopuszczę, żeby własność Verettich przeszła w jej chciwe łapy.

- Obalenie testamentu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy była jego prawowitą żoną, chociaż z krótkim stażem.

Na twarzy Salvatore pojawił się przebiegły uśmiech.

- Sam wspomniałeś, że działam bez skrupułów.

- W twoich ustach zabrzmiało to tak, jakby takie zachowanie było zaletą.

- I bywa.

- Bądź ostrożny, Salvatore. Wiem, że od najwcześniejszych lat musiałeś być bezwzględny, żeby ocalić rodzinę od katastrofy, ale czasem mam wrażenie, że posuwasz się za daleko. Pomyśl o tym dla własnego dobra.

- Dla mojego dobra? A co to ma wspólnego ze mną?

- Zamieniasz się w tyrana. Człowieka, który budzi lęk, nigdy miłość. W kogoś, kto będzie zawsze żył samotnie. Nie mówiłbym tego, gdybym nie był twoim przyjacielem.

Twarz Salvatore złagodniała.

- Wiem o tym. Nigdy nie miałem lepszego przyjaciela. Ale nie przejmuj się. Jestem dobrze chroniony. Nic nie może mnie dotknąć.

- Wiem. I to mnie najbardziej martwi.

 

Wszystko gotowe. Pogrzeb się odbył. Dokumenty zostały przygotowane, a rzeczy z hotelu przewiezione na lotnisko w Miami.

Przed wyjazdem Helena pojechała na cmentarz, by złożyć wiązankę na grobie męża.

- Do widzenia - powiedziała, układając kwiaty. - Wkrótce wrócę, ale jeszcze nie wiem kiedy. To zależy od tego, co zastanę w Wenecji.

Usłyszała kroki na ścieżce i odwróciła się. W pobliżu przechodziła grupka ludzi. Zwolnili i patrzyli na nią. Uśmiechnęła się lekko.

- Zawsze to samo - szepnęła. - Pamiętasz, jak się śmialiśmy, gdy się tak gapili?

Jej uroda przyciągała wzrok. Tak było od pierwszego dnia jej pracy modelki aż do emerytury. Była wysoka, smukła, miała zgrabną figurę i długie włosy w kolorze miodu. Jej twarz była szczególnie piękna: duże oczy i pełne wargi przykuwały uwagę. Zwłaszcza usta. Jej uśmiech był wprost olśniewający. Helena nigdy nie traktowała swego wyglądu zbyt poważnie, co jeszcze dodawało jej uroku. Fotograficy prosili o sesje z nią. Nazywano ją w branży Heleną trojańską, co bardzo ją śmieszyło.

Antonio cieszył się każdą chwilą w jej towarzystwie.

- Oni na nas patrzą i myślą: "Ale szczęściarz! Zdobył serce tej pięknej kobiety!'' - mówił rozbawiony. - Wyobrażają sobie, jak cudowny czas spędzamy w łóżku. Zazdroszczą mi.

Wtedy wzdychał, bo ten "cudowny czas'' dla niego też był iluzją. Chorował na serce i w czasie dwóch lat małżeństwa nigdy się nie kochali. Za to Antonio miał wiele uciechy, widząc spojrzenia ludzi i wyobrażając sobie ich domysły.

- Tęsknię za tobą - powiedziała Helena nad jego grobem. - Byłeś dla mnie taki dobry. Pierwszy raz w życiu czułam się kochana. Byłam bezpieczna. A teraz znowu jestem sama... - Łzy wolno spływały po jej twarzy. Kapały na marmurową płytę. - Dlaczego umarłeś tak nagle? Wszyscy musimy kiedyś umrzeć, ale robiliśmy wszystko, żeby wydłużyć twoje życie. I częściowo się udało. Zyskałeś kilka miesięcy, wszystko wyglądało dobrze, aż nagle...

Ciągle miała tę scenę przed oczami. Antonio się śmieje. Nagle znieruchomiał, twarz mu się ściągnęła, upadł. Atak serca. Koniec.

- Do widzenia - szepnęła teraz. - Zawsze będziesz w moich myślach.

Byli ze sobą tak blisko, że nadal czuła jego obecność: podczas jazdy taksówką na lotnisko i w samolocie, w czasie długiego, nocnego lotu nad oceanem.

Porzuciła zawód modelki u szczytu kariery. Była już tym zmęczona i myślała o zmianie pracy. Zgromadziła sporo pieniędzy i chciała je gdzieś zainwestować. Myślała, że działalność na rynku biznesowym jest łatwa. Jednak wkrótce zorientowała się, że to nie takie proste. Cudem uniknęła fatalnego błędu. Znajomy zachęcał ją, by zainwestowała w pewną upadającą firmę. Jednak zanim podpisała czeki, Antonio opowiedział jej o człowieku, który został oszukany w podobny sposób. Tak się poznali. Dzięki niemu uniknęła poważnych kłopotów. Uratował ją.

Zostali bliskimi przyjaciółmi. On wiedział, że jego życie się kończy. Kiedy poprosił ją, by została jego żoną, zgodziła się bez wahania. Dzięki niemu nie była samotna. Ich ceremonia ślubna była skromna i kameralna. Żyli razem szczęśliwie do chwili, w której Antonio zmarł na jej rękach.

Szczerze mówił o przyszłości, o tym, w jaki sposób zabezpieczy ją finansowo. W jej opinii - niepotrzebnie. Wiedziała, że Antonio jest właścicielem fabryki szkła na weneckiej wyspie Murano.

- Kiedy umrę, fabryka Larezzo będzie twoja - powiedział kiedyś. - Pojedziesz do Wenecji, by ją przejąć.

- Co ja zrobię z fabryką szkła? - protestowała.

- Sprzedasz. Mój krewny, Salvatore, da ci dobrą cenę.

- Skąd wiesz?

- Bo on bardzo chce mieć tę fabrykę.

- Chyba wspominałeś, że on już ma jedną?

- Tak, Perroni. Jego fabryka i moja to dwie najlepsze w Wenecji. Kiedy on zdobędzie Larezzo, stanie się potentatem w tej branży. Nikt nie będzie w stanie z nim konkurować, a on to uwielbia. Możesz zażądać najwyższej ceny. Trzeba będzie spłacić kredyt, ale i tak zostanie dość pieniędzy, żebyś była zabezpieczona finansowo. Nie odmawiaj, cara. Niech mam tę satysfakcję, że zapewniłem ci szczęśliwe życie, tak jak ty zapewniłaś je mnie.

- Ale ja nie potrzebuję pieniędzy - oponowała. - Mam ich sporo. Dzięki twojej interwencji.

- Więc pozwól mi zrobić jeszcze więcej. Niech to będzie podziękowanie za twoją troskliwość.

Nawzajem się o siebie troszczyliśmy, pomyślała teraz. Pokazał mi, że nie wszyscy mężczyźni są chciwi i zachłanni.

Podróż trwała długo. Helena najpierw leciała do Paryża i trzy godziny czekała na połączenie do Wenecji. Wreszcie tam przybyła; na lotnisku czekał na nią przedstawiciel hotelu. Z ulgą powierzyła mu wszystkie sprawy.

Była tak zmęczona, że niemal nie zwróciła uwagi na lagunę, którą przepływali łodzią motorową, by przez Canal Grande dotrzeć do hotelu Illyria. W pokoju położyła się i od razu zapadła w mocny sen. Przyśnił jej się Antonio. Pogodny i wesoły, tak jak zwykle, mimo śmiertelnej choroby. Radość z każdej bieżącej chwili - to był jego sposób na ignorowanie przyszłości.

Dobrze się czuł w ciepłym klimacie, więc zamieszkali w Miami. Spędzali razem długie, leniwe dni. Aby sprawić mu przyjemność, nauczyła się włoskiego, do tego w dialekcie weneckim; zrobiła to, bo założył się z nią, że jej się to nie uda.

Nabrał ją. Myślała, że to będzie łatwe. Wyobrażała sobie, że chodzi o niewielkie zmiany w wymowie niektórych słów. Okazało się, że to całkowicie inny język.

Antonio bardzo cieszył się z dowcipu. Śmiał się tak, że dostał ataku kaszlu i musiał użyć inhalatora.

- Założę się, że nie dasz rady - wysapał.

