Powieść historyczna
Żona plantatora herbaty
KUP TERAZ

Żona plantatora herbaty

brak opinii
Liczba stron: 480
ISBN: 9788327619365
Premiera: 2016-07-20

Cejlon, lata dwudzieste i trzydzieste XX wieku.

 

Dziewiętnastoletnia Gwen Hooper przypływa na Cejlon, by zamieszkać z mężem na plantacji herbaty, którą jego rodzina prowadzi od pokoleń. Jest zakochana i zachwycona nowym życiem na egzotycznej wyspie.

Jednak Laurence, małomówny i zapracowany, nie poświęca żonie wiele czasu. Podczas samotnych dni w posiadłości Gwen natrafia na ślady tajemniczej przeszłości: ubranka dziecka w skrzyni, zamknięte drzwi, zarośnięty grób w ogrodzie. Laurence nie chce z nią rozmawiać o rodzinnych sekretach. Gwen nie wie, że sama już wkrótce będzie musiała ukrywać własną tajemnicę.

 

Poruszająca, nastrojowa opowieść o kłamstwach, sekretach i przebaczeniu.             

Dinah Jefferies

Dinah Jefferies to urodzona w Malezji brytyjska powieściopisarka. Swoją pierwszą niezwykle poruszającą powieść „The Separation” napisała po tragicznej śmierci swojego czternastoletniego syna. Jej kolejna książka „Żona plantatora herbaty” znalazła się na liście bestsellerów Sunday Times.

Następnego dnia Gwen poświeciła cały ranek na domowe sprawy. Najpierw zastanawiała się nad nowym systemem utrzymywania porządku w domu, potem nad domowym budżetem. Zajęło jej to co najmniej dwie godziny, po upływie których stwierdziła, że te sprawy nie są aż tak pilne. Większym problemem był McGregor. Jego zachowania poprzedniego dnia nie należało ignorować, a Gwen potrzebowała pomocy przy szukaniu ogrodników.

    Wzięła szkic altany, którą planowała obsadzić pachnącymi kwiatami, i wyszła z domu, rozmyślając nad wykorzystaniem do tego celu krzewów jaśminu i przepleceniem ich gałązek przez metalową ozdobną kratę ogrodową.

    Jezioro skrzyło się pod jasnym błękitnym niebem. Tam gdzie nie padało słońce, woda była grantowa, a w miejscach dotkniętych promieniami srebrzysta, usiana zielonymi plamkami. Kiedy Gwen przechodziła obok jakarandy mimozo listnej, mocno wciągnęła w płuca nieznany jej dotąd zapach niebieskich kwiatów. Kilka srok poderwało się ze starannie skoszonego trawnika obsianego trawą o wiele sztywniejszą niż ta, którą znała z Anglii. Gwen nie zamierzała jednak wspominać o tym ogrodnikowi, staremu Tamilowi, bo nie chciała sprawiać mu przykrości; trawniki i rabaty pielęgnował tak starannie, jakby były jego własnością. Chciała porozmawiać z nim o założeniu kuchennego ogródka, ale teraz szukała miejsca dla swojej pachnącej altany.

    Oba psy, Bobbins i Spew, oczywiście jak zwykle były razem z nią. Rzuciła im piłeczkę. Potoczyła się w krzaki, niedaleko miejsca, gdzie sroki dziobały ziemię w poszukiwaniu robaków.

    – Szukaj piłki, szukaj! – zawołała.

Spew, zawsze pierwszy, pognał ochoczo przed siebie. Widziała, jak przypada do ziemi, węszy i znika wśród drzew oplątanych pnączami, porastających sporą część ogrodu.

    Mimo pięknej pogody czuła zdenerwowanie i irytację. Kiedy tego ranka wyruszyła na poszukiwanie Laurence’a, natknęła się na Naveenę, która powiedziała, że właśnie położyła na toaletce liścik od pana. Gwen wróciła do pokoju i rozerwała kopertę. Zobaczyła zdecydowane, pochyłe pismo męża, którym przekazywał jej wiadomość, że nie będą się widzieć przez kolejne dwa dni, ponieważ pojechał do Kolombo po Fran oraz do sądu w Hatton, by złożyć raport o ostatnich wydarzeniach w wiosce. Do jego obowiązków bowiem jako sędziego pokoju należało zaprowadzenie tam ładu i porządku oraz ustalenie winnych zamieszek. Gwen zwiesiła głowę. A więc znów nie będzie okazji do szczerej rozmowy, na którą tak liczyła.

    Poczuła, jak ogarnia ją wielka tęsknota za domem. I żal, że Laurence nie przekazał jej tych wiadomości osobiście ani nie poprosił, by mu towarzyszyła w podróży. Co prawda, wspomniał, że w Kolombo – nie tak jak tu, w Dickoya, prowincji centralnej − jest teraz piekielnie gorąco, bo monsun się spóźnia, ale nie poprawiło jej to humoru. Postanowiła resztę dnia spędzić na dworze.

