Powieść obyczajowa
Do zobaczenia we Włoszech
KUP TERAZ

Do zobaczenia we Włoszech

Kim Lawrence, Christina Hollis, Susan Stephens
brak opinii
Liczba stron: 432
ISBN: 9788327621658
Premiera: 2016-07-06

Malownicze wzgórza, winnice, pejzaże jak z obrazów starych mistrzów. Tutaj czas jakby się zatrzymał, ale to tylko pozory. Sielska atmosfera nie zawsze koi nerwy, zwłaszcza gdy nie wszystko idzie po naszej myśli.

Pod niebem Toskanii

Życie Diany zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Skromna pielęgniarka została żoną milionera. Teraz stać ją na każdą zachciankę, ma wspaniałą rezydencję w Toskanii i kilka luksusowych domów w Europie. Jedno wydarzenie sprawi, że ta bajka może nie mieć szczęśliwego zakończenia.

W ogrodach Castelfino

Gianni odziedziczył wspaniałą rezydencję w Toskanii. Niechętnie przejmuje tytuł hrabiego i związane z tym obowiązki. Bliscy oczekują, że Gianni szybko się ożeni. Jak na zawołanie pojawia się Meg, piękna Angielka, której poprzedni właściciel majątku zlecił zaprojektowanie pałacowych ogrodów.

Wieczory w Toskanii

To miała być krótka podróż służbowa do Woch, ale los chciał inaczej. Katie przyjmuje posadę asystentki Riga Ruggiero i przenosi się do jego posiadłości w Toskanii. Kiedyś szara myszka, teraz zyskuje pewność siebie i wiarę we własną atrakcyjność. Jej szef dostrzega te zmiany i zaczyna się nią coraz bardziej interesować.

Do zobaczenia 

we Włoszech

  

Kim Lawrence , Christina Hollis

 

Susan Stephens

 

 

 

 

 

Kim Lawrence

 

Pod niebem Toskanii     

     

 

 

Powiew wiatru uniósł spódnicę Diany, gdy śmigłowiec z ich gośćmi wzbił się w powietrze. Jej mąż - musiały minąć trzy miesiące, zanim była w stanie tak go nazywać, nawet w myślach - zaśmiał się. Z błyskiem rozbawienia w ciemnych oczach obserwował jej gorączkowe wysiłki, by obciągnąć materiał na udach.

Rzuciła mu niechętne spojrzenie. Drżały jej ręce, gdy próbowała przygładzić potargane rude włosy. Nie było to łatwe zadanie - loki, nasuwające na myśl portrety prerafaelitów, były wyjątkowo nieposłuszne.

Mąż nie próbował nawet uporządkować zmierzwionej, ciemnej czupryny, ale i tak wyglądał wspaniale.

Cudowny, ekscytujący śródziemnomorski koloryt, mroczna twarz upadłego anioła i wysoka, muskularna sylwetka - Gianfranco Bruni po prostu musiał wyglądać wspaniale!

Gianfranco uniósł ciemną brew i spojrzał na Dianę, wyginając wargi w kpiącym półuśmiechu.

- Co ma znaczyć ten tajemniczy uśmieszek, cara mia?

Zadrżała, gdy obrysował kontur jej ust czubkiem palca, i uniosła ku niemu twarz. Wtuliła zarumieniony policzek w zagłębienie jego dłoni i spojrzała na męża przez rzęsy, zachwycając się idealną symetrią kości policzkowych, ciemnym aksamitem oczu, zmysłowym wykrojem ust.

- Po prostu od czasu do czasu muszę się uszczypnąć. To wszystko wydaje się takie nierealne.

Delikatnie zarysowane brwi Gianfranca zbiegły się.

- I posiniaczyć taką nieskazitelną skórę?

Przełknęła ślinę - stłumiony żar w jego ciemnych oczach sprawił, że żołądek podjechał jej do gardła, a serce zaczęło bić gwałtownie.

- Nie mogę zebrać myśli, kiedy tak na mnie patrzysz, no i mamy gościa - zaprotestowała.

Jej serce zamarło na chwilę, kiedy błysnął białymi zębami w szelmowskim uśmiechu, pogłębiającym seksowne zmarszczki wokół ciemnych, zuchwałych oczu.

- Carlę? - Zachmurzył się i wymownie wzruszył ramionami. - Nie rozumiem, dlaczego ją zaprosiłaś. Ten weekend miał być przeznaczony na odświeżenie kontaktów z Angelem i Kate.

Diana wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem.

- Ja ją zaprosiłam?

Gianfranco nie tylko sam wystosował zaproszenie do tej atrakcyjnej brunetki, ale zapomniał nawet wspomnieć o tym żonie!

Więc gdy ta kobieta pojawiła się, wymuskana jak zwykle, z nieprawdopodobną ilością bagażu - zdaniem Diany bardziej stosowną w przypadku dwumiesięcznego rejsu luksusowym statkiem niż zwykłego weekendu na wsi - musiała zareagować szybko i udawać, że wie o wszystkim.

Gianfranco też nie ułatwił jej tej sytuacji, kiedy ociekając wodą, wydźwignął się na rękach z basenu i stanął twarzą w twarz z kobietą, obserwującą go zza szkieł markowych ciemnych okularów.

Jego "Co tu robisz, Carlo?'' raczej nie kojarzyło się z życzliwym przywitaniem.

Właściwie powiedział to po włosku, ale Diana na tyle opanowała ten język, że mogła wyłapać sens nawet szybkiej rozmowy. Wątpiła, by zdołała przyswoić sobie właściwy akcent, Gianfranco jednak przysięgał, że jej akcent jest wyjątkowo seksowny.

Niezupełnie mu wierzyła, ale pochlebiało jej, gdy słyszała, że jest seksowna.

- Wiem, że się przyjaźnicie, ale czasami chciałbym mieć żonę tylko dla siebie.

- Przyjaźnicie?

Dianę ogarnęło poczucie winy. Powinna uważać kuzynkę Gianfranca za przyjaciółkę; od chwili, gdy się pojawiła, zadawała sobie wiele trudu, aby Diana czuła się jak u siebie.

Gdyby nie taktowne sugestie Carli, popełniłaby wiele niezręczności. Prawdę mówiąc, i tak je popełniła, ale dlatego tylko, że nie zawsze akceptowała jej dobre rady.

To Carla udzieliła jej wyjaśnień na temat pięknej i ponętnej młodej kobiety, klejącej się do Gianfranca w tańcu, podczas gdy wszyscy, których o nią pytała, zmieniali temat lub udawali nieświadomych.

Carla wyjaśniła, że blondynka i Gianfranco romansowali ze sobą od czasu do czasu. Wyglądało na to, że wracali do siebie, kiedy to obojgu było wygodne.

- W gruncie rzeczy to bardziej przyzwyczajenie niż prawdziwy związek - zbagatelizowała sprawę Włoszka.

I jedynie Carla nie zamykała się w sobie na wspomnienie Sary, pierwszej żony Gianfranca i matki jego syna.

- Uwielbiał ją - wyznała, kiedy weszła do pokoju i zobaczyła, że Diana przygląda się oprawionemu w ramy portretowi, wykonanemu przez sławnego fotografa.

Przedstawiał on nowo narodzonego Alberta w ramionach matki, wyglądającej jak promienna i łagodna Madonna.