W tej sytuacji musiała spróbować. Zaskoczyła i jego, i siebie. Była jednakowo dobra w obu językach.

Antonio pokazał jej zdjęcia członków rodziny, zwłaszcza Salvatore. To daleki krewny, zaznaczył, akcentując słowo "daleki''. Cenił go, ale na odległość. Raczej wolał go unikać. Nie zaprosił go na ich ślub, nawet go o nim nie powiadomił.

- To twardy facet - powiedział. - Zawsze byłem czarną owcą w tej rodzinie i on najbardziej mnie potępiał.

- Ale ty jesteś od niego ponad dwadzieścia lat starszy. To ty możesz go nie akceptować.

- Chciałbym! Ale to ja wolałem zostawić fabrykę zarządcy, a samemu cieszyć się życiem.

- A Salvatore nie potrafi cieszyć się życiem?

- No cóż... To zależy, co przez to rozumieć. Od kiedy dorósł, mógł mieć każdą kobietę, jaką chciał, ale szybko się nimi nudził. Jest purytaninem, to dziwaczne w Wenecji. Dla nas ważny jest dzień dzisiejszy, jutro niech się martwi samo o siebie. Salvatore myśli inaczej. Może ma to jakiś związek z jego ojcem, moim kuzynem. Giorgio był człowiekiem, który wiedział, jak się zabawić. Może trochę przesadzał z kobietami. Na pewno tak myślała jego biedna żona. Salvatore także ma szalone powodzenie, ale działa bardziej dyskretnie, i żadna kobieta jeszcze nie wkroczyła poważnie w jego życie. Każdy się go boi. Nawet ja. Wenecja nie jest dużym miastem, była za ciasna dla nas dwóch. Wyjechałem i podróżowałem po świecie. Przebywałem w Anglii, poznałem ciebie, jestem szczęśliwy.

Fotografia przedstawiała przystojnego mężczyznę, trochę srogiego, o poważnym wyrazie twarzy. Otaczała go aura tajemniczości, która czyniła go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

- Wszyscy sądzili, że znajdzie się ktoś, kto go zmiękczy, ale nikt taki się nie pojawił. Miałem zamiar zabrać cię do Wenecji, żebyś go poznała, ale nie miałem odwagi. - Jego oczy zabłysły iskierkami humoru. - Jesteś tak piękna, że od razu zacząłby cię czarować.

- Straciłby tylko czas - odparła Helena ze śmiechem. - Jedźmy tam na wycieczkę. Chciałabym zobaczyć Wenecję.

Teraz wreszcie zwiedzi Wenecję, ale nie odbędzie się to tak, jak sobie życzyła.

- Powinniśmy tu przyjechać razem - powiedziała do Antonia i w tym momencie się obudziła.

W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie się znajduje. Potem popatrzyła na wysoki sufit, udekorowany aniołkami, i na egzotyczne meble, które mogły pochodzić z osiemnastego wieku. Wyszła z łóżka, włożyła szlafrok i podeszła do okna. Gdy je otworzyła, zalało ją migocące światło.

To było jak zanurzenie się we wszechświecie, magicznym i lśniącym. Na wodzie przy budynku pływało mnóstwo łodzi. Wzdłuż kanału tłoczyli się ludzie. Wszędzie panował ruch i gwar.

Prysznic pozbawił ją resztek snu. Była gotowa, by wyjść i odkrywać miasto. Wzięła ze sobą ubrania eleganckie, ale funkcjonalne, zwłaszcza wygodne buty.

- Kamienie w Wenecji są najtwardsze na świecie - ostrzegał Antonio. - Jeśli zamierzasz spacerować, a musisz chodzić, bo tam nie ma samochodów, nie wkładaj butów na obcasach.

Helena wybrała teraz sandały na płaskiej podeszwie, które pasowały do bordowych spodni i białej bluzki. Rozpuściła włosy. Krytycznie przyjrzała się sobie w lustrze. Skromnie, bez ozdób, nic nie przykuwa uwagi. Bardzo dobrze.

Zeszła do hotelowej restauracji. Gdy najadła się do syta, wzięła z recepcji broszury z opisem miasta. Poważne sprawy mogą poczekać, na razie czas na zabawę.

Młody recepcjonista zapytał grzecznie, czy przyjechała do Wenecji z jakiegoś powodu.

- Jestem zainteresowana szkłem weneckim - odparła. - A tu znajduje się kilka fabryk.

- Tak, na wyspie Murano, po drugiej stronie kanału. Szkło z Murano jest najsłynniejsze na świecie.

- Tak słyszałam. Jedna z fabryk nazywa się Larezzo, chyba najlepsza.

- Niektórzy tak mówią, inni twierdzą, że najlepsza jest Perroni. Jakość ich wyrobów jest porównywalna. Jeśli interesuje się pani wyrobami ze szkła, dzisiaj będzie organizowana wycieczka do Larezzo.

- Dziękuję, chętnie się wybiorę.

Godzinę później duża łódź motorowa przycumowała na hotelowej przystani i Helena wsiadła na jej pokład razem z pięcioma osobami. Dziesięciu turystów już tam było. Przewodnik ogłosił, że to ostatni przystanek i że ruszają prosto na Murano.

- Kiedyś fabryki były w mieście - przypomniały jej się opowieści Antonia. - Ale patrycjusze bali się o swoje rozkwitające majątki. Obawiali się pożaru, który może zniszczyć całą Wenecję. W trzynastym wieku wytwórcy szkła zostali zesłani na Murano. Do tej pory fabryki działają na wyspie, łącząc sztukę z wyrafinowanymi technikami produkcji. Piękno szklanych wyrobów jest unikalne.

Helena stała na dziobie łodzi, wiatr rozwiewał jej włosy. Była bardzo ciekawa, co zobaczy na Murano. To było dobre posunięcie biznesowe, by zwiedzić firmę incognito, zanim stanie oko w oko z Salvatore. Jednak musiała uczciwie przyznać, że kierowała nią tylko ciekawość i radość z wycieczki.

Po piętnastu minutach byli na wyspie. Przewodnik wskazał fabrykę.

Helena nigdy nie była w podobnym miejscu. Wystawa szklanych naczyń wykonanych ręcznie wydawała się interesująca, ale nie dawała odpowiedzi, jak uzyskać tak fascynujące efekty.

Szła na końcu grupy, potem oddzieliła się od niej, żeby spokojnie obejrzeć poszczególne eksponaty. Ta zabawa ją wciągnęła. To było niczym mikrokosmos, w którym wyobraźnia łączy się z wiedzą i talentem.

W pewnej chwili zorientowała się, że powinna dołączyć do grupy. Turyści stali u podnóża schodów. Aby do nich dojść, musiała minąć na wpół otwarte drzwi. Zerknęła do środka. Jakiś człowiek rozmawiał przez telefon podniesionym głosem. Helena minęła drzwi, niezauważona. Gdy zaczęła wchodzić po schodach za grupą, usłyszała, jak mężczyzna ze złością wymawia jej nazwisko. Znieruchomiała w pół kroku.

- Signora Helena Veretti, tak, musimy do niej zadzwonić, chociaż nie mam na to żadnej ochoty.

Zeszła po schodach, by móc ostrożnie zajrzeć do pokoju. Mężczyzna stał tyłem do drzwi, ale nagle się odwrócił. Przez chwilę widziała jego twarz, zanim gwałtownie się cofnęła.

Salvatore Veretti... Helena jednak nie była tego pewna. Widziała przecież tylko jego stare zdjęcie. Ale wątpliwości się rozwiały, gdy usłyszała:

- Nie wiem, dlaczego się jeszcze nie zjawiła. Przyjechałem do Larezzo, żeby się dowiedzieć. Helena była teraz bardzo zadowolona, że opanowała dialekt wenecki. Wprawdzie nie rozumiała wszystkich słów, ale ton jego wypowiedzi był oczywisty.

- Nie pytaj mnie, co się stało z tą kobietą. To nie ma znaczenia, poza tym, że nie znoszę być w zawieszeniu i czekać...

Naprawdę? - pomyślała Helena z rozbawieniem.