    Zawołała Spew i raptem pomyślała o panu Ravasinghe. Uświadomiła sobie, że już kilkakrotnie odżywało jej w pamięci wspomnienie ich krótkiego spotkania. Pan Ravasinghe sprawiał wrażenie człowieka niezwykle rozważnego. Poczuła jednak jeszcze coś, co trudno było określić, ale niewątpliwie miało związek z jego brązową skórą, długimi, falującymi włosami i czarnymi, błyszczącymi oczami…

    Po spanielu nie było ani śladu.

    Drugi pies, Bobbins, zaczął raptem kopać zawzięcie w miejscu, w którym znikł Spew, koło kępy anturium o liściach w kształcie serca i różowokremowych kwiatach, które zwróciły jej uwagę już pierwszego dnia.

    Gwen podeszła do psa i pogłaskała go po głowie.

    – Jak myślisz, Bobbins, gdzie on mógł się podziać?

    Usłyszała szczekanie dobiegające gdzieś zza wielkiego drzewa. Podeszła tam, odsuwając pnącza i gałęzie i nagle jej oczom ukazał się zielony tunel. Był tak regularny i wysoki, że z pewnością musiał dokądś prowadzić. Jakieś kolce bezlitośnie podrapały jej ręce, ale niezrażona postanowiła iść dalej.

    – Spew! Idę po ciebie!

    Tunel zakręcał i dochodził do porośniętych mchem schodów prowadzących w dół. Gwen rozejrzała się dookoła, upewniając się, że światło jest wystarczające, i na chwilę znieruchomiała, omiatając spojrzeniem ziemię. Przecież mogą być tu węże! Nic się jednak nie ruszało. Ani jeden listek nie zaszeleścił. Poszła więc dalej, wsłuchując się w swoje kroki, brzęczenie moskitów i dyszenie psa.

    Kiedy pokonała śliskie schody, znalazła się na maleńkiej polance, która kiedyś chyba była większa. Z biegiem lat zarosły ją krzewy i pnącza, w rezultacie miejsca zostało tylko tyle, że mogła swobodnie przysiąść na kamiennej płycie ułożonej na kilku pniakach. Było prawie tak jak kiedyś, w dzieciństwie, gdy razem z Fran zbudowały sobie szałas w lesie w Oak Tree.  Przytłumione światło, cisza, spokój. Bobbins ułożyła się u jej stóp. Gwen pociągnęła nosem i wyczuła zapach wiciokrzewu i butwiejących liści.

     Ciszę zakłóciło nagłe pojawienie się Spew. Jego różowy nos był cały w ziemi. Pies trzymał coś w pysku.

    – Spew! Daj mi to! – zawołała Gwen.

    Ale pies zawarczał i wcale nie zamierzał spełnić polecenia.

    – Chodź tu, paskudny psie, i oddaj mi to!

    Znów nie posłuchał, więc Gwen wstała, chwyciła go za obrożę i złapała za koniec tego, co trzymał w pysku. Pociągnęła. To był kawałek drewnianej zabawki, stateczek bez żagla.

    Pies pomachał ogonem i otworzył pysk. Resztki drewnianego stateczku upadły na ziemię.          – Ciekawe, czyja to była zabawka – powiedziała Gwen i uśmiechnęła się do psów. – Ale wy mi na to nie odpowiecie, prawda?

     Psy pomachały ogonami i ruszyły tam, skąd przybiegł Spew. Gwen podążyła za nimi, rozmyślając po drodze, że gdyby wyciąć te pnącza i zarośla, może byłoby to świetne miejsce na jej altanę. Pociągnęła za gałązkę obsypaną nieznanymi niewielkimi owockami. Pożałowała, że nie ma ze sobą tego, co każda ogrodniczka mieć powinna: rękawiczek ochronnych i sekatora.

    Przykucnęła. Ręce piekły od zadrapań i ukłuć. Była już gotowa się poddać. Zamierzała tu wrócić odpowiednio wyekwipowana. Spew znów coś znalazł, zaszczekał i zaczął kopać. Gwen odsunęła na bok zwisające gałązki i pochyliła się, żeby zobaczyć, co to takiego. Tuż przed nią był płaski, ustawiony pionowo omszały kamień, przechylony nieco w bok. Przed kamieniem piętrzył się niewielki kopczyk, porośnięty jasnymi leśnymi kwiatkami. Czyżby więc… czyjś grób? Gwen odruchowo rozejrzała się dookoła, tym bardziej, że wśród liści coś zaszeleściło. Nie mogła jednak powściągnąć ciekawości i zaczęła ostrożnie zdrapywać paznokciem mech porastający kamień.