Nie było to nic nowego, ale i tak Dianę ogarnęło przygnębienie.

Gdyby tu, we Włoszech, mogła uznać kogoś za przyjaciela, musiałaby to być Carla. A jednak nigdy nie czuła się swobodnie w towarzystwie wytwornej Włoszki.

- Powinniśmy wrócić do domu. Carla została sama. - Przygryzła wargę i skrzywiła się. - Mam wrażenie, że trochę ją zaniedbaliśmy w ten weekend - stwierdziła z poczuciem winy.

Jak tylko Angelo i Kate przyjechali, mężczyźni zmienili garnitury na dżinsy i T-shirty i wyruszyli konno w góry. Całkiem zrozumiałe, że będąca w zaawansowanej ciąży żona Angela nie była w stanie poruszać innych tematów poza ciążą i porodem.

- Carla nie jest typem kobiety, która dobrze czuje się w towarzystwie innych kobiet - zastanowiła się głośno Diana. - No i zdecydowanie nie przepada za rozmowami o dzieciach - dorzuciła, wspominając nieobecny wzrok Włoszki i jej częste ziewnięcia.

Gianfranco zahaczył kciuki o szlufki dżinsów i mrużąc oczy, zapatrzył się na krajobraz doliny, potem przyciągnął do siebie Dianę i skierował się na ścieżkę pomiędzy drzewami, wiodącą do domu.

- Ale tobie to nie przeszkadza? - Zerknął na nią, osłaniając oczy czarnymi rzęsami, by zamaskować uczucie kryjące się w ich głębi. - Te wszystkie rozmowy o dzieciach?

Diany nie zmylił jego niedbały ton, wiedziała, nad czym się zastanawiał.

Czy przebywanie w towarzystwie ciężarnej i rozpromienionej Kate nie przypomina jej boleśnie o własnej bezpłodności? Czy nie rozpacza, że nigdy nie urodzi dziecka ukochanemu mężczyźnie?

Gdyby mogła odpowiedzieć szczerze na to pytanie - a nigdy tego nie robiła, nawet w myślach - odpowiedź musiałaby brzmieć "tak''. Albo brzmiałaby tak dawniej, ale - odpukać - sytuacja się zmieniła. Ogarnęło ją podniecenie; szybko opuściła powieki, bo była pewna, że zauważyłby jaśniejącą w jej oczach nadzieję.

A to nie była odpowiednia chwila.

Nie chciała, by jej przeszkadzano, gdy będzie zdradzać Gianfrancowi swoją nowinę, a kuzynka Carla miała talent do wchodzenia do pokoju w najmniej odpowiednim momencie!

- Oczywiście.

Ujął ją pod brodę i uniósł jej twarz.

Poruszyła się niespokojnie pod jego uważnym spojrzeniem, ale nie spuściła wzroku. Po chwili skinął głową, najwyraźniej zadowolony z tego, co zobaczył w jej twarzy.

Odczuła zaskoczenie i ulgę - zwykle nie można go było zadowolić nawet półprawdą.

- Biedna Carla - powiedziała, gdy opuścił dłoń. - Nie sądzę, by pogodziła się z faktem, że służba ma wolny weekend i że ty i Angelo zajmujecie się gotowaniem. Chyba uważa, że to poniżej waszej godności.

Dawniej sama mogła tak uważać, kiedy o miliarderze Gianfranco Brunim, światowcu i bezwzględnym finansiście, wiedziała tyle, ile przeczytała w nagłówkach gazet. Nie chodziło o to, że był człowiekiem, o którym z szacunkiem, podziwem, a czasem i lękiem donosiły finansowe kolumny, ale był kimś więcej. O wiele więcej.

Człowiekiem skomplikowanym, wielowymiarowym. Całego życia nie starczy, by go zrozumieć.

- Nie mam ochoty dyskutować o Carli - oznajmił jej skomplikowany małżonek i strzelił lekceważąco palcami. Następnie skupił całą uwagę na żonie.

Na widok płonącego w jego oczach pożądania temperatura Diany podskoczyła o kilka stopni w czasie wystarczającym na jedno uderzenie serca.

- Carla... - wykrztusiła, z trudem starając się zachować przytomność umysłu.

Gianfranco tylko uśmiechnął się. Była w stanie wybaczyć mu, że zrobił z niej bezmyślną niewolnicę pożądania, bo - o dziwo - w ten sam sposób oddziaływała na niego. Pomimo rudych włosów, piegów i tak dalej. Ten człowiek miał przedziwny gust, ale czyż mogła z nim dyskutować...?

Nadal wpatrując się w oczy żony, Gianfranco przesunął w dół dłoń, musnął kostkami palców kontur jej piersi, zanim otoczył ją palcami i wypełnił dłoń jej ciepłem.

- Wiesz, jak bardzo cię pragnę?

Poczuł, że zadrżała. Kiedy uniosła powieki i spojrzała na niego, jej oczy były mroczne i zamglone, ich zieleń niemal całkowicie zakryły rozszerzone źrenice.

- Gianfranco, nie powinniśmy... - wyszeptała, jednocześnie myśląc: Jeśli tego nie zrobimy, uschnę.

- Powinniśmy. - Przycisnął gorące wargi do jej ust. - Wiesz, jak wspaniale smakujesz? - Zaczął obrysowywać kontur jej twarzy, niemal nie dotykając końcami palców skóry. - Nie mogę przetrwać dnia bez zapachu twojego ciała, bez widoku twojej twarzy, bez dotykania cię...

Pragnęła, by powiedzieć mu "kocham cię'', ale powstrzymała zakazane słowa i szepnęła:

- Pokaż, jak bardzo mnie pragniesz.

Zobaczyła płomień w oczach męża, wspięła się na palce i lekko musnęła wargami jego usta. Gdy zaczęła się odsuwać, wpił się w jej usta. Całował, jak gdyby czerpał z niej życie.

Osunęli się na pokrytą mchem ziemię.

 

Wyciągnięty leniwie na mchu, z dłonią wsuniętą pod głowę, Gianfranco obserwował żonę, która zaczęła się ubierać. Balansując na jednej nodze, z rękami na plecach, Diana walczyła niezręcznie z zapięciem biustonosza.

- Mógłbyś mi pomóc.

- Jestem ekspertem od zdejmowania bielizny. Poza tym nie potrzebujesz tej części garderoby, choć jest bardzo ładna - przyznał. - Wolę, kiedy jesteś swobodna i niczym nieskrępowana, zwłaszcza pod jedwabną bluzką.

- Chcesz powiedzieć, że jestem płaska - parsknęła, udając urażoną i wyrwała mu bluzkę z ręki.

Właściwie małżeństwo z nim wyleczyło Dianę z kompleksów na punkcie jej ciała; rozkoszował się nim i nauczył ją, jak to robić.

Zaśmiał się.

- Nie powiedziałbym! Doskonale pasujesz do moich dłoni - przypomniał, wyciągając rękę i poruszając sugestywnie palcami, jakby chciał jej to zademonstrować.

Odwróciła szybko głowę, ale zdążył zobaczyć ognisty rumieniec na jej policzkach. Uśmiechnął się szeroko na myśl, że mogła się rumienić, gdy czuł jeszcze jej smak na swoich wargach, kiedy znał każdy cal jej ciała lepiej od własnego.

- Rumienisz się.