- Jeśli przyjedzie, jestem przygotowany na spotkanie. Wiem, czego się spodziewać. Ona chce dostać pieniądze Antonia, po to za niego wyszła tuż przed jego śmiercią. Udało jej się zrobić z niego głupca, ale ze mną nie pójdzie jej tak łatwo. Jeśli ona myśli, że przejmie fabrykę, grubo się myli. A jeśli sądzi, że nie znam kobiet tego pokroju, myli się jeszcze bardziej.

Przez chwilę panowała cisza. Widocznie rozmówcy udało się wtrącić kilka słów w ten monolog. Wkrótce usłyszała:

- To żaden problem. Ona nie wie, ile Larezzo jest warte, i przyjmie to, co jej zaoferuję. Jeśli będzie na tyle głupia, by odmówić i trwać w uporze, wiem, jak postawić ją pod ścianą. Wykupię wszystko za bezcen. Tak. To brudna walka. I co z tego? Tak się osiąga cele. A ja jestem bardzo zdeterminowany. Zadzwonię do ciebie później.

Helena umknęła czym prędzej, doganiając grupę. Czuła rosnący gniew.

Przygotowała się na normalną transakcję, ale ten człowiek nie wydaje się normalny. Gbur i podstępny prymityw! Jego zachowanie było nie do przyjęcia.

"Kobiety tego pokroju...'' Pokażę ci, jakiego jestem pokroju! Nie będę tolerować takiej arogancji, to pewne. Chcesz się bawić w wojnę? Dobrze, lubię walczyć!

 

 

 

 

Lucy Gordon

Karnawał w Wenecji

 

 

Kiedy błyskawica rozświetliła pokój, Pietro wyjrzał przez okno. Lubił burze, zwłaszcza te przetaczające się nad jego ukochaną Wenecją, zalewające światłem Kanał Grande i wprawiające w drżenie zabytkowe budynki. Tym, którzy rozpływali się nad urokiem Wenecji, mawiał, że jego miasto nie słynie z romantycznych legend, a raczej z okrucieństwa, zdrady oraz mordów.

Kolejny grzmot wstrząsnął willą, a kiedy wybrzmiał, tylko bębniące o wodę strugi deszczu przerywały ciszę.

Po prawej z ciemności wyłonił się most Rialto; jego okna z zamkniętymi okiennicami przypominały oczy ślepca.

Za plecami Pietra rozległ się cichy skowyt. Wyciągnął rękę i podrapał łeb dużego psa.

- Wszystko w porządku, Toni.

Nie zdjął ręki z szorstkiego futra, bo jego przyjaciel cierpiał na dolegliwość, która wprawiała go w stan niepokoju.

Znów zapadła ciemność. Pietro widział swoje odbicie w szybie. Miał wrażenie, że patrzy na ducha, co było zresztą trafną metaforą, biorąc pod uwagę, jak upiorne stało się jego życie. Nawet budynek, w którym się znajdował, pomimo swoich trzech kondygnacji wydawał mu się niematerialny. Palazzo Bagnelli, od sześciu stuleci dom książąt Bagnellich, należał do najpiękniejszych budowli w Wenecji.

Przez lata jego przestronne pokoje wypełniało wiele znaczących osób, setki służących spieszyło jego korytarzami. Szlachetne panie i panowie w olśniewających strojach paradowali po okazałych komnatach.

Wszyscy już odeszli. Teraz mieszkał tutaj tylko książę Pietro Bagnelli, bez żony, dzieci czy innych krewnych. Obsługiwały go jedynie dwie służące, ale jemu to wystarczało.

Prowadził życie samotnika, zajmując kilka pokoi w narożniku budynku i mając za towarzysza wyłącznie psa. Nikogo nie zapraszał. Sam zauważał, że jego życie rozgrywa się na granicy rzeczywistości, zwłaszcza w zimie. Minęła dopiero dziewiąta, ale ciemność już zasnuła miasto, a burza przegnała wszystkich do domów.

Przeszedł do drugiego okna, przez które widział Kanał Grande i uliczkę biegnącą wzdłuż budowli.

Postać odbita w szybie poruszała się razem z nim. Był to wysoki mężczyzna o szczupłej twarzy, głęboko osadzonych oczach i ekspresyjnych wargach. Jego twarz miała dość niechętny wyraz, a oczy spoglądały nieufnie, jakby znalazł się w pułapce. Pietro miał dopiero trzydzieści cztery lata, ale ta aura niedostępności sprawiała, że wyglądał starzej.

Nagle Toni się zaniepokoił. Pies był duży, jego łeb sięgał ponad parapet. Zobaczył na zewnątrz coś, co kazało mu rozpaczliwie szukać pociechy u swojego pana.

- Nic tam nie ma - rzekł Pietro. - Dio mio! - zawołał, gdy następna błyskawica przecięła niebo, zalewając białym światłem okolicę. W tym świetle Pietro dojrzał na ulicy jakąś postać. - Teraz mnie się coś przywidziało - mruknął.

Mimo to nie ruszył się z miejsca. W końcu znów błysnęło, a Pietro zobaczył kobietę z włosami przyklejonymi do głowy. Dosłownie ociekała wodą. Po chwili wchłonęła ją noc.

Zmarszczył czoło, otworzył okno i wyjrzał na zewnątrz, przekonany, że ją sobie wybraził. Nagle zza chmur wypłynął księżyc. Kobieta stała nieruchomo i patrzyła na niego. Sprawiała wrażenie zagubionej. Wychylił się i zawołał:

- Ciao!

Nie drgnęła ani się nie odezwała.

- Ciao! - zawołał. - Proszę zaczekać, już schodzę.

Nie znosił, kiedy ktoś zakłócał mu spokój, ale nie mógł jej tam zostawić, by zamarzła. Zbiegł po schodach do bocznego wejścia i otworzył ciężkie drzwi. Spodziewał się, że kobieta natychmiast wejdzie do środka, lecz ona stała bez ruchu.

Chwycił ją za rękę, do drugiej ręki biorąc jej walizkę, po czym weszli na górę. Nieznajoma opadła na sofę i zamknęła oczy.

Znalazł się w kłopocie. Kobieta powinna zdjąć mokre ubranie, ale myśl o tym, że miałby ją rozebrać, przerażała go. Nie mógł jednak dopuścić do tego, by dostała zapalenia płuc. Wziął z łazienki czysty szlafrok i ręcznik kąpielowy. Kobieta miała na sobie lekki płaszcz, który zdjął bez trudu, ale została jeszcze sukienka. Działał szybko, modląc się w duchu, by kobieta się nie ocknęła. Na szczęście by ła nieświadoma tego, co się dzieje. Gdy ją opatulił w szlafrok i osuszył ręcznikiem włosy, położył ją na sofie i przykrył kocami.

Skąd się tutaj wzięła? Czemu znalazła się tu sama, podczas burzy? Starał się nie zwracać uwagi na jej ciało, zauważył jednak, że była bardzo szczupła, jak ktoś, kto w krótkim czasie sporo stracił na wadze.

- Ocknij się - błagał.

Niestety, nie odzyskiwała przytomności. Pietro wyjął z kredensu karafkę i nalał do kieliszka brandy. Uniósł głowę kobiety i przytknął kieliszek do jej warg. Trochę koniaku się wylało, ale kobieta upiła mały łyk, prychnęła i otworzyła oczy.

- Brawo! Proszę wypić do końca. - Nie zostawił jej wyboru, trzymał kieliszek przy jej wargach, aż go opróżni ła. - Kim pani jest? - spytał po włosku. - Skąd pani się tu wzięła?

- Przepraszam - szepnęła po angielsku.

A zatem Pietro przeszedł na angielski.

- Nie ma za co. Musi pani coś zjeść i odpocząć.

Była wyraźnie wyczerpana.

- Nie powinnam była przyjeżdżać. Wiedziałam, że to błąd, ale... tylko on mi powie... chociaż to bez znaczenia... muszę wiedzieć. Dłużej tego nie zniosę, tej nieświadomości.

- Signorina...

- Wie pan, jak to jest? Myśleć i myśleć, kiedy nikt nie może panu pomóc, a pan boi się, że całe życie spędzi w tej ciemności.

- Wiem.

- To nie ma końca, prawda?

- Tak - przyznał. - Nie ma końca.

Zamknął oczy, powrócił dawny ból. Sądził, że już sobie z tym poradził, ale ta kobieta przywołała go z powrotem. Czuł na sobie jej wzrok. Spotkały się dwie zagubione dusze.