    Powiodła palcem po wyrytych literach. Tylko imiona: Thomas Benjamin. Żadnej daty, żadnej wskazówki, kim był. Może to brat Laurence’a, może dziecko, które przyjechało w odwiedziny i tu niestety zakończyło życie? Laurence nigdy nie wspominał o zmarłym dziecku. Musi go o to zapytać, bo nie ma innego sposobu, by dowiedzieć się, dlaczego Thomas Benjamin został pochowany w tym niedostępnym miejscu, a nie na cmentarzu przy kościele. Fakt, że Laurence nigdy nie wspomniał o tym ukrytym grobie, świadczył, że nie będzie zadowolony, że Gwen go odnalazła.

 

    Minęły dwa dni. Kiedy Gwen usłyszała, jak samochód Laurence’a zajeżdża przed dom, poczuła ogromną radość, ale i niepokój. Ten chłodny, mglisty dzień spędziła, głowiąc się nad rachunkami związanymi z prowadzeniem domu. Coś jej się nie zgadzało, ale niestety nie mogła dojść dokładnie co. W rezultacie tylko jedną sprawę udało jej się załatwić pomyślnie: ustalić, że dhobi ma przyjść następnego dnia. A próba rozgryzienia tych rachunków zajęła jej tyle czasu, że umknął spacer. Nie spenetrowała do końca ogrodu ani nie przeszła się nad jeziorem tego dnia tak kusząco spowitym mgłą.

    Zarzuciła na ramiona szal z frędzlami, by ukryć zadrapania, i wybiegła na korytarz. Po minucie była już na dworze, dokładnie w chwili, gdy Fran wysiadała z samochodu. Na widok kuzynki jej twarz pojaśniała w uśmiechu, śmiała się także Fran i obie padły sobie w ramiona. Uściskały się serdecznie, po czym Gwen, odsunąwszy się trochę, by spojrzeć na przybyłą, wykrzyknęła entuzjastycznie:

    – Fran! Wyglądasz bosko!

    Fran z promiennym uśmiechem zdarła z głowy modny żółty kapelusz w kształcie hełmu, ozdobiony czerwonym kwiatkiem z filcu i wąziutkim, prawie niewidocznym rondem, wykonała efektowny obrót i wskazała na swoje włosy:

    – I co o tym sądzisz, Gwen?

    Lśniące brązowe włosy Fran ścięte były jeszcze krócej niż poprzednio, na chłopczycę z długą grzywką. W pełnym słońcu niektóre pasma przybrały kolor złocisty. Kuzynka miała mocną ciemną obwódkę wokół niebieskich oczu i usta pomalowane jasnoczerwoną szminką.

    Fran zaśmiała się i jeszcze raz zrobiła wdzięczny obrót, demonstrując apetyczne krągłości rysujące się pod zwiewną sukienką z cieniutkiej bawełny. Obszyty koronką brzeg halki, sznur koralików z gagatu oraz długie rękawiczki znakomicie dobrane do całości dopełniały wdzięczny obrazek.

    – Troszkę tu chłodno, Gwen. Spodziewałam się, że będzie upał.

    – Nie martw się. Mam mnóstwo ciepłych szali. Niestety, kiedy nadejdzie monsun, zrobi się jeszcze chłodniej. Podobno to już lada dzień. Powiedz lepiej, jak było w Kolombo.

    – Okropnie. Tak parno, że trudno wytrzymać i chyba wszystkim działało to na nerwy. Ale nieważne, jestem zachwycona moją podróżą do całkowicie nieznanej krainy. Teraz jesteśmy chyba okropnie wysoko, prawda? Te widoki z żelaznych mostów są po prostu nieziemskie!

    – Ja też tak uważam, chociaż kiedy patrzę w dół, zaczyna boleć mnie głowa – odparła Gwen i zawołała do męża: – Jak wysoko jesteśmy, Laurence?

    – Witaj, kochanie! – powiedział z tak serdecznym uśmiechem, że Gwen natychmiast zapomniała o tym, co działo się ostatnim razem w małżeńskim łożu. Laurence najpierw obszedł samochód, by pomóc wysiąść jakiejś młodej kobiecie, a potem udzielił odpowiedzi: – Prawie tysiąc pięćset metrów nad poziomem morza!

    – Gwen, to jego siostra – szepnęła Fran, robiąc znaczącą minę. – Była już w Kolombo. Zatrzymała się w Galle Face Hotel. Podjechaliśmy po nią. Czy wyobrażasz sobie, że przez całą drogę prawie nie odzywała się do mnie?!

    Tymczasem Laurence powiedział coś zabawnego, bo wysoka kobieta, stojąca po drugiej stronie samochodu odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła głośnym śmiechem. Laurence jej zawtórował, po czym zwrócił się do żony, idąc w jej stronę:

    – Gwendolyn, powitaj moją najukochańszą siostrę, Verity!