Odrzuciła w tył rude włosy; opadały w nieposłusznych lokach na jej ramiona, gdy zapinała spódnicę.

- Po prostu lubisz mnie dręczyć - zaatakowała z wyrzutem.

Jego spojrzenie ześliznęło się na gładki dekolt Diany. Odgarnął dłonią jej włosy, potem złożył gorący, długi pocałunek na rozchylonych wargach.

- I całkiem słusznie - powiedział - bo i ty mnie dręczysz.

To była prawda, bo choć jego pożądanie nie domagało się już tak gwałtownie zaspokojenia, pojawiało się, ilekroć na nią spojrzał albo choćby nawet pomyślał. Dawniej niczego podobnego nie odczuwał.

- O czym myślisz? - spytał, obserwując jej twarz z denerwującym skupieniem. Zawsze miała wtedy wrażenie, że mógłby czytać w jej myślach.

Potrząsnęła głową.

- Tak sobie rozważałam... Po prostu to wszystko...

Wymownym ruchem szczupłego ramienia wskazała toskański krajobraz, faliste wzgórza nakrapiane oliwkowymi zagajnikami oraz starannie i z wielkim nakładem kosztów odrestaurowane palazzo. Należało do jego rodziny od piętnastego wieku - z wyjątkiem kilku lat, gdy ojciec Gianfranca przegrał je w pokera.

Rok temu życie było o wiele prostsze. Była pielęgniarką, filozoficznie odnoszącą się do faktu, że nie może nawet marzyć o własnym mieszkanku w Londynie.

Teraz jest panią tej rozległej posiadłości i kilku innych luksusowych domów w Europie, wliczając w to londyński dom w stylu georgiańskim z nieodzownym basenem oraz kompleksem rekreacyjnym. I żoną tego wpływowego, zagadkowego mężczyzny, który zarobił miliardy, pozwalające to wszystko utrzymać.

- To takie odległe od mojego dawnego życia.

W ciągu roku zaszło tyle zmian, że czasem, gdy przelotnie zobaczyła się w lustrze, z trudem rozpoznawała widoczną w nim kobietę. I nie chodziło tylko o markowe ubrania. Zmiany były o wiele głębsze.

W gruncie rzeczy nie miała wielkiego wyboru. Musiała się dostosować, kiedy nagle znalazła się w całkowicie obcym środowisku, wyrwana dramatycznie z warunków, zapewniających jej komfort psychiczny. Aby sobie poradzić, musiała zdobyć nowe umiejętności.

No i została macochą.

Lekka zmarszczka pojawiła się pomiędzy jej brwiami, gdy pomyślała o uwielbianym pasierbie.

To mogło być najtrudniejsze wyzwanie, gdyby Alberto zdradzał choć cień niechęci do swojej macochy. Albo gdyby Gianfranco nie okazał jasno przy jedynej okazji, gdy znalazła się pośrodku sprzeczki między ojcem i synem, że w sprawach potomka on podejmuje wszystkie decyzje.

- Dzieci - oznajmił, najwidoczniej nie zdając sobie sprawy, że ją tym uraził - potrzebują stabilności.

- Chcesz powiedzieć, że dzieci to element stały, a żony - tymczasowy.

W jego nieustępliwym spojrzeniu pojawiła się irytacja, gdy odpowiedział jej chłodno.

- Jeśli chcesz to sformułować w ten sposób...

Wzruszył niedbale ramionami. Zabolało ją to tak, że wymknęła się jej nieostrożna - wiedziała o tym w chwili, gdy te słowa padły z jej ust - aluzja do pierwszej żony.

- Nie sądzę, żebyś powiedział matce Alberta, gdy się jej oświadczałeś, że ten związek nie będzie trwał wiecznie?

Twarz mu zlodowaciała, wydawał się surowy i chłodny.

- Moje małżeństwo z Sarą nie ma z tym związku. Nie ożeniłem się z tobą, żeby dać Albertowi matkę.

- Czasem zastanawiam się, dlaczego w ogóle się ze mną ożeniłeś...

- Poślubiłem cię, bo nie mogłem myśleć logicznie, nie mając cię obok, bo nie będę się tobą dzielić z innym mężczyzną.

Ani słowa o miłości, ale pocałował ją i powiedziała sobie, że to jej nie obchodzi. A jakieś trzy sekundy później przestała zupełnie myśleć.

Westchnęła. Tak działo się zawsze, ilekroć Gianfranco jej dotykał. Duma i zasady ulatniały się. Dlatego została żoną człowieka, który nigdy nie udawał, że ją kocha, choć przez ułamek sekundy - gdy się oświadczał - taka możliwość przemknęła jej przez myśl.

- Ale ty prawie mnie nie znasz! - zaprotestowała. - Trzeba czasu, by się zakochać, i...

Przeniosła zaskoczone spojrzenie na szczupłą, przystojną twarz mężczyzny i pomyślała "Naprawdę cię kocham''. Z jej rozchylonych ust wyrwało się rozedrgane westchnienie. Uśmiech pełen zdumienia i radości rozjaśnił jej twarz. Zobaczyła, że Gianfranco też się uśmiecha, ale uśmiech wykrzywił jego usta w cynicznym grymasie, a w oczach pojawił się niezwykły chłód.

- Nie szukam miłości.

Uśmiech zastygł na jej twarzy, ale oczy traciły blask, gdy ciągnął swoje wyjaśnienie.

- Jeśli coś takiego w ogóle istnieje...?

- Rozumiem, że w to nie wierzysz.

Uniósł ciemną brew i uśmiechnął się ironicznie.

- Poza światem bajek? Wiesz, ile małżeństw trwa dłużej niż kilka lat?

- Więc kiedy mówisz "na dobre i na złe'', czy to znaczy "dopóki fałszywy połysk nie zblednie'' lub "dopóki nie nawinie się coś lepszego?

- A ty uważasz, że szlachetniej i odważniej jest podtrzymywać małżeństwo z poczucia obowiązku? - Wykrzywił usta i potrząsnął głowa. - To nie jest szlachetność. W najlepszym razie - przyzwyczajenie, w najgorszym - lenistwo i strach. Jestem realistą. Wolałabyś, żebym recytował banały, że przeznaczone jest nam być razem przez całą wieczność?

- Są tacy ludzie. Moi rodzice byli małżeństwem od trzydziestu pięciu lat, gdy zginęli.

- W wypadku?

- Autokar, którym podróżowali, rozbił centralną barierkę na autostradzie i zderzył się z ciężarówką jadącą w przeciwnym kierunku. Zginęło dziesięć osób, w tym moi rodzice.

- Ile miałaś lat?

- Osiemnaście, byłam na pierwszym roku studiów pielęgniarskich.

- Bardzo mi przykro. Cieszę się, że małżeństwo twoich rodziców było szczęśliwe, ale nie potrafię przewidywać przyszłości. Nie mam pojęcia, co będę czuł za pięć, dziesięć lat, ale wiem, co czuję teraz. Teraz - powiedział głosem, który wprawił w drżenie każdy nerw w jej ciele - teraz cię pragnę.

 

To było rok temu, a on nadal jej pragnął i wszystkie plany, o których wspominał, obejmowały i ją.

A co zrobi, kiedy to się zmieni? Ze strachu ścisnęło ją w środku; z cichym okrzykiem odwróciła się i wtuliła twarz w pierś Gianfranca.

- Jestem szczęśliwa! - rzuciła z wyzwaniem.