- Co można zrobić? - zapytała.

- Nie wiem. Nigdy nie wiedziałem.

Spojrzenie, jakim go obrzuciła, zawierało rozpaczliwą akceptację czegoś, co było zbyt smutne, by ubrać to w słowa.

- Skąd pani się tu wzięła? - spytał znowu.

- Tutaj?

- Stała pani na ulicy i patrzyła na moje okna.

- Nie pamiętam.

- Nie szkodzi, potem mi pani powie.

Kiedy po kilku minutach wrócił do niej z kuchni, z konsternacją przypatrywała się swojemu ubraniu.

- Musiałem panią przebrać - rzekł natychmiast. - Przemokła pani. Ale przysięgam, że nie... no, wie pani.

- Wiem. - Zaskoczyła go uśmiechem.

- Wierzy mi pani?

- Tak, wierzę. Dziękuję.

- Zapraszam do stołu.

Gdy wstała, odniósł wrażenie, że kiedyś już ją spotkał, ale nie przypominał sobie, w jakich okolicznościach.

- Kiedy ostatnio pani jadła?

- Nie wiem. Nie zjadłam śniadania, bo byłam spóźniona. Na lotnisku tak się denerwowałam, że niczego bym nie przełknęła, w samolocie podobnie. Jak wylądowaliśmy, rozszalała się burza. Bałam się, przez godzinę siedziałam w hali przylotów.

- Nie ma pani hotelu? O tej porze roku trudno o pokój. Wiele hoteli zamyka się na zimę.

- Nie, od razu tutaj przyszłam.

- Dlaczego?

- Myślałam, że znajdę tu Gina.

- Gina Falziego?

- Zna go pan? - Jej twarz się rozjaśniła.

- Tak, dobrze go znam, ale...

- Czy nadal tutaj mieszka? Jest tu w tej chwili?

- Nie.

Jej słowa obudziły obawy Pietra. Matka Gina była niegdyś kucharką rodziny Bagnellich. Mieszkała wraz z synem w ich domu. Chłopcy razem dorastali i pomimo dzielących ich sześciu lat przyjaźnili się. Gino był wesoły. Pietro, starszy i poważniejszy, odnajdywał w nim potrzebną mu beztroskę.

- Powinieneś częściej się śmiać - beształ go Gino. - Chodź, zabawimy się.

I Pietro się śmiał, rzucał się ze swoim przyjacielem nicponiem w kolejną szaloną przygodę, z której zazwyczaj musiał go ratować. Gino był lekkoduchem, z trudem utrzymywał posady, aż wreszcie znalazł zajęcie w biurze turystycznym Pietra. Swoim urokiem zdobywał dla niego klientów.

Gino był także ryzykantem, który nieraz mało nie przekroczył granicy przyjętych norm zachowania. Lubił imponować kobietom, udając, że pochodzi z arystokratycznej rodziny Bagnellich. Pietro, choć tego nie akceptował, ograniczał się do wzruszenia ramion.

Ale w tej chwili zaczął się denerwować, że drobne oszustwa Gina mogą zakończyć się tragedią.

- Gdzie on jest? - spytała nieznajoma.

- W podróży. Pracuje w mojej firmie turystycznej.

- Ale niedługo wróci?

- Raczej nieprędko. Szuka nowych miejsc dla turystów.

- Rozumiem - cicho westchnęła.

- Gino dobrze panią zna?

Długo milczała, a potem pokręciła głową.

- Nie. On mnie nie zna, nikt mnie nie zna, zresztą ja sama siebie nie poznaję. Wiem, kim byłam wtedy...

- Wtedy?

- Rok temu, może niecały rok. Mam gdzieś zanotowane daty... - Zobaczyła jego zatroskaną minę i uśmiechnęła się dziwnie czarująco. - Mówię jak wariatka?

- Wcale nie - rzekł stanowczo.

- A jednak. Większą część minionego roku spędziłam w specjalnym ośrodku. Teraz próbuję wrócić do normalności, ale niezbyt mi to wychodzi.

- W takim razie miała pani szczęście, znajdując bezpieczne schronienie i przyjaciela.

- Jak pan może nazywać się moim przyjacielem, skoro pan mnie nie zna? Kimkolwiek byłam, teraz jestem kimś innym. Tylko nie wiem, kim.

- Musi pani znać swoje nazwisko.

- Nazywam się Ruth Denver.

Z ręki Pietra wypadła łyżeczka. Schylił się po nią, ukrywając szok. Ale gdy podniósł wzrok, już nad sobą panował.

- Pietro Bagnelli.

- Kuzyn Gina? - Jej oczy zalśniły. - Mnóstwo mi o tobie opowiadał, o tym, jak dorastaliście razem.

- Porozmawiamy rano - przerwał jej czym prędzej. - Jak się wyśpisz, poczujesz się lepiej. - Jego obawy rosły, chciał wszystko przemyśleć, nim powie coś więcej. Musi zachować ostrożność. - Przygotuję ci pokój. Nie ruszaj się stąd.

Spojrzała na niego zdziwiona, a on sobie uprzytomnił, że sam mówi jak szaleniec. Dokąd niby miałaby pójść? A jednak bał się, że jeśli spuści ją z oczu, Ruth rozpłynie się w powietrzu.

- Obiecuję, że nie zniknę - odparła żartobliwie.

- Dla pewności: Toni, pilnuj.

Wielkie psisko położyło łeb na kolanach Ruth.

- Czekajcie na mnie - rzekł Pietro.

W sąsiednim pokoju znajdowała się kanapa, która mogła służyć do spania. Kiedy Pietro ją ścielił, myśli kłębiły się w jego głowie. Niemożliwe, żeby to była Ruth Denver.

Po powrocie do salonu zastał Ruth i psa na swoich miejscach. Toni trzymał łeb na kolanach kobiety, a ona go głaskała.

- Pokój jest gotowy - rzekł Pietro. - Wyśpij się. Dopilnuję, żeby nikt ci nie przeszkadzał.

- Dziękuję - odparła cicho i wyszła.

Zostawszy sam, Pietro nalał sobie sporą porcję brandy. Potrzebował jej jak nigdy dotąd.

Był zszokowany. Z początku przypuszczał, że ma do czynienia z jedną z porzuconych przez Gina dziewcząt, która mimo to nie straciła nadziei. Miał jednak powody, by sądzić, że jest inaczej. Rok temu Gino zakochał się w angielskiej turystce. Pietra nie było wówczas w domu, a kiedy wrócił, ona już wyjechała z Wenecji, więc nie miał okazji jej poznać.

Ten jeden raz Gino wydawał się szczerze zauroczony. Stracił głowę do tego stopnia, że myślał o małżeństwie. Pietro obiecał w prezencie dla młodej pary urządzić im wesele w swoim domu.

- Chcę poznać tę dziewczynę - rzekł do przyjaciela. - Musi być wyjątkowa, skoro zamierzasz się ustatkować.

- Jest wyjątkowa - odparł Gino z entuzjazmem. - Pokochasz ją.

- Mam nadzieję, że nie - zażartował Pietro. - Jestem szanowanym małżonkiem.

- I nie chcesz, żeby Lisetta rzucała w ciebie garnkami.

- Nigdy by tego nie zrobiła. Ona myśli wyłącznie o tym, jak mnie uszczęśliwić.

- Wyobraź sobie, jaki będziesz szczęśliwy, gdy ci urodzi syna. Kiedy ma termin?

- Za miesiąc.

- No to zaraz potem urządzimy wesele.

Umówili się, że Gino pojedzie służbowo do Anglii, a przy okazji przywiezie swoją narzeczoną jeszcze przed ślubem. Miał pracować w Anglii dwa tygodnie, tymczasem po pięciu dniach wrócił blady i milczący, co było do niego niepodobne. W odpowiedzi na pytania Pietra odparł tylko, że ślub jest nieaktualny i nigdy więcej nie spotka się ze swoją ukochaną.

O ile Pietra pamięć nie myliła, Gino nie odezwał się już do swojej Angielki, a ilekroć dzwoniła jego komórka, wpadał w dziwny popłoch.

- Pokłóciliście się? - badał ostrożnie Pietro. - Przyłapała cię na flircie z inną?

- Nie. Po prostu zmieniła zdanie.

- Dała ci kosza? - Pietro nie mógł w to uwierzyć.