    Oboje podeszli do Gwen i Verity wyciągnęła rękę na powitanie. Była podobna do Laurence’a. Te same brązowe oczy i dołek w brodzie, blada, pociągła twarz  − Gwen nie mogła się oprzeć myśli, że rysy Hooperów nie bardzo pasują do kobiecej twarzy. Kiedy nachyliła się i pocałowała szwagierkę w policzek, wyczuła niezbyt miły zapach. Verity na pewno nie pachniała świeżością.

    – A skąd te zadrapania? – zdziwił się Laurence, dotykając ramienia Gwen.

    – Wpadłam na drzewo – odparła z uśmiechem. – Dobrze wiesz, że mam do tego talent!

    – Droga Gwendolyn – powiedziała Verity. – Nie mogłam się doczekać, kiedy cię poznam. Laurence opowiedział mi, jak to z wami było.

    Gwen ponownie się uśmiechnęła. Wiedziała, że Laurence jest bardzo zżyty z siostrą, miała jednak nadzieję, że nie opowiedział jej wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach.

    – Bardzo żałuję, że nie byłam na waszym ślubie. Wiem, że to niewybaczalne, ale niestety bawiłam wtedy na Czarnym Lądzie. Najczarniejszym! – dodała. Zaśmiała się, wydęła cienkie wargi i spojrzała na brata: – Laurence, czy wracam do mojego dawnego pokoju?

    – Oczywiście! – przytaknął skwapliwie, biorąc ją pod rękę. – Inaczej być nie może.

    Rozpromieniona Verity ucałowała go w oba policzki.

    – Mój kochany braciszek! Nie masz pojęcia, jak za tobą tęskniłam!

    I  kochające się rodzeństwo, trzymając się pod rękę, wkroczyło po schodkach do domu.

    – Gwendolyn! – zawołała jeszcze Verity, spoglądając przez ramię. – Niech służący weźmie moją walizkę z samochodu! Kufer przyjedzie dopiero jutro!

    – Oczywiście. Zajmę się tym – odparła Gwen, odprowadzając ją wzrokiem.

    Powiedziała: kufer. Kufer?! Ciekawe, jak długo zamierza tu zostać?!

    – Gwen, wszystko w porządku? – spytała Fran, wpatrując się w kuzynkę.

    – Naturalnie – odparła Gwen z uśmiechem. – Przede wszystkim dlatego, że ty tu jesteś!

    – Jestem, jestem i mam nadzieję, że komu jak komu, ale mnie opowiesz wszystko – powiedziała porozumiewawczo Fran, szturchając ją żartobliwie w bok. – Wszyściutko!

    I obie wybuchnęły śmiechem.

 

    Następnego dnia Gwen wstała wcześnie, zamierzając sprawić mężowi niespodziankę. Laurence o tej porze zwykle jadł sam śniadanie, a więc będzie wreszcie okazja do przeprowadzenia z nim rozmowy, której nie mogła się doczekać.

    Pewna, że jej plan się powiedzie, otworzyła drzwi do jadalni i… jej uśmiech zgasł, bo zamiast Laurence’a zobaczyła Verity pałaszującą kedgeree, czyli potrawkę z ryżu i wędzonej ryby. Od tego zapachu żołądek Gwen prawie podszedł pod gardło.

    – Dzień dobry, kochanie! – odezwała się słodko Verity i poklepała stojące obok krzesło. – Zapraszam! Laurence już wyszedł, ale to dobrze, bo ten ranek możemy spędzić razem, tylko we dwie, i lepiej się poznać.

    – Oczywiście. Jak ci się spało?

    – Nie najlepiej, ale nic dziwnego. Chyba nikt na świecie nie ma takich problemów ze snem jak ja. Czego chyba nie można powiedzieć o twojej kuzynce Fran!

    – Rzeczywiście, Fran bardzo lubi pospać sobie dłużej.

    Gwen zaśmiała się, jednocześnie zauważając, że Verity ma podkrążone oczy.

    – Może przejdziemy się? – zaproponowała Verity. – Poranny spacer każdemu dobrze robi.

    – O wpół do jedenastej mam spotkać się z dhobi. Odnoszę wrażenie, że kilka lepszych koszul Laurence’a znikło po ostatnim praniu.

    – O wpół do jedenastej? No to mamy mnóstwo czasu. Proszę, chodź ze mną na spacer. Jeśli odmówisz, będę nieszczęśliwa.