- Szczęśliwa?

Poczuła dłonie męża na swoich ramionach i z zamkniętymi oczami mocniej wtuliła się w niego.

- Tak, jestem szczęśliwa.

Każdy ma swój przepis na szczęście, ale wiedziała, że jej przepis zawiera jeden ważny składnik. Gianfranco. I dlatego powiedziała "tak'', gdy się jej oświadczył.

Oderwał jej twarz od swej koszuli. Jedna wielka dłoń ujęła z boku jej twarz, druga zatopiła się w gęste, jedwabiste kędziory na karku, gdy uważnie się jej przyglądał.

Przypomniał sobie, jak wyglądała, kiedy mówiła, że nie może za niego wyjść, ponieważ nie będzie miała dzieci. Widział wdzięczność w oczach Diany, kiedy zapewnił ją, że jemu to nie przeszkadza. Najwyraźniej nie uwierzyła w ani jedno słowo, ale w gruncie rzeczy nie próbował rozproszyć jej wiary w jego szlachetność.

Wbrew temu, co sądziła, nie było to z jego strony poświecenie. Gdy opowiedziała mu o swej tragedii, jego pierwszą reakcją była ulga!

Ulga, że nigdy nie będzie musiał przeprowadzić koszmarnej rozmowy - w której musiałby odgrzebywać dawne błędy.

- Szczęśliwa? - rzucił żartobliwie, ocierając kciukiem migotliwą łzę spływającą po jej policzku. - To jest łza radości?

Nie odpowiedziała. Pochyliła tylko głowę i spytała:

- A ty jesteś szczęśliwy?

- Co to jest szczęście?

Zobaczyła na jego twarzy przebłysk rozdrażnienia i pomyślała: Gdybyś był szczęśliwy, nie musiałbyś zadawać tego pytania.

- Byłbym szczęśliwszy - stwierdził, biorąc ją za rękę - gdyby Carla postanowiła wrócić do domu wieczorem.

     

 

 

 

 

 

 

 

 

Christina Hollis

 

W ogrodach Castelfino

      

     

Meg nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Zaproszono ją na słynną wystawę kwiatów w Chelsea. Zjeżdżali tu znani i bogaci ludzie z całego świata. Tropikalne kwiaty zawsze przyciągają widzów, dlatego była pewna, że zobaczy z bliska niejedną znaną z okładek twarz. Zaciągnęła się zapachem tysięcy kwiatów na ogromnych zielonych trawnikach. Co prawda w interesach nie szło jej najlepiej, ale udział w wystawie znacznie poprawił jej humor.

W pewnej chwili ujrzała wyjątkowo przystojnego mężczyznę, energicznie przeciskającego się przez tłum bogaczy i gwiazd filmowych. Zatrzymywał się co kilka kroków, całował kogoś w policzek lub poklepywał po ramieniu. Zachowywał się jak właściciel terenu, na którym odbywały się targi. Wysoki i wysportowany poruszał się z gracją, a garnitur nosił tak, jakby się w nim urodził.

Meg nie mogła oderwać od niego oczu. Z jego pięknej, ogorzałej twarzy nie znikał szarmancki uśmiech. Kiedy mężczyzna znikał w tłumie, miała wrażenie, jakby gasło światło. Jakież było jej zdziwienie, gdy obiekt jej westchnień zaczął iść w jej kierunku z czarującym uśmiechem na twarzy. Widać było, że chce zwrócić jej uwagę, co zresztą osiągnął bez trudu.

- Buena sera, signorita! - powiedział radośnie. - Potrzebuję paru pięknych prezentów. Powiedziano mi, że jest taki kwiat, który może długo stać w wazonie - ciągnął, po czym zajrzał do notesu. - Może pani odczyta, co tu jest napisane.

Mimo swej prośby stał nieruchomo i nie wyciągnął w jej kierunku ręki z notesem. Meg musiała wyjść zza lady. Kto wie, może już nigdy nie będzie miała szansy stanąć obok tak przystojnego mężczyzny. Była onieśmielona, ale szczęśliwa. Gdy znalazła się obok nieznajomego, wydał jej się jeszcze przystojniejszy i bardziej czarujący. Miał na sobie nieskazitelnie skrojone ubranie, a na jego nadgarstku błyszczał złoty zegarek.

- Wreszcie mogę wyprostować nogi - powiedziała Meg.

- Mam nadzieję, że nie będzie pani żałować - odparł.

Z uśmiechem podał jej notes. Spojrzała na jego długie, opalone palce. Gdyby nie wyjątkowo zadbane, lśniące paznokcie, można by uznać, że ta dłoń należy do pracującego w szklarni robotnika.

Lekkie chrząknięcie wyrwało ją z rozmyślań. Całą stronę notesu wypełniało męskie pismo. Tekst był po włosku. Na dole drobnymi literami znajdował się dopisek. Meg pochyliła się, żeby go odczytać i poczuła zapach męskiej wody toaletowej. Z przyjemnością wdychała miłą woń, chcąc się nasycić obecnością mężczyzny, który zaraz zniknie z jej życia.

- Tę odmianę wyhodowała nasza rodzina, dlatego nosi nazwę Imsey.

Gdy podniosła głowę, ujrzała jego ciemne, błyszczące oczy. Trudno było mu się oprzeć i Meg poczuła, że robi jej się gorąco.

- Chciałbym wiedzieć, czy ten kwiat podoba się kobietom.

- Nie potrafią mu się oprzeć - zaśmiała się Meg. - Nasze orchidee to wspaniały prezent dla eleganckiej dziewczyny.

- Może nawet kilku...

Meg udała, że nie usłyszała jego uwagi. Los jej rodziny zależał od tych targów, dlatego nie mogła sobie pozwolić na flirt z klientem. Szerokim gestem wskazała wystawę orchidei na swoim stoisku, zachęcając gościa, by podszedł bliżej i przyjrzał się bukietom. Część kwiatów leżała w miękkim mchu, inne stały w wazonach, a ich delikatne łodygi drżały przy najlżejszym podmuchu powietrza.

- Nazywamy je "tańczącymi iskrami''. Podobają się panu?

Mężczyzna spojrzał na nią uważnie i odparł:

- Może... A pani umie tańczyć?

Meg zachichotała nerwowo, w duchu karcąc siebie za brak profesjonalizmu. Kiedy jednak patrzyła na nieznajomego, odczuwała taką radość, że nie mogła się powstrzymać. W jego ciemnych oczach było coś ujmującego.

- Z takim uśmiechem nie musi pan tańczyć, żeby podbić serce kobiety.

Mężczyzna podszedł bliżej, a spłoszona Meg rozejrzała się dookoła.

- Nie mam czasu na tańce, proszę pana. Muszę się zajmować stoiskiem. Te kwiaty są wyjątkowo wymagające - powiedziała pospiesznie.

- Świetnie się pani nimi zajmuje. Wyglądają wspaniale.

- Dziękuję - odparła, nie kryjąc dumy, lecz po chwili dotarło do niej, że mężczyzna myśli o niej, a nie o kwiatach.

- Wezmę tuzin. Proszę przesłać je do mojego apartamentu w hotelu Mayfair. Nazywam się Gianni Bellini. Oto moja wizytówka. Dziękuję. Tych parę minut spędzonych z panią było dla mnie wielką przyjemnością - powiedział z uśmiechem, dając jej do zrozumienia, że kwiaty nie były głównym powodem jego wizyty.