- Tak, i kazała mi wyjechać.

Zanim Pietro zadał kolejne pytanie, jego żona zaczęła rodzić przed czasem i zmarła, wydając na świat syna, który także nie przeżył. Na skutek tej tragedii kłopoty Gina zeszły na drugi plan.

Kiedy Pietro zaczął znów jakoś funkcjonować, przekonał się, że przyjaciel nie odzyskał dobrego nastroju. Wysyłał go zatem w liczne podróże w poszukiwaniu nowych atrakcji turystycznych. Od czasu do czasu Gino wracał do Wenecji na pozór bardziej radosny, ale jego pierwsze pytanie zawsze dotyczyło wieści z Anglii. Pietro zdał sobie sprawę, że ta młoda kobieta bezdusznie złamała mu serce. Nazywała się Ruth Denver.

- To nie może być ona - rzekł do siebie pod nosem. - Nie jest do niej podobna. Widziałem zdjęcie...

Wyjął z szafki album i przeglądał go, aż trafił na właściwą fotkę. Przedstawiała ona roześmianego Gina obejmującego młodą kobietę. Ona także się śmiała i patrzyła na niego uszczęśliwiona. Pietro stwierdził, że to jednak ta sama kobieta, która się u niego pojawiła, choć bardzo odmieniona.

Dziewczyna na zdjęciu miała pulchne ciało, duży biust i szeroki ufny uśmiech. Opadające na ramiona gęste włosy zdawały się symbolizować jej wylewność i energię.

Natomiast ta eteryczna istota, która dziś niespodziewanie znalazła się w jego domu, była cieniem swojego dawnego ja. Nosiła krótką chłopięcą fryzurę, miała twarz pozbawioną uśmiechu i smutne wylęknione oczy. Nic dziwnego, że jej nie rozpoznał.

Co ją tak odmieniło?

 

Gdy była wyczerpana, myśli i wrażenia kłębiły się w jej głowie. Jej płytki sen nawiedzał pojawiający się znikąd mężczyzna, który chwytał ją za rękę i zabierał w bezpieczne miejsce. W ciemności i deszczu jego twarz była niewyraźna, tylko jego siła i determinacja zdawały się rzeczywiste.

Potem deszcz ustał, a ona leżała na sofie, on zaś kazał jej wypić brandy. Nie znała go, a mimo to sytuacja nie budziła w niej wątpliwości. Teraz już widziała jego przystojną twarz. Wyczuła, że pod jego pozornym spokojem coś buzuje.

Potem to wszystko odpłynęło w ciemność, a ona została przeniesiona w inne miejsce, wróciła do szczęśliwszych chwil swojego życia. Był tam Gino, przyglądał się jej z czułym uśmiechem, który uwielbiała. Wyciągnął do niej rękę przez stolik w restauracji i całował jej palce.

- Ludzie patrzą - szepnęła, rozglądając się.

- Niech patrzą - odparł wesoło. - Och wy, Anglicy, zawsze tacy oziębli.

- Ja jestem oziębła?

- Nie, carissima. Ty jesteś ideałem i kocham cię do szaleństwa.

- Powiedz to po wenecku. Wiesz, jak to lubię.

- Te voja ben, te voja ben...

Czy takie szczęście w ogóle jest możliwe? Jej przystojny Gino przyjechał do Anglii, żeby zabrać ją do Wenecji. Wkrótce mieli się pobrać i żyć razem w tym pięknym mieście.

- Ja też cię kocham. Och, będziemy tacy szczęśliwi.

Raptem zapadła ciemność, a świat wypełnił się bólem. Gino zniknął. Pojawiły się za to ulotne obrazy z wcześniejszych czasów. Gino w dniu, kiedy spotkali się w Wenecji. Zdobył jej serce swoim zawadiackim uśmiechem, humorem i urokiem. Dukała coś po włosku, gdy przyszedł jej z pomocą. Ten wieczór spędzili już razem. Czuła się z Ginem dobrze i swobodnie.

- Znasz tyle języków - zauważył. - Francuski, niemiecki, hiszpański, a nie znasz włoskiego. To błąd.

- Po co mam uczyć się włoskiego?

- Cieszę się, że dzisiaj tak kiepsko sobie radziłaś, bo inaczej byśmy się nie poznali - odparł znaczącym tonem - ale teraz uważam, że powinnaś się go nauczyć.

Potem zaczął ją uczyć swojego ojczystego języka.

Kolejne ulotne obrazy - lotnisko, na które ją odprowadził ze łzami wzruszenia w oczach. Telefon z informacją, że przyjeżdża do Anglii, pełne uniesień spotkanie i ostatni wieczór.

- Jesteś ideałem i kocham cię do szaleństwa...

- Te voja ben - szepnęła z tęsknotą.

Widziała jego twarz, gdy mówił te słowa, ale potem ta twarz zbladła i rozpływała się...

- Gino! - wołała rozpaczliwie, wyciągając ręce, żeby go zatrzymać. - Wróć! - krzyczała. - Nie zostawiaj mnie.

A potem go dotknęła. Nie widziała go, ale czuła, że znów się odwrócił i wziął ją w objęcia.

- Dokąd idziesz? - szlochała. - Tak się bałam, tak za tobą tęskniłam... Gdzie byłeś?

Silne ramiona przytuliły ją mocno.

- Wszystko w porządku. Jestem tutaj.

- Nigdy więcej mnie nie opuszczaj.

- Będę przy tobie, dopóki będziesz mnie potrzebowała.

- Gdzie byłeś? Tak bardzo za tobą tęskniłam.

Ujęła jego twarz w dłonie i całowała go z pasją.

- Te voja ben - szepnęła. - Te voja ben.

- Połóż się. - Delikatnie pchnął ją na poduszkę.

Jego dłonie działały na nią kojąco. Jej lęk mijał. Po długim czasie koszmarów Gino w końcu wrócił.

- Teraz śpij - rzekł. - Rano wszystko będzie dobrze.

A jednak jakaś perwersyjna moc, której nie zdławiły miesiące cierpienia, kazała jej otworzyć oczy. Na brzegu jej łóżka siedział mężczyzna, który nie jest Ginem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

India Grey

 

Premiera w Wenecji

Znalezienie wolnego kawalera nie było łatwym zadaniem.

Sarah zatrzymała się w rozterce na środku parkingu i mocniej ścisnęła w dłoni dużą kopertę. Tym razem to tylko gra, ale biorąc pod uwagę jej osiągnięcia w prawdziwym życiu, szanse dzisiejszego wieczoru wydawały się nikłe. Za szeregiem lśniących mercedesów i bmw zaparkowanych przed najmodniejszym obecnie w Oxfordshire pubem leżały pola, strumienie i młodniki, urokliwie spokojne w blasku letniego zachodu. Zapatrzona w dal, wciąż mocno ściskała kopertę, usiłując choć trochę uspokoić kłębiące się myśli.

Właściwie nie musiała tam wchodzić. Nie musiała brać udziału w tej idiotycznej zabawie i narażać się na drwiny. Mogłaby wykorzystać swoją doskonałą znajomość tych okolic i bez trudu przeczekać całe zamieszanie. Niestety, takie rozwiązanie nie wchodziło w grę. Trzeba stawić czoło wyzwaniu, choćby dla dobra córki. Dziecko potrzebuje obojga rodziców, więc kiedyś w końcu trzeba będzie spróbować wypełnić lukę po Rupercie. Ale jeszcze nie teraz, o tym była przekonana.

Drzwi pubu otworzyły się szeroko i na zewnątrz wysypała się grupka roześmianych mieszczuchów w stanie piwnej euforii. Ostatni przytrzymał dla niej drzwi. Podziękowała burkliwie i wsunęła się do mrocznego wnętrza, wpychając kopertę do tylnej kieszeni dżinsów. Podczas jej nieobecności w Oxfordshire mały wiejski pub "Pod Różą i Koroną'' zmienił się w elegancki lokal. Wytartą wykładzinę i wyblakłe sceny z polowań na zabarwionych nikotyną ścianach zastąpiły dębowa posadzka, ceglane mury i nastrojowa muzyka w tle, co z pewnością stanowiło zachętę dla nowego rodzaju klienteli, składającej się obecnie z maklerów giełdowych i adwokatów. Duma nie pozwoliła jej obrócić się na pięcie i uciec. Zawsze dotąd była bardzo samodzielna. W końcu jeżeli potrafiła zrobić sobie półki, rozliczać podatek dochodowy i wychowywać córkę, to z pewnością mogła podejść do baru i zamówić sobie drinka.