    Gwen spojrzała na nią. Nie, nie można było o niej powiedzieć, że jest nieatrakcyjna. Ale wyczuwało się jakiś chłód. Może dlatego, że prawie przez cały czas miała zmarszczone brwi. Musiała o tym wiedzieć, bo wyraźnie starała się je unosić i wygładzić czoło. A wtedy jej oczy robiły się okrągłe i w rezultacie przypominała sowę. Jednak mimo sińców pod oczami tego ranka wyglądała jakoś lepiej. Na pewno nie była już taka blada, więc górskie powietrze musiało jej służyć.

    – Dobrze – zgodziła się Gwen. – Nie można przecież dopuścić, byś poczuła się nieszczęśliwa. Przejdę się razem z tobą, ale pod warunkiem że wrócę tu przed lunchem. No i przedtem muszę zmienić buty.

    – Będzie tak, jak chcesz. A teraz, proszę, usiądź koło mnie. Ta potrawka jest po prostu boska. Skosztuj też twarogu z gęstym syropem z orzechowej palmy kitul.

    Gwen spojrzała na miseczkę z twarogiem wyglądającym jak gęsta śmietana skropiona brązowym syropem z melasy.

    – Może innym razem. Dziś zjem tosta.

    – Tylko? W takim razie nie dziwię się, że jesteś taka szczupła.

    Gwen uśmiechnęła się, chociaż w towarzystwie szwagierki była trochę skrępowana. Verity  bębniła palcami po stole wyraźnie zniecierpliwiona. Gwen wcale nie planowała spaceru z nią, tym bardziej, że zaraz po lunchu mieli jechać do Nuwara Eliya, a ona jeszcze nie spakowała walizki.

    Kiedy weszła do swego pokoju, by zmienić obuwie, zastała tam Naveenę zajętą porządkami.

    – Idzie pani na spacer z siostrą pana?

    – Zgadza się.

    Naveena wyraźnie chciała coś dodać, ale zrezygnowała i bez słowa podała Gwen buty.

 

    Kiedy tylko znalazły się na dworze w pełnym słońcu, Gwen poczuła więcej entuzjazmu do spaceru. Poranek był przepiękny. Co prawda chłodny i jeszcze trochę mglisty, ale mgła znikała w zawrotnym tempie i już można było sięgnąć wzrokiem aż po horyzont. Niebo pokrywały białe obłoczki, wśród drzew roiło się od rozświergotanych ptaków i wszystko wokół słodko pachniało.

    – Może pospacerujemy koło jeziora – zaproponowała Verity. – Ja poprowadzę, dobrze?

    – Ależ oczywiście! Ja jeszcze nie jestem wystarczająco obeznana z okolicą.

    Verity uśmiechnęła się, wzięła ją pod ramię i ruszyły na przechadzkę. Gwen z przyjemnością popatrywała na jasnozielone, błyszczące w słońcu wzgórza porośnięte krzewami herbaty. Chciała zobaczyć kobiety pracowicie zrywające jasnozielone listki i dlatego wskazała na biegnące zygzakiem ścieżki.

    – Może pójdziemy tam? Bardzo chciałabym zobaczyć z bliska, jak zrywają listki herbaty.

    – One ich nie zrywają, tylko skubią, kochanie – poprawiła szwagierka. – A dziś wolałabym, byśmy tam jeszcze nie szły, bo łatwo wpaść do kanału irygacyjnego. Wystarczy jeden nieostrożny krok. Przejdźmy kawałek brzegiem jeziora, a potem zaprowadzę cię do mojego ukochanego lasu. To magiczne miejsce. Laurence i ja jako dzieci bawiliśmy się tam w chowanego.

    – Oboje byliście w szkole z internatem?

    – Tak. Naturalnie nie w tym samym czasie, Laurence jest przecież o wiele starszy ode mnie. Ja chodziłam do szkoły w Malvern, o czym zapewne już wiesz.

    – Owszem.

    Szły wzdłuż jeziora, cichego, spokojnego, o gładkiej, ciemnej powierzchni i skalistym brzegu. Ze skał co chwilę zrywały się do lotu szare ptaki z białymi piórami na piersiach i żółtobrązowymi na brzuchu.

    – To kurki wodne – poinformowała Verity. – Teraz skręcamy w bok.

    Po chwili weszły do lasu, na skraju niezbyt gęstego, z każdym krokiem drzew jednak przybywało, więcej było leśnych zapachów i odgłosów zwierząt.

    Gwen zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać.

    – Co to może być, Verity?

    – Jaszczurki. Także ptaki i może też te dziwne węże nadrzewne. Jest tu naprawdę dziko, ale nie bój się. Trzymaj się mnie, a nic złego cię nie spotka. Teraz pójdziemy gęsiego, ja pierwsza.