Z czarującym uśmiechem podał Meg swoją ciepłą, mocną dłoń. Zaczerwieniła się ze wstydu, a gdy schylił się i złożył na jej ręce szarmancki pocałunek, ugięły się pod nią kolana.

- Zatem do następnego razu, mio dolce... - rzucił, patrząc jej w oczy, i zanim zdołała coś powiedzieć, zniknął w tłumie.

     

***

 

Meg obudziła się w fotelu samolotu. Jej serce biło jak szalone. Od spotkania z Giannim Bellinim upłynęło sporo czasu, lecz jego obraz utkwił głęboko w jej pamięci. Na szczęście miała inne sprawy na głowie. Dostała etat w pałacu Castelfino. Przez ostatnie tygodnie jeździła tam co pewien czas, ale teraz zamierzała zostać w Toskanii na dłużej. Otrzymała pracę jako kierownik kolekcji egzotycznych kwiatów w majątku Castelfino. Była zdenerwowana, gdyż po raz pierwszy miała spędzić tyle czasu poza domem, z dala od rodziców, którzy teraz musieli sami sobie radzić ze sklepem ogrodniczym i ze szklarniami.

Po paru godzinach spędzonych w samolocie była obolała i zmęczona. Pocieszała się myślą, że na lotnisku będzie czekał kierowca Franco, który zawiezie ją do pałacu. Kiedy jednak rozejrzała się po hali przylotów, nikogo nie było. Ze strachem pomyślała, że coś musiało się zdarzyć. Słyszała, że stary hrabia jest skłócony z synem. Meg nigdy go nie spotkała, ale nasłuchała się o nim tylu plotek, że już go nie lubiła. Stary hrabia kochał swoją ziemię z gajami oliwnymi, starymi dębami i ukwieconymi łąkami, natomiast jego syn chciał przekształcić majątek w winnicę, z ciągnącymi się po horyzont rzędami winnej latorośli. Ukochana kolekcja kwiatów egzotycznych starego hrabiego nie pasowała do planów syna. Życie w Castelfino było nieustającą walką piękna z biznesem. Przedsiębiorczy syn mógł wkrótce położyć kres kosztownemu hobby ojca.

Meg czekała na lotnisku, ale nikt się nie zjawił. Czas mijał, a ona bezradnie patrzyła na stertę walizek. W końcu dojrzała znak z napisem "Taxi''. Pchając energicznie wózek z bagażem, stanęła na postoju i nerwowo zaczęła się rozglądać za taksówką. Czekała tak długo, że gdy wreszcie pojawił się samochód, ze zmęczenia była bliska omdlenia.

Na widok adresu na kartce taksówkarz wygłosił entuzjastyczną tyradę po włosku. Meg odetchnęła z ulgą. Próbowała wytłumaczyć kierowcy swój stan, ale szybko wyczerpała zasób włoskich słów. Patrzyła na rozradowanego taksówkarza, nie rozumiejąc, co wprowadziło go w ten wyśmienity nastrój. Zniechęcona opadła na siedzenie i zaczęła się zastanawiać, co porabia przystojny Gianni. Westchnęła z żalem, że już nigdy go nie spotka. Jedyne co mogła zrobić, to namówić hrabiego, aby zaprezentował swoje kwiaty podczas jednej z wystaw kwiatowych w Londynie. Oczami wyobraźni widziała, jak piękny Gianni przeciska się przez tłum w poszukiwaniu kwiatów dla jednej ze swych dam.

Zastanawiała się, jakie to uczucie być uwiedzioną przez tak przystojnego mężczyznę. Pewnie nie mógł się opędzić od kobiet. Do tej pory żaden mężczyzna nie zrobił na niej takiego wrażenia. Z natury była osobą praktyczną i krytycznie patrzyła na podrywaczy takich jak Bellini, ale na myśl o nim czuła podniecenie, które tylko podsycało jej wyobraźnię.

 

Podczas gdy Meg oddawała się marzeniom w taksówce, młody hrabia przyglądał się kryształowej karafce. Wiedział, że picie niczego nie rozwiąże, a jedynie oddali to, co nieuchronne i spowolni jego myślenie. Nie spał od kilku dni i alkohol szybko uderzył mu do głowy. W takim stanie nie powinien się pokazywać służbie. Musiał wziąć się w garść.

- Czy hrabia życzy sobie szampana zamiast wina? - spytał kelner z przesadną grzecznością.

Gianni mruknął coś pod nosem i machnął ręką. Minęła pierwsza doba jego dożywotniego więzienia. Nadal trudno mu było uwierzyć w to, co się wydarzyło. Chociaż wiedział, że kiedyś to nastąpi, zadbał o swoją finansową niezależność. W odległej części majątku znajdowała się jego winnica. Po śmierci ojca Gianni zamierzał zwiększyć produkcję wina. Pomimo zmęczenia uśmiechnął się do siebie. Będzie miał szansę zamknąć usta nieprzychylnym ludziom, którzy uważali, że jego marzenia o słynnej na cały świat winnicy były tylko mrzonkami zadufanego hrabiego.

Teraz, gdy odziedziczył majątek, nic go nie powstrzyma. Wszędzie będą winnice, szybko wzrośnie produkcja i Gianni wreszcie spełni swoje marzenie. Chciał być postrzegany jako człowiek, który do wszystkiego doszedł sam. Od dłuższego czasu w wyższych sferach zastanawiano się, która z jego pięknych towarzyszek da mu syna. Tymczasem dla Gianniego największą miłością była winnica w Castelfino. Wcale nie miał ochoty zostać ojcem. Z powodu ciągłych kłótni rodziców jego dzieciństwo było piekłem.

Z rozmyślań wyrwał go hałas za oknem. Do pałacu zbliżał się samochód. Gianni zmrużył oczy. Niezadowolony mruknął coś pod nosem. Nie miał ochoty na przyjmowanie gości. Zniecierpliwiony oparł dłonie o stół i energicznie podniósł się z krzesła. Jego umysł wciąż działał na najwyższych obrotach, ale ciało zmogło zmęczenie. Wyszedł z pokoju na taras. Czuł się w obowiązku pełnić honory pana domu i przyjmować kondolencje. Zamknął oczy, próbując się skoncentrować i dobrać odpowiednie słowa powitania.

Toskański pejzaż zastygł w skwarze letniego popołudnia. Ciszę przerwał warkot silnika. Samochód zajechał pod drzwi i zatrzymał się z piskiem opon. Gianni otworzył oczy i ku swemu zaskoczeniu zamiast limuzyny zobaczył zwykłą taksówkę. Z samochodu wysiadł roześmiany kierowca i wyjął z bagażnika walizki, ułożył je jedną na drugiej, bez przerwy przy tym przemawiając do swego pasażera. Z wnętrza samochodu dobiegała muzyka. Gianni patrzył na całą scenę z niedowierzaniem. Od wielu godzin nikt w Castelfino nie odważył się głośno odezwać. Przez spuszczone dotąd żaluzje zaczęła wyglądać zaciekawiona służba. Niespodziewana wizyta wszystkich ożywiła. Z drzwi prowadzących do kuchni wypadł kamerdyner, aby pomóc gościowi wnieść walizki i uciszyć kierowcę.