Przepchnęła się w tamtą stronę. Drzwi na taras były otwarte i od razu dostrzegła Angelikę z przyjaciółmi. Trudno byłoby ich nie zauważyć. Przy ich stoliku było najgłośniej, a barwna grupka przyciągała wzrok, zwłaszcza samotnych mężczyzn. Uczestniczki zabawy nosiły koszulki, zaprojektowane przez organizatorkę gry, przyszłą druhnę Angeliki, smukłą dziewczynę o imieniu Fenella.

Sarah nerwowo obciągnęła przykrótką koszulkę na zbyt obcisłych dżinsach. Gdyby przestrzegała noworocznego postanowienia dotyczącego diety, byłaby teraz wśród nich. Śmiałaby się, popijała koktajle i flirtowała z całą gromadą przystojniaków. Gdyby ważyła mniej, Rupert nie porzuciłby jej dla smukłej blondynki. Niestety, noce spędzane samotnie na sofie, z butelką taniego wina i paczką ciastek, sprzyjały przybieraniu na wadze. Chwilowo nie zamierzała się tym zajmować. Ślub miał się odbyć w wiejskim domostwie, które Angelika i Hugh kupili i remontowali w Toskanii. Sarah doskonale potrafiła sobie wyobrazić przyjaciółki Angeliki w zwiewnych, jedwabnych sukienkach, plotkujące i raczące się smakołykami w pięknym ogrodzie, i samą siebie, przepasaną fartuchem, harującą w kuchni.

Obok niej pojawiła się Fenella z tacą kolorowych drinków, przyozdobionych parasolkami i wisienkami. Dziewczyna zerknęła na Sarah z rozbawieniem.

- Jesteś! Już prawie straciliśmy nadzieję. Co pijesz?

- E... chyba białe wytrawne - odpowiedziała niepewnie Sarah.

Dietetyczny tonik byłby lepszy, ale potrzebowała czegoś mocniejszego, by przetrwać wieczór. Fenella wybuchła serdecznym śmiechem, odrzucając głowę w tył i prowokując męskie spojrzenia.

- Dobry pomysł. Zajrzyj do koperty. - Uśmiechnęła się znacząco, znikając w tłumie.

Sarah sięgnęła do kieszeni po kolejne instrukcje i jęknęła z przerażenia. Blond przystojniak za barem zerknął na nią z ciekawością. Serce biło jej mocno i gdy tylko otworzyła usta, poczuła, że się rumieni.

- Proszę o "Krzyk spełnienia''.

Głos, który wydobył się z jej krtani, był niemile niski i skrzekliwy. Młodzieniec obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem.

- Słucham?

- "Krzyk spełnienia'' - powtórzyła żałośnie.

Czuła nacisk otaczających ją ludzi, usiłujących dopchać się do baru. Teraz większość gapiła się na nią, ich spojrzenia wręcz paliły jej skórę. Przyjaciele Angeliki z zaciekawieniem zerkali przez otwarte drzwi, nawet nie próbując zapanować nad rozbawieniem. Barman odgarnął spadającą na oczy grzywkę i popatrzył na nią bez wyrazu.

- Co to jest?

- Nie wiem. - Uśmiechnęła się, starannie skrywając popłoch. - Nigdy nie próbowałam.

- Nie próbowała pani "Krzyku spełnienia''? W takim razie, proszę mi pozwolić...

Głos dobiegający zza jej pleców bardzo się różnił od typowego brzmienia klientów pubu. Głęboki i dojrzały, z akcentem trudnym w pierwszej chwili do rozpoznania i z cieniem rozbawienia. Odwróciła głowę, ale w tłumie nie mogła się dobrze przyjrzeć mężczyźnie. Stał zbyt blisko niej i był dosyć wysoki.

- Po miarce wódki, Kahlua, Amaretto...

W tej chwili rozpoznała akcent. Włoch. Poznała to po sposobie, w jaki powiedział "Amaretto'' - zabrzmiało jak bardzo intymna obietnica. Przez chwilę tkwiła w rozmarzeniu, ale przecież Sarah Halliday nie była osobą, która pozwoliłaby obcemu mężczyźnie stawiać sobie drinka. Była dorosłą kobietą, matką pięcioletniej córeczki, od siedmiu lat zakochaną w tym samym mężczyźnie. Podrywanie obcych w barach nie było w jej stylu.

- Dziękuję za pomoc - wymamrotała. - Już dam sobie radę.

Podniosła wzrok i w blasku zachodzącego słońca zobaczyła ciemne włosy, regularne rysy i mocno zarysowaną szczękę z cieniem kilkudniowego zarostu. Całkowite przeciwieństwo Ruperta, pomyślała. Raczej frapujący niż przystojny.

A potem to on się odwrócił i spojrzał na nią. Oczy ze zwężonymi źrenicami były tak ciemne, że nawet z bliska nie umiała dostrzec granicy między źrenicą a tęczówką

- Chciałbym zaprosić panią na drinka - powiedział po prostu.

- Dziękuję, ale...

Drżącymi dłońmi wyciągnęła portmonetkę i zajrzała do środka, zupełnie jednak nie mogła się skupić na wykonywanych czynnościach. Portmonetka była prawie pusta. Ostatnie pięć funtów oddała do skarbonki Lottie jako karę za przeklinanie. W panice zerknęła na barmana. Jego wzrok nie wyrażał żadnych uczuć.

- Dziewięć pięćdziesiąt - powiedział beznamiętnie.

Dziewięć i pół funta? To był jeden drink, a nie trzydaniowy posiłek! Obie z Lottie przeżyłyby za to tydzień. Pobladła, wpatrywała się w puste wnętrze sakiewki. Kiedy znów podniosła wzrok, nieznajomy podawał barmanowi banknot i odbierał od niego przeklętego drinka. Odwrócił się od baru, a tłum rozstąpił się przed nim jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Bezmyślnie ruszyła za nim, nie odrywając wzroku od szerokich ramion pod spłowiałą niebieską koszulą. Wszyscy inni mężczyźni wyglądali przy nim jak karły. Zatrzymał się przy wyjściu na taras i podał jej szklankę. Płyn był biały i spieniony, zupełnie jak koktajl mleczny. Bardzo drogi koktajl mleczny.

- Pani pierwszy "Krzyk spełnienia''. Mam nadzieję, że będzie smakował.

Jego twarz była bez wyrazu, głos uprzejmy, ale kiedy brała szklankę i ich palce zetknęły się na moment, Sarah poczuła przeskakującą pomiędzy nimi iskrę. Cofnęła gwałtownie rękę i kilka kropel napoju prysło na jej nadgarstek.

- Wątpię - burknęła.

Nieznajomy uniósł ciemne brwi, uśmiechając się kpiąco.

- Bardzo pana przepraszam - powiedziała po chwili, sama zaskoczona swoim zachowaniem. - To nieładnie z mojej strony, ale zazwyczaj zamawiam co innego. Na pewno będzie pyszny. - Upiła łyk i postarała się wyglądać na zachwyconą. - Mmm, rewelacja.

Nie przestawał wpatrywać się w nią pytająco.

- Dlaczego zamówiła pani właśnie to, skoro woli pani co innego?

Odpowiedziała uśmiechem i wyciągnęła z kieszeni kopertę.

- Taka gra. Trzeba wykonać wyznaczone polecenia. A że to wieczór panieński mojej siostry...

Właściwie przyrodniej siostry, dodała w duchu. Pewno powinna mu to wyjaśnić, bo w przeciwnym razie będzie zachodził w głowę, jak to możliwe, że któraś z tych ślicznych dziewcząt ma wspólne z nią geny.

- Rozumiem. - Popatrzył na jej koszulkę, a potem na taras, gdzie rozbawione dziewczęta śmiały się i flirtowały w najlepsze. - Mam wrażenie, że nie sprawia to pani takiej frajdy jak innym.

- Och, jest świetne. - Postarała się, by zabrzmiało to przekonująco, i upiła jeszcze łyk paskudztwa.