    Gwen pokiwała głową, spoglądając na niewysokie drzewo o wyjątkowo grubym pniu i gałęziach. Dotknęła pnia i natychmiast cofnęła rękę, bo okazało się, że liście kłują. Ten las w ogóle był inny, nieporównanie bardziej dziki niż znane jej dotąd lasy. Ale nie wzbudzał w niej lęku. Miała tylko ważenie, jakby znalazła się w jakimś pradawnym miejscu. Gałązki trzeszczały pod stopami i wszędzie dookoła było zielono, czasami tylko jaśniejsze plamki dowodziły, że słońce usiłowało się przebić przez liście. 

Żona plantatora herbaty to historia która zapada w pamięć, to historia kobiety samotnej trochę zagubionej, która odkrywając kolejne tajemnice zamiast w pewnym momencie odpuścić, brnie w nie dalej a każda podjęta przez nią w tej kwestii decyzja nie zawsze będzie tą dobrą.

Dinah Jefferies stworzyła niesamowicie barwne opisy, która rozbudzają w czytelniku niesamowita satysfakcję z możliwości poznawania zakątków wyspy. Pomimo bardzo szczegółowych i dość długich opisów czy to przyrody, czy samej posiadłości, książka o dziwo nie nuży. Przewracając kolejne strony, pochłaniałam wręcz te opisy i w łatwy sposób mogła zwizualizować opisywane miejsca.

Żona plantatora herbaty pomimo tych pięknych opisów to smutna historia kobiety która musiała dokonać w tamtych czasach jedynego słusznego wyboru, wyboru który jednak kłócił się z jej sumieniem. Jeśli nie mieliście okazji sięgnąć po ten tytuł to serdecznie polecam.

Powieść została napisana niezwykle lekkim i przystępnym językiem, co pozwala na płynną, przyjemną lekturę. Żona plantatora herbaty to przejmująca i wzruszająca opowieść o rodzinnych tajemnicach, kłamstwach i przebaczeniu. Przeżycia i odczucia głównej bohaterki sprawiają, że powieść ta trafi przede wszystkim w gust pań. To również ciekawa historia, dzięki której można przybliżyć sobie nieco orientalny świat plantacji herbaty.

"Żona plantatora herbaty" Dinah Jefferies to powieść historyczna, napisana lekko i przyjemnie, choć historia w niej zawarta na pewno nie należy do łatwych. (...) Książka trzyma w napięciu, wciąga z każdą stroną, szybko się ją czyta, dodatkowym smaczkiem są opisy plantacji czy produkcji herbaty.

Książka autorstwa Dinah Jefferies „ Żona plantatora herbaty” w moich oczach jest nieco inna, bo jak do tej pory trafiałam na książki, gdzie główni bohaterowie poznają się, czasami w dziwnych okolicznościach, skaczą sobie z początku do gardeł, pazury idą w ruch, a ostatecznie następuje cudownie piękne zakończenie, bowiem najczęściej kończy się to ślubem. Natomiast w tej książce akcja zaczyna się tuż po ślubie! To mnie zaskoczyło (żeby nie było, czytałam opis książki, jednak wiecie… sam fakt, że taka książka opisuje życie po zawarciu związku małżeńskiego!), a im dalej tym ciekawiej.

Fabuła od samego początku była bardzo ciekawa i wciągająca. "Połykałam" ją w zastraszająco szybkim tempie, ponieważ byłam ogromnie zachęcona opisem wydawcy i szybko musiałam zaspokoić swój głód czytelniczy. Pomimo, że początek książki to opowieści głównie z przeszłości, to szybko przechodzą one we właściwą akcję, a czytelnik może ochoczo brnąć w historię. Pojawiające się w niej tajemnice są dość dobrze dopracowane, ponieważ na koniec idealnie się ze sobą zazębiają i okazuje się, że nawet na pozór mało znaczące informacje jednak miały znaczenie, i to nie małe! Niektóre sekrety były przewidywalne a ich rozwiązanie dość proste, ale na szczęście większość z nich była tak zagmatwana, że nikt nie byłby w stanie domyśleć się zakończenia. Duży plus.

Książka jest niezwykle klimatyczna i ciepła. Od początku wkręciłam się w fabułę i z zaciekawieniem obserwowałam bohaterów. Piękne opisy krainy herbaty, Cejlonu oraz mnóstwo sekretów, niewyjaśnionych spraw i tajemnic sprawiają, że nie sposób się nudzić. Poza tym podobało mi się ciekawie opisane życie lokalnej ludności oraz atmosfera, jaką pisarka potrafiła stworzyć. Nie zabraknie również uczuć, silnych emocji a to dopiero początek... (...) „Żona plantatora herbaty” to wciągająca saga historia o niełatwych relacjach, trudnych wyborach, doznanych cierpieniach i życiowych zakrętach. To również powieść o szukaniu swojego miejsca w życiu. Idealna książka na deszczowe popołudnia lub upalne, samotne wieczory. Polecam!!