Tymczasem z taksówki wysiadła piękna kobieta. Krótka spódniczka odsłaniała jej kształtne, długie nogi, a jasne włosy luźno opadały na ramiona. Oślepił ją blask słońca, więc oparła się o samochód, by przywyknąć do jaskrawego światła.

Gianni otrząsnął się z szoku.

Nic dziwnego, że jest jej gorąco, kiedy ma na sobie rajstopy, pomyślał ze złością. Nie był zadowolony, że ktoś zakłóca mu spokój.

Zaklął pod nosem i zszedł na dół. Widok pięknej dziewczyny od razu go rozbudził. Był zły na siebie, że pomimo żałoby nieznajoma kobieta jest w stanie zwrócić jego uwagę. To naturalne, że widok kobiecych kształtów budzi jego zainteresowanie, ale w obecnej sytuacji myśl o rajstopach uznał za wysoce niestosowną. Nagle usłyszał śmiech dziewczyny.

- Panie Bellini! Co za niespodzianka! Nie spodziewałam się, że tu pana zastanę!

Dziewczyna szła w jego kierunku z uśmiechem na twarzy, ale gdy znalazła się bliżej, nagle spoważniała. Zaniepokoiła się, widząc jego smutne spojrzenie i zaciśnięte usta. Zwolniła krok i odezwała się nieśmiało:

- Poznaliśmy się na wystawie kwiatowej, pamięta pan?

- Tak, jestem Gianni Bellini - odparł oschle i dopiero wtedy rozpoznał w nieznajomej dziewczynę od orchidei.

Wysilił się na uśmiech. Powoli zaczął sobie przypominać szczegóły spotkania. Jej uroda i inteligencja zrobiły na nim wrażenie, ale nie spodziewał się, że znów ją zobaczy. Jego zachowanie nie zniechęciło nieznajomej. Podeszła i przyjaźnie wyciągnęła dłoń.

- Nie wierzę własnym oczom - roześmiała się. - Strasznie pan wygląda. Czy to przez kobiety?

- Co pani tu robi? - spytał ozięble, z niechęcią patrząc na jej wyciągniętą dłoń.

Nieznajoma zmarszczyła czoło, przyglądając mu się tak, jakby usilnie próbowała rozpoznać w nim szarmanckiego Włocha z targów.

- Pracuję dla hrabiego Castelfino. Od dziś mam zamieszkać w domku przy oranżerii. Zwykle Franco wyjeżdża po mnie na lotnisko, ale dziś nikogo nie było.

- To dlatego, że mój ojciec nie żyje. Teraz ja jestem hrabią Castelfino.

Dziewczyna spoważniała i przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.

- Tak mi przykro - powiedziała wreszcie i spojrzała na stertę swoich walizek. - Przepraszam, zjawiłam się w nieodpowiedniej chwili. Czy mogę zapytać, co się stało?

- Ojciec pojechał do Paryża i miał zawał. Umarł wczoraj...

Gianni z trudem wypowiadał słowa. Przetarł ręką zmęczoną, nieogoloną twarz. Zapanowała niezręczna cisza.

- Naprawdę, bardzo mi przykro - powtórzyła nieznajoma.

- Skąd mogła pani wiedzieć... Ja też nie zdawałem sobie sprawy, że pani przyjedzie, i dlatego nie wysłałem nikogo na lotnisko. Sam wróciłem zaledwie godzinę temu.

Nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na taksówkę i wyjął z kieszeni portfel.

- Obawiam się, że niepotrzebnie się pani fatygowała. Jak się pani udało przejechać obok strażnika? - Spojrzał na nią zdziwiony, jakby dopiero teraz o czymś sobie przypomniał.

- Moje nazwisko było na liście gości - powiedziała tak cicho, że Gianni musiał się pochylić, aby usłyszeć jej słowa. - Nie mogę tak po prostu wyjechać. Trzeba się zająć kwiatami. Hrabia na pewno by sobie tego życzył...

Gianni energicznie pokręcił głową.

- Teraz ja jestem hrabią Castelfino i wprowadzam swoje zwyczaje. Nie ma tu miejsca na dawne fanaberie ojca.

W niebieskich oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Gianni miał wrażenie, że się przygarbiła. Głos uwiązł jej w gardle.

- Mówi pan poważnie?

- Jak najbardziej. Interesuje mnie wyłącznie moja winnica, poważne interesy, a nie jakieś kwiatki.

To mówiąc, podszedł do Meg, objął ją ramieniem i zaczął prowadzić w kierunku taksówki.

- Proszę się nie martwić, signorina. Zapłacę za taksówkę, a potem zlecę komuś, żeby zadzwonił na lotnisko i zarezerwował dla pani bilet. Skąd pani przyleciała?

- Z Londynu...

Gdy podeszli do samochodu, Gianni cofnął ramię i wcisnął taksówkarzowi zwitek banknotów. Potem odwrócił się na pięcie i odszedł.

- Przykro mi, że niepotrzebnie się pani fatygowała - rzucił przez ramię.

Chciał jak najszybciej uciec od widoku jej pełnych ust i dużych niebieskich oczu. Teraz powinien się koncentrować wyłącznie na sprawach związanych z winnicą. Nagle usłyszał za sobą podniesiony głos:

- O nie, panie Bellini!

Przystanął zdziwiony. Był przekonany, że dziewczyna powie najwyżej "tak, hrabio''. W jego świecie ludzie robili, co im kazał. Kiedy stał, zastanawiając się, jak to możliwe, że Meg nie zrozumiała jego polecenia, nagle usłyszał hałas. Odwrócił się i ujrzał, jak jego gość rzuca walizkę na ziemię i biegnie w jego stronę. Z niesmakiem pomyślał o swojej służbie, która przez okna przyglądała się scenie. Jeśli dziewczyna zacznie histeryzować, huknie na nią tak, że natychmiast umilknie. Wziął głęboki oddech, ale Meg była szybsza.

- Z całym szacunkiem, ale myślę, że powinnam zostać - powiedziała cicho, lecz stanowczo, stając na wprost Gianniego. - Przynajmniej na jakiś czas. Bardzo pana proszę.

Gianni patrzył na nią zdumiony. Zdziwiło go nie to, co powiedziała, ale sposób, w jaki to zrobiła, jakby miała świadomość, że patrzy na nią kilkanaście par oczu.

- Nie ma pani prawa mówić o szacunku - wycedził przez zęby. - Przyjeżdża pani nieproszona i zakłóca czas żałoby.

- Przepraszam, nie chciałam nikogo urazić. Gdybym wiedziała, co się stało, nie niepokoiłabym pana. Czy możemy o wszystkim zapomnieć i zacząć od nowa?

Natychmiast pożałowała swych słów. Gianni Bellini nie znał słowa "kompromis''. Przeczuwała, że niełatwo będzie z nim rozmawiać, ale teraz miała wrażenie, że jest to wręcz niemożliwe. Mimo to starała się zachować spokój. Potrzebowała tej pracy. Zbyt wiele osób jej ufało, by tak łatwo z niej zrezygnowała. Na chwilę zamknęła oczy, jak nurek, który zaraz zniknie pod wodą.

Gianni milczał.