Nieznajomy delikatnie wyjął szklankę z jej ręki i odstawił na sąsiedni stolik.

- Jest pani najgorszą aktorką, jaką widziałem w życiu.

- Dzięki - wymamrotała.

- Proszę mi wierzyć, to był komplement.

Spojrzała na niego, by się upewnić, że nie żartuje, ale minę miał całkiem poważną. Ich oczy spotkały się na moment i Sarah zarumieniła się po korzonki włosów.

- No to co jeszcze ma pani na swojej liście? - zapytał.

- Nie wiem. - Pospiesznie zajrzała do koperty. - Po wypełnieniu każdego zadania otwiera się nową kopertę.

- Zamówienie drinka było pierwszym?

- Właściwie drugim, ale pierwsze sobie darowałam.

- A co to było?

Potrząsnęła głową i włosy opadły jej na twarz.

- Nieważne.

Delikatnie wyjął kopertę z jej ręki. Mogła tylko patrzeć w zakłopotaniu, jak rozkłada i czyta kartkę. Obserwująca ją z tarasu Fenella z uśmieszkiem szeptała coś Angelice.

- Co za pomysł! - odezwał się z odcieniem niesmaku w głosie. - Znaleźć sobie wolnego kawalera?

- Tak. Ale na to nie mam szans. - Odwróciła się od ciekawskich spojrzeń z tarasu. - Bo pan na pewno nim nie jest?

W chwili, gdy wypowiadała te słowa, uświadomiła sobie, jak to brzmi.

- Przepraszam - mruknęła. - Umówmy się, że tego nie powiedziałam... - Zawstydzona, wpatrywała się w drewnianą podłogę.

- Nie - odpowiedział krótko. - Nie jestem kawalerem i nie jestem wolny. - Wyciągnął dłoń i uniósł jej brodę tak, że musiała spojrzeć mu w oczy. Jego własne były ciemne i nieprzeniknione. - Ale one o tym nie wiedzą - zamruczał, zbliżając gorące wargi do jej ust.

 

Lorenzo był znudzony, rozczarowany i sfrustrowany. I nie znał lepszego sposobu, by od tych uczuć uciec. Pochylając głowę, widział ciemne, rozszerzone zdumieniem oczy dziewczyny. Jej wargi były miękkie i słodkie, tak jak to sobie wyobrażał. Zadrżała, ale nie broniła się przed pocałunkiem. Kobiety na tarasie musiały jej nieźle dokuczyć. Lorenzo uśmiechnął się, po raz pierwszy od tygodni czy też miesięcy naprawdę się uśmiechnął. Tak ogromna była czysta przyjemność całowania tych słodkich warg kobiety o wspaniałych, kasztanowych lokach, pięknych piersiach i bardzo smutnych oczach.

Przybył do Oxfordshire w desperackim poszukiwaniu miejsc, które od dawna istniały w jego myślach dzięki zniszczonym stronicom powieści "The Oak and the Cypress'', mało znanego autora, którą przeczytał przypadkiem wiele lat temu. Nie mógł o niej zapomnieć i przybył tutaj w nadziei, że zdoła odnaleźć i udokumentować tamte klimaty. Ale rzeczywistość przyniosła rozczarowanie. Zamiast opisanej przez Tate'a sielskości, znalazł tylko parodię Anglii z malowniczych pocztówek, nijaką i bezduszną.

Ta kobieta była ekscytująco prawdziwa. Jej twarz wiernie oddawała przeżywane emocje, niczego nie ukrywając. Po krętactwach Tii uznał to za niezwykle odświeżające. W dodatku była ogromnie seksowna i zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Wyczuwał w niej pokłady żaru i namiętności. Pocałował ją ze współczucia; wyglądała tak smutno, a to nic nie kosztowało i miało nic nie znaczyć... Nie spodziewał się jednak, że da mu tak wiele radości.

Przeniósł dłonie na zaokrąglone biodra i przyciągnął ją do siebie. Niecierpliwe palce napotkały pod koszulką na ciepłe i miękkie ciało. Sarah zamarła, ale zaraz odepchnęła go gwałtownie. Przez moment wpatrywała się w niego z twarzą ściągniętą bólem, potem odwróciła się na pięcie i przepchnęła przez tłum w kierunku drzwi.

 

To był żart. Istotą wieczorów panieńskich były żarty, zabawa, flirt. Jej przygoda stanowiła tylko część tego wszystkiego.

Sarah przedarła się przed dziurę w żywopłocie na tyłach parkingu. Kolczaste gałązki poraniły jej ramiona. Ze złością otarła łzy grzbietem dłoni. Nie płakała z powodu upokorzenia w pubie. To tylko przypomniało jej bolesne przeżycie sprzed tygodnia. Przygotowywała wtedy catering na przyjęcie zaręczynowe, a kiedy narzeczonym okazał się jej kochanek, z którym była od siedmiu lat, i zarazem ojciec jej pięcioletniej córeczki, upuściła tort z zapalonymi świeczkami tuż przed nosami szczęśliwej pary i zaproszonych gości. W dodatku goście stanowili krąg ich dawnych przyjaciół.

Słońce było już nisko nad horyzontem i pole pszenicy złociło się jak morze o zachodzie. Sarah przedzierała się przez nie dziko, dając ujście kłębiącym się w niej uczuciom. Czuła się tak samotna i zrozpaczona, że pusty pocałunek nieznajomego dał jej złudzenie bycia pożądaną i docenianą.

Osiągnęła szczyt pagórka i odetchnęła głęboko. Na blednącym niebieskim niebie rysował się rożek księżyca. Pomyślała o Lottie i przyspieszyła kroku.

 

Lorenzo podniósł kopertę upuszczoną przez Sarah. W bajce byłby to zgubiony przez Kopciuszka pantofelek, pomyślał. Obrócił kopertę w dłoniach. Jego Kopciuszek miał na imię Sarah.

Sarah. To brzmiało prosto, uczciwie i pasowało do niej. Szybkim krokiem ruszył do wyjścia. Wybiegł na piaszczystą drogę i rozejrzał się dokoła. Parking po prawej stronie był zapełniony samochodami, a po dziewczynie nie było śladu. Odwrócił się ku polu pszenicy za żywopłotem. Było parno, najwyraźniej zanosiło się na burzę. Z tarasu słabo dobiegały rozbawione głosy. Dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu.

Bystrym okiem wychwycił ruch w oddali. Ktoś wędrował przez pole i tym kimś była kobieta. Poznał to po wdzięcznych, płynnych ruchach. Zachodzące słońce oświetlało burzę miedzianych loków. To była ona, Sarah, i Lorenzo zatęsknił za kamerą. Oto odnalazł to, po co tu przyjechał. To była esencja Anglii Francisa Tate'a, serce i dusza książki, która była mu bliska od tak dawna, zamknięta w obrazie dziewczyny ze słońcem we włosach, brodzącej po pas w zbożu. Patrzył za nią, wstrzymując oddech. Na szczycie wzgórza przystanęła i popatrzyła na księżyc, odrzucając włosy na plecy. Potem ruszyła w dół i znikła z pola widzenia.

Nie wiedział, kim była i dlaczego się tam znalazła, ale to było mniej ważne. Wdzięczny był losowi za przeżycie, które natchnęło go nadzieją i chęcią do pracy. Teraz, pomyślał trzeźwo, pozostała jeszcze tylko kwestia praw do książki.

Opowiadania utrzymane są w romantycznym klimacie, podszyte wątkami, które przepełniają liczne intrygi i spiski. W książce to Wenecja wysuwa się na pierwszy plan, a opisy miasta zostały potraktowane bardzo drobiazgowo i szczegółowo. Barwne i kolorowe miasto przepełnione jest mrocznymi uliczkami i zaułkami, które kryją wiele niebezpieczeństw. (...) Plastycznie naszkicowane losy bohaterów wciągają i nie pozwalają się nudzić podczas czytania. Podczas lektury przeniesiemy się do Wenecji, popływamy gondolą czy poznamy nieco bliżej odbywający się tam karnawał. Fabuła jest lekka i przyjemna, typowa, dla pozycji tego typu. Niemniej jednak lektura jest przyjemna i pozwala spędzi kilka miłych chwil z książką. Polecam fanom romansów i miłośnikom Wenecji.