„Żona plantatora herbaty” powinna spodobać się sympatykom tajemnic, stopniowo rozwiązujących się, ale porażających rozwiązaniem. Książka, która trzyma w napięciu do samego końca, więc warto szykować się na nieprzespaną noc — sama taką spędziłam i nie żałuję. Świetna fabuła, długo siedząca w głowie.

Najbardziej w całej książce spodobało mi się jej zakończenie, które, o dziwo, okazało się naprawdę nieprzewidywalne i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Spokojnie mogę ją polecić miłośnikom gatunku, którzy w powieściach cenią sobie spokój oraz leniwe poznawanie nowych krajobrazów

Powieść obfita w treści, ale podczas jej lektury czułam się spokojnie, jakby bezpiecznie. Akcja również nie jest porywista, nie wpędza w zakłopotanie. Daje wytchnienie i czas na zastanowienie. Czytelnika cieszy spokojnie przeżywane życie przez bohaterów. Można podziwiać uczucie łączące małżeństwo, które nie słabnie mimo przeciwności losu.

Lekturę tę połknęłam w kilka dni zarywając noce, co nie zawsze mi się zdarza. Tę opowieść przeżywałam całą sobą, do teraz czuje jak szczęka mnie boli od zaciskania zębów, oraz głowa od nadmiaru wrażeń. Książka jest bardzo lekka, szybko i płynnie się ją czyta. (...) To nadzwyczajna i piękna historia o której nieprędko zapomnę i na pewno będę do niej często powracać. Gorąco polecam.

Tak czułam, że ta historia mi się spodoba. Autorka przygotowała dla czytelnika historię pełną ciepła, którą pochłania się ekspresowo, a jednocześnie zagłębia się po części w psychikę kobiety, matki, która staje przed wyborem, którego normalnie na pewno by się nie podjęła. Nie chcę zdradzać więcej. (...) Przeczytałam tę powieść praktycznie w dwa dni. Nie nużyła mnie, to jedna z tych książek, które może nie wywierają na czytelniku piorunującego wrażenia, ale zostawiają po sobie miłe wspomnienia. Jeżeli szukacie wakacyjnej lektury, polecam Wam najnowszą wydaną w Polsce pozycję autorstwa Dinah Jefferies.

Jak potoczą się losy Gwen i Laurence'a? Czy przetrwają nadchodzące burze? Czy ich miłość będzie na tyle mocna, by obdarzyć się wreszcie wzajemnym zaufaniem? Ile tajemnic wyjdzie na jaw, ile niedomówień stanie się jasnych i czytelnych? A może ich natura będzie zbyt słaba, by pokonać kłopoty? Koniecznie przeczytajcie tę interesującą powieść. Naprawdę warto!

"Żona plantatora herbaty" to kompletnie nieprzewidywalna powieść, czyta się ją ze smakiem i nie wiadomo, co wydarzy się za kilka stron, czego doświadczą bohaterowie. To powieść z pewnością o miłości dla kobiet, która jednak nie jest ckliwym, lukrowanym romansem. I ten fakt dodaje jej w moich oczach blasku i atrakcyjności. (...) Emocje gwarantowane, a powieść sprawdzi się i w podróży i na plaży i w działkowej altanie. Zatem wraz z Dinah Jefferies zapraszam na Cejlon.

(...) jest to historia lekka i bardzo przyjemna dla czytelnika. Można ją przeczytać w jeden wieczór, by odetchnąć od natłoku zajęć i od szarej, wcale nie letniej codzienności. Do tego, dzięki wyobraźni i umiejętnościom Dinah Jefferies, nie będziecie musieli płacić wygórowanej ceny za wakacje, bo autorka zabierze Was pomiędzy liście herbaty, gdzie zdarzyć się może wszystko, a Wy, ubrani w kolorowe sari, przeżyjecie przygodę na Cejlonie.

Fabuła powieście rozciągnięta została na przestrzeni kilku lat. Gwen nie może pogodzić się z ciągle krwawiącym sercem. Ból staje się nie do zniesienia, ciężar winy dławi i przytłacza Gwen. Ukryć, aby ratować. Znaleźć w sobie siłę, aby dojrzeć i żyć. To powieść o konsekwncjach podjętych katastrofalnych decyzji mających wpływ na Fabuła powieście rozciągnięta została na przestrzeni kilku lat. Gwen nie może pogodzić się z ciągle krwawiącym sercem. Ból staje się nie do zniesienia, ciężar winy dławi i przytłacza Gwen. Ukryć, aby ratować. Znaleźć w sobie siłę, aby dojrzeć i żyć. To powieść o konsekwencjach podjętych katastrofalnych decyzji mających wpływ na małżeństwo Hooper'ów, która wzbudza w czytelniku wiele emocji. Warto.małżeństwo Hooper'ów, która wzbudza w czytelniku wiele emocji. Warto.