- Pański ojciec bardzo chciał, żebym u niego pracowała - powiedziała spokojnie. - Miałam najlepsze kwalifikacje spośród wszystkich osób, które zgłosiły się na to stanowisko. Jeśli mnie pan zwolni, kwiaty nie przetrwają. Pański ojciec miał wielkie plany względem Castelfino. Należy uczcić jego pamięć w godny sposób. Martwił się o przyszłość majątku i miał kilka pomysłów, co należy zmienić. Chciał udostępnić publiczności swoją kolekcję kwiatów. Uważał, że to przyciągnie turystów. Jestem pewna, że będzie pan kontynuował dzieło ojca. Każdy byłby dumny z takiego dziedzictwa - zakończyła.

- Skąd pani to wie? Bo ma pani kilka dyplomów? - spytał lodowatym tonem.

- Wiem, bo mój ojciec był taki sam - odparła. - Kiedy ciężko zachorował, zamiast odpoczywać, zamartwiał się, co się stanie z jego dorobkiem. Pański ojciec był miłym i dobrym człowiekiem. Myślę, że należy w godny sposób uczcić jego pamięć. Pracowałam z nim nad nowym projektem i wiem, jak mu na tym zależało. Nie powinien pan tego przekreślać.

Gianni przez dłuższą chwilę patrzył na nią w milczeniu, po czym nagle jego usta rozchyliły się w uwodzicielskim uśmiechu, który przez tygodnie prześladował ją we snach.

Zrobił krok w jej stronę i powiedział:

- Gratuluję, panno...?

- Imsey. Megan Imsey.

- Gratuluję. Zaniemówiłem, a rzadko mi się to zdarza.

Meg uśmiechnęła się. Mężczyzna jej marzeń stał się realnym człowiekiem, osobą, z którą mogła rozmawiać i pożartować. Zauważyła, że łączą ich przynajmniej dwie rzeczy: przywiązanie do pracy i umiejętność skrywania uczuć.

Musiała zrobić wszystko, by zachować tę posadę. Pochodziła z biednej rodziny i zawsze marzyła, że kiedyś zapewni rodzicom godziwe życie. Czuła, że rozmowa z Giannim będzie trudna. Docierały do niej plotki o jego podbojach i musiała się bardzo starać, by nie ulec jego czarowi.

- Nie musi się pan spieszyć z podjęciem decyzji w sprawie tak mało istotnej jak moja osoba. Teraz na pewno ma pan na głowie mnóstwo innych rzeczy.

Co do tego nie było wątpliwości. Mimo umiejętności skrywania uczuć w oczach Gianniego widać było smutek. Ktoś postronny pewnie by tego nie zauważył, lecz Meg już nieraz przeżyła stratę bliskiej osoby. Pamiętała także strach i ból, gdy jej ojciec balansował między życiem a śmiercią. Chciała podać hrabiemu dłoń, lecz rozmyśliła się w obawie przed jego chłodną reakcją.

- Teraz powinien pan myśleć przede wszystkim o sobie - powiedziała szczerze, lecz jej współczucie nie spotkało się z dobrym przyjęciem.

- Czuję się świetnie.

- Wygląda pan na zmęczonego, jakby pan nie spał całą noc.

- Nie było mnie przy ojcu, kiedy dostał zawału. Bawiłem się w nocnym klubie w tłumie ludzi, których kompletnie nie obchodziło, kim jestem i co robię. Kiedy się dowiedziałem, że ojciec ma zawał, natychmiast pojechałem do szpitala. Nic wtedy nie czułem. A potem... - zamilkł poruszony.

- Spokojnie - powiedziała Meg, dotykając jego ramienia.

Gianni natychmiast się cofnął.

- Wróciłem do Castelfino, bo ktoś musi się zająć majątkiem - powiedział oschle, choć w jego ciemnych oczach widać było ból. - Nie spałem od kilku dni.

- Nic dziwnego. - Głos Meg był pełen współczucia.

Gianni wyglądał tak, jakby od kilku dni chodził w tym samym ubraniu. Podniósł dłoń i potarł czoło. Dobrze wiedziała, jak się czuje. Kiedy jej ojciec leżał na oddziale intensywnej terapii, całymi dniami przesiadywała w szpitalu. Rana jeszcze się nie zabliźniła i wróciły bolesne wspomnienia. Zrobiła krok w stronę hrabiego.

- Nie, proszę, tylko nie to - powiedział Gianni, unosząc rękę.

Meg cofnęła się.

- Rozumiem. Boi się pan, co sobie pomyślą służący, którzy nas obserwują. Ale trzymanie fasonu w tej sytuacji może się odbić na pańskim zdrowiu. Musi pan odpocząć, chyba że chce pan wylądować w szpitalu. A kto się wtedy zajmie pałacem i służbą?

Gianni przez chwilę przyglądał jej się bez słowa. W jego oczach pojawił się błysk, co sprawiło, że Meg oblała się rumieńcem. Gianni był nieogolony i zmęczony, a mimo to wyglądał zniewalająco. Powróciły sceny z jej marzeń. Całymi nocami wspominała ich spotkanie, a teraz znów był przy niej.

- Nie rozumiem - powiedział Gianni. - Jestem dla pani obcą osobą. Dlaczego się pani mną przejmuje? Jestem zimnym, pozbawionym uczuć draniem. Każdy pani to powie. Nie zamierzam kontynuować tego, co robił ojciec. Nie ma pani tu nic do roboty.

Meg uniosła brwi. Uważała, że choć stary hrabia był idealistą, miał całkiem realny plan rozwoju majątku. Marzyła o takiej pracy od lat, ale najwyraźniej nie pasowała ona do wizji Gianniego.

- Ja muszę się przejmować - odparła, ostrożnie dobierając słowa. - Od dawna jestem na liście osób zatrudnionych w pałacu, ale na razie jedynie pan wie, że przyjechałam. Dlatego w moim interesie jest o pana zadbać. Tylko pan może mi wypłacić pensję, panie Bellini. Nadal wierzę, że będzie pan kontynuował dzieło ojca.

Na twarzy Gianniego pojawił się grymas.

- Mogłem się tego spodziewać. Kobietom zawsze chodzi o pieniądze. A ludzie się zastanawiają, dlaczego trzymam je na dystans.

Meg spojrzała na niego zaskoczona. Był innym mężczyzną niż człowiek, o którym marzyła. Z żalem musiała przyznać, że tak samo jak ona był praktyczny i przyziemny. Cokolwiek się stanie, musiała zatrzymać tę pracę. Rodzice żegnali ją na lotnisku z wielkimi nadziejami. Nie mogła ich zawieść i wrócić do domu z pustymi rękami.

- Tak, proszę pana. Chodzi o pieniądze. Rodzice na mnie liczą. Pomogłam im rozkręcić biznes. Na razie wszystko idzie dobrze, ale z doświadczenia wiemy, że w każdej chwili może się to zmienić.

Gianni zmierzył ją groźnie wzrokiem, ale nic nie powiedział.

- Zależy mi na tej pracy. Pański ojciec przygotował dla mnie miejsce w gościnnym domku. Byłam tam wcześniej, znam drogę. Nie musi się pan o mnie martwić - powiedziała, doskonale zdając sobie sprawę, że Gianni Bellini jest osobą, która głównie martwi się o siebie. - Nie sprawię panu kłopotu. Później umówimy się na rozmowę. A teraz niech pan wypocznie.

- Nie mogę sobie pozwolić na wypoczynek. Muszę czuwać - odparł, patrząc na nią z niechęcią.