Wenecja przedstawiona przez autorki książki jest barwna, kolorowa, tajemnicza, ale jednocześnie odrobinę mroczna, pełna wspaniałych domostw, palazzo, ale i mrocznych zaułków. Pisarkom udało się ukazać miasto takim jakim jest w rzeczywistości. To największy atut książki. Opisy są niezwykle plastyczne i sprawiają, iż każdy czytelnik może za ich sprawą przenieść się do Wenecji, zjeść kolację w tajemniczym palazzo, popływać gondolą, wziąć udział w znanym na całym świecie karnawale. Co prawda fabuła jest momentami odrobinę przesłodzona, taka cukierkowa, ale sama książka daje odprężenie i jest dobrą lekturą dla miłośników Wenecji, którzy szukają kilku godzin wytchnienia.

Muszę przyznać, że wybór książki okazał się świetny. Autorki- Lucy Gordon i India Grey potrafiły stworzyć niezapomnianą i cudowną atmosferę.Każda z historii wciąga od pierwszych stron dzięki ciekawym bohaterom i życiowej fabule. Język jest lekki, przyjemny, więc czytanie nie sprawia żadnego problemu. Poza tym pisarki dają możliwość każdą z bohaterek poznać dogłębnie i szczegółowo. Dzięki temu od początku zżyłam się z postaciami i z tym większą przyjemnością śledziłam ich losy. (...) „Spacer po Wenecji” to ciepłe, poruszające opowieści szalenie klimatyczne i krzepiące które napawają nadzieją, radością i życzliwością. Z pewnością można ją czytać w każdym okresie, ale właśnie teraz , kiedy jeszcze ciepła aura nam towarzyszt jeszcze silniej poczujemy jej magię i niezwykłość. Gorąco zachęcam do lektury!!

Co do przeznaczenia, to odbiorcami wcale nie muszą być ogromni wielbiciele romansów. Może to być człowiek, który na co dzień czyta fantastykę, tak jak ja. Zbiór opowiadań będzie idealny na wieczór po ciężkim dniu pracy, czy właśnie rozpoczynającej się szkoły. Nie będzie to nic odkrywczego, ani świeżego, ani niepowtarzalnego. Jednak takie coś też jest nam potrzebne.

 (...) jeśli ktoś szuka lekkich, niezobowiązujących opowiadań na trzy wieczory to śmiało mogę polecić tą książkę. Nie jest to nic odkrywczego czy świeżego, jednak pozwala zająć na chwilę myśli czymś mało istotnym.

Największym atutem książki, są opisy Wenecji, które skradły moje serce. Są one realistyczne i ciekawe. Bez problemu mogłam w wyobraźni przenieść się do Wenecji i razem z bohaterami płynąć gondolą, spacerować po gwarnych uliczkach i brać udział w karnawale. (...) „Spacer po Wenecji” to dobra książka o miłości, zaufaniu i tajemnicach, o rozpoczęciu nowego życia z kimś nowym. To lekka lektura, przepełniona pięknymi i realistycznymi opisami, dzięki którym bez problemu możemy przenieść się do pięknej Wenecji.

(...) ta książka to nie tylko ludzie z problemami i życiowym bagażem. Przecież to Wenecja. To tutaj każde z nich odnajduje swoje miejsce, swoje szczęście, swój raj na ziemi. Tu nie ma tylko zwykłej codzienności i szarych dni. To miejsce to wąskie uliczki, wspaniałe restauracje, wyśmienite potrawy, wykwintne wina... Poznajemy Wenecję dosłownie z każdej strony. Opisy są tak cudowne, że mamy wrażenie, że wszystko to widzimy, że możemy tego dotknąć... Raz spacerujemy pięknymi uliczkami, zaraz płyniemy gondolą, a za chwile paradujemy w pięknych strojach i maskach podczas karnawału... Włochy inspirują mnie od dawna. Wenecja od zawsze mnie zachwycała. Jednak dopiero teraz zakochałam się w niej i jestem pewna, że kiedyś sama wybiorę się na spacer po Wenecji...

I takiego happy endu było mi bardzo potrzeba po wyczerpującym tygodniu w pracy. Przeczytałam książkę siedząc na tarasie, z lampką wina i rozkoszując się słonkiem. Bardzo się cieszę, że mamy taki piękny wrzesień i choć w weekendy mogę odpocząć i zrelaksować się.
Jeśli i was przytłacza praca, obowiązki i brak urlopu - polecam oderwanie się i podróż do Wenecji - co prawda na kartach książki, ale zawsze to coś.

"Spacer po Wenecji" to książka idealna dla osób, które lubią romanse, a przy książkach oczekują odprężenia. Dwie ostatnie historie Karnawał w Wenecji" i "Premiera w Wenecji"  wydały mi się ciekawe i czytałam je z przyjemnością. Z pierwszą miałam ten problem, że wydała się przesadzona, a w niektórych momentach oderwana od rzeczywistości. Podejrzewam jednak, że osobom, które lubią ten gatunek nie będzie to absolutnie przeszkadzać. Na szczęście należę do tych osób, które takie książki czytają z przyjemnością i potrafią odnaleźć dzięki nim odprężenie. (...) Jeśli praca dała ci w kość to sięgnij po tę książkę. Polecam!

Podziwiam autorki za piękne opisy! Dzięki nim poznacie Wenecję z każdej strony. Poczujecie się, jakbyście to wy spacerowali wąskimi uliczkami, płynęli wieczorem gondolą, czy kosztowali wyśmienitych potraw. "Spacer po Wenecji" to bardzo lekka i przyjemna książka. Historie nie są skomplikowane, można je nawet nazwać banalnymi, ale idealnie nadają się do chwilowego oderwania od codziennej rutyny. Nie było tu nic zaskakującego i nie tego oczekiwałam od tej lektury. Każdy przecież potrzebuje czasami historii ze szczęśliwym zakończeniem. Trzy niezobowiązujące opowiadania, które chociaż na chwilę zabiorą Was do wspaniałych Włoch.

Książka przypadła mi do gustu a autorka wykreowała ciekawe opowiadania – idealne na ostatnie letnie wieczory lub jak kto woli na pierwsze jesienne, aby jeszcze przez chwilę poczuć zapach lata. Każde z opowiadań przedstawia inną historię. A malownicza Wenecja okazuje się nie tylko przepięknym tłem, ale i wymarzonym miejscem na ziemi, gdzie bohaterowie znajdują swoje szczęście. Wenecja to urocze miasto, a książka wzbudziła we mnie piękne wspomnienia. Polecam!

"Spacer po Wenecji" to trzy opowiadania, które łączy to, że ich akcja właśnie w tym niezwykłym mieście się odbywa. Każde z opowiadań to historia ludzi z bogatym bagażem doświadczeń i przeszłością, często na życiowym zakręcie. Lekko napisane, wciągające, znakomite jako lektura na koniec wakacji lub na weekend. (...) Każde z opowiadań czytałam z żywym zainteresowaniem, mocno wciągnięta fabułą. Po każdym opowiadaniu odkładałam na chwilę książkę, żyjąc jeszcze życiem bohaterów. Dopiero następnego wieczoru brałam się za kolejną opowieść.

Trzy krótkie i lekkie opowiadania. Każda przedstawia inną historię, a to co je łączy to miłość i Wenecja. Idealna pozycja na jesienne wieczory, które nadchodzą. Można poczuć ciepło bez siedzenia przy kominku. Może moja opinia nie do końca odzwierciedla zauroczenia pozycją, ale to dlatego, że do fanki literatury kobiecej mi daleko. Może z czasem polubię ją na tyle, by oceny były jeszcze wyższe. Ale wam drogie panie polecam z ręką na sercu - jeśli cenicie literaturę obyczajową i romans to jest to pozycja idealna dla was!

(...) to jest to pozycja bardzo przyjemna, lekka i idealna na jesienne wieczory, które zbliżają się nieuchronnie. Możecie ją potraktować jako taką ostatnią przygodę wakacyjno- urlopową. Bardzo nieskomplikowane, przyjemne, z plastycznymi opisami, dzięki czemu łatwo sobie wyobrazić co autorki miały na myśli. Finalnie to pozycja bardziej dla kobiet, które lubią nieskomplikowane, kończące się zwykle w ciepły sposób, historie o kobietach niezależnych, pokrzywdzonych i tak dalej.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