Warto podkreślić plastyczną narrację, przekonywujące oddanie nastroju, wierne odzwierciedlenie klimatu, magiczne przyciąganie uwagi, fascynującą umiejętność oddziaływania na emocje. Ale przede wszystkim ciekawą i intrygującą fabułę, niespodziewane wydarzenia, zaskakujące zwroty akcji, płynnie przeplatające się wątki i mocno satysfakcjonujące zakończenie. Czytanie tak napisanej książki to prawdziwa radość i przyjemność, ciężko się od niej oderwać, w bardzo szybkim tempie pochłaniamy niemal pięćset stron powieści, trudno oprzeć się pokusie, aby jak najszybciej dowiedzieć się, jak potoczą się losy głównych bohaterów.

(...) książka jest godna przeczytania, może bardziej dla kobiet niż dla mężczyzn, ale jednak. Trzeba tylko przebrnąć przez niekiedy nudne opisy by dotrzeć do upragnionego wnętrza.

Książka nie jest genialna, ale jest dobra. Momentami czyta się ją przyjemnie, pomimo tego, iż czasem fabuła się nuży. W zasadzie całe moje zainteresowanie książką ma postać idealnej sinusoidy. Wiele razy chciałam przestać czytanie, ale w końcu w fabule pojawiało się coś co mnie zainteresowało i czytałam dalej. I tak kilka razy.

"Żona plantatora herbaty" jest lekturą lekką, którą czyta się w szybkim tempie. Ze względu na szybka akcję i niesztampowe zwroty fabularne, nie omieszkam sięgnąć po kolejne pozycje z pod pióra autorki. Realia Cejlonu z lat 30. XX wieku zostały wiernie odwzorowane i ciekawie opisane. Postać Gwen czy jej męża zostały ciekawie skonstruowane i nie raz zaskakują swymi wyborami i poczynaniami na kartach książki. Dinah Jefferies świetnie się spisała oddając w ręce czytelników powieść udaną i zaskakującą różnorodnością ciekawych postaci i zaskakujących zwrotów fabularnych. Jak najbardziej polecam.

Książkę jak najbardziej polecam, to świetna lektura zwłaszcza na ciepłe lato, wtedy jeszcze bardziej można wczuć się w egzotyczny klimat Celjonu i jego mieszkańców.

Polecam "Żonę plantatora herbaty",przede wszystkim kobietom, jako ciekawą i pięknie napisaną sagę, z fabułą dobrze rozłożoną w czasie, oryginalnymi postaciami, barwnym i pełnym zapachów i dźwięków światem, w którym łatwo jest się zanurzyć.

Lektura "Żony plantatora herbaty" sprawiła, że przypomniałam sobie rewelacyjny serial pt. "Indian summer" z akcją również w latach 30. XX wieku, w Indiach. Niektóre wątki były bardzo podobne, np. sposób traktowania przez Brytyjczyków miejscowej ludności. Niektóre miejsca tak pięknie przedstawione przez autorkę przybrały w moich myślach postać krajobrazów z serialu. Często porównuję książki z dawnych czasów do serialu "Downton Abbey", jednak tym razem bardzo się cieszę, że mogłam tę powieść porównać do "Indian summer". Zdecydowanie polecam wszystkim wybrać się w literacką podróż do Cejlonu z Dinah Jefferies.

"Żona plantatora herbaty" to idealna pozycja na wakacje - na leżak, plażę, czy urlopowy odpoczynek w domu. Przenosi nas na malowniczą wyspę w pierwszej połowie XX wieku, oraz pozwala towarzyszyć Gwen, która stara się, by jej sekret nigdy nie wyszedł na jaw, a także próbuje odkryć tajemnicę swojego męża. Język jest bardzo przyjemny, ta lekka powieść historyczna spodoba się każdej kobiecie. Ocenię ją wysoko, ponieważ pomijając wady o których wspomniałam, historia Gwen porwała mnie.

Autorka, zafascynowana historią Sri Lanki, postanowiła podzielić się wrażeniami z większym gronem odbiorców. I rzeczywiście, jest się czym zachwycać. Pomijając to, że historia jest oparta na faktach, że jest to powieść historyczna, trzeba pochwalić autorkę za świetny styl pisania. Nie jest wyszukany, ale dobrany został w taki sposób, żeby nie zniechęcać odbiorców do czytania powieści historycznych. Fabuła jest nie tylko wciągająca i tajemnicza, lecz także niezwykle wzruszająca. Przyznam się, że ostatnie strony wycisnęły ze mnie morze łez. Już dawno się tak nie popłakałam przy książce! Tajemnice, intrygi i codzienne życie zostały tak dobrze przedstawione, że nie będziecie mogli oderwać się od tej powieści. Zdecydowanie polecam i sama jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