- I dlatego musi się pan wyspać. Proszę się nie martwić, wiem, że tutejsza służba jest solidna i lojalna. Na pewno ze wszystkim sobie poradzą i niczego przed panem nie ukryją. Pan hrabia powtarzał, że zatrudnia tylko ludzi, którym może ufać.

Gianni niespodziewanie schylił się i pocałował ją w rękę. Gdy podniósł wzrok, w jego spojrzeniu Meg ujrzała zapowiedź przeżyć, o jakich śniła przez ostatnie tygodnie.

     

 

 

 

 

 

 

Susan Stephens

 

Wieczory w Toskanii

 

Ponad sześć godzin na tym samym niewygodnym krześle przy tym samym biurku, w tym samym chłodnym biurze, w tym samym miasteczku na północy Anglii...

Odechciewało się jej żyć!

No, prawie...

Dzisiaj miała za zadanie przeprowadzić rozmowę telefoniczną z panem Rigiem Ruggiero z Rzymu. Zadanie bardzo trudne, nawet dla młodej lecz traktującej poważnie swój zawód prawniczki takiej jak Katie Bannister. Najpierw bowiem trzeba było się przebić przez armię nadętych i nieuprzejmych sekretarek bogatego Włocha.

Chcę z nim porozmawiać osobiście! - krzyczała w głębi ducha, rozmawiając przez telefon z jego ludźmi. Udawała jednak miłą i grzeczną. Cóż, nie miała innego wyboru - była przecież, w swoim mniemaniu, profesjonalistką w każdym calu.

Profesjonalistką, tyle że pozbawioną życia osobistego i wewnętrznego! - pomyślała.

Doprawdy? Gdyby tak rzeczywiście było, to jej egzystencja byłaby o wiele prostsza. Niestety, Katie została obdarzona bogatą wyobraźnią, przez którą zawsze wpadała w tarapaty. Ta zwyczajna i niepozorna dziewczyna potrafiła podczas rozmowy telefonicznej w mgnieniu oka zamienić się w ostrą i asertywną kobietę.

Katie była pracownikiem niższego szczebla w małej kancelarii prawnej. Zazwyczaj nie miała do czynienia z klientami z wyższej półki takimi jak Rigo Ruggiero. Podobno to była jakaś błaha sprawa. Tak przynajmniej powiedział jej postawiony nieco wyżej w strukturach firmy kolega. Mówił, że jeśli Katie chce piąć się w górę w tym zawodzie, to musi wiedzieć, jak ugryźć takie szychy jak Ruggiero.

- Pronto - usłyszała głos w słuchawce.

Nareszcie!

- Signor Ruggiero?

- Si...

Na dźwięk tego głębokiego głosu, Katie przeszedł dreszcz. Ale przecież głos o niczym tak naprawdę nie świadczy; włoski język zawsze brzmi seksownie, niezależnie od tego, kto mówi.

Ogarnij się, dziewczyno! - skarciła się w myślach. Uporządkowała notatki, które miała przed nosem na biurku. Zadała Włochowi kilka pytań. Signor Ruggiero, co mu się chwali, odpowiedział na wszystkie szybko i uprzejmie. Oczywiście wyobraźnia Katie pracowała pełną parą. Na pewno jest wysoki, opalony i przystojny... Rozmowa szła jej bardzo dobrze. Wystarczyło już tylko powiadomić bogatego Włocha, że jest głównym spadkobiercą według testamentu jego zmarłego brata.

- Mojego zmarłego brata przyrodniego - poprawił ją natychmiast.

Jego słodki baryton nagle zniknął bez śladu. Teraz Włoch sprawiał wrażenie zimnego i obojętnego. Katie była zdezorientowana.

Przypomniała sobie jednak, że człowiek, z którym tak trudno się skontaktować, nie może być przecież zainteresowany pogaduszkami z byle pracownicą biurową.

- Proszę wybaczyć. Według testamentu pana brata przyrodniego...

Rozmowa wróciła na normalne tory. Katie zawsze uważała, że jej największym talentem jest czytanie z ludzkiego głosu. Zdobyła tę zdolność w okresie wczesnej młodości, podczas nauki w jednym z najlepszych konserwatoriów na świecie. Ćwiczyła śpiew operowy. Samo wspomnienie tych czasów było dla niej bolesne... W każdym razie była obdarzona słuchem muzycznym, dzięki któremu potrafiła oceniać ludzi po głosie. Ten tutaj z jednej strony operował (wyćwiczonym i zapewne powierzchownym) urokiem, a z drugiej potrafił zmrozić krew w żyłach jednym ostrym słowem.

- Signorina Bannister, czy możemy przejść do konkretów? - zapytał ozięble.

- Oczywiście - powiedziała speszona.

Reputacja Katie w firmie opierała się na jej wytrwałości oraz umiejętności mitygowania nawet najbardziej kłótliwych klientów. Jednak po długim dniu siedzenia za biurkiem w tanim garniturze, w tym zimnym biurze, Katie znajdowała się już na skraju wytrzymałości. Przecież, na miłość boską, nie dzwoni z call center zaprosić go na pokaz prześcieradeł! Chce go tylko poinformować, że właśnie odziedziczył pieniądze.

I teraz będzie miał ich jeszcze więcej, pomyślała Katie, spoglądając na magazyn, które koleżanki z biura położyły jej przed nosem. Z okładki patrzył na nią nikt inny, tylko obłędnie boski Rigo Ruggiero. Oczywiście Katie nie była nim zainteresowana! To tylko praca, płacą jej za rozmowy z takimi jak on. Dostała proste na pierwszy rzut oka zadanie. Musi wyjaśnić jednemu z najbogatszych ludzi we Włoszech, że ona, Katie Bannister, musi przyjechać do Rzymu, żeby spotkać się z nim osobiście.

- Przykro mi, nie mogę przylecieć do Anglii. Nie mam czasu na wojaże...

- Pana przyrodni brat to przewidział - odparła. Po czym zaczęła czytać na głos dołączony do testamentu list, zawierający dokładne instrukcje.

Zazwyczaj była ucieleśnieniem stoicyzmu, ale biurowe plotki ją trochę przeraziły. Ruggiero był ponoć nie tylko bogaczem i potentatem, ale również światowcem i playboyem, prowadzącym wystawne i zabawowe życie. Powiedzieć, że Katie Bannister i Rigo Ruggiero żyli na dwóch innych planetach, to byłoby niedomówienie.

Wszyscy w biurze mieli niezły ubaw. Śmiali się, że biurowa "dziewica'' została wyznaczona do kontaktu z najbardziej niesławnym włoskim playboyem. Katie na pozór ignorowała docinki, lecz w środku drżała, bojąc się tej konfrontacji. Po chwili jednak powiedziała sobie - czym tu się przejmować? Rigo Ruggiero rzuci okiem na nieciekawą Katie Bannister, i to będzie koniec historii. To oczywiste, że nawet jej nie tknie. Zapewne dziewczyn o wiele ładniejszych niż ona Ruggiero ma na pęczki.

- Obawiam się, że rzeczy osobiste pana brata nie mogą być panu przesłane drogą pocztową - poinformowała Katie.

- Dlaczego nie?

- Ponieważ... - Katie wzięła głęboki wdech. Czy on musi być taki opryskliwy? Jego brat, co prawda "tylko'' przyrodni, właśnie umarł. Na litość boską, czy ten człowiek ma serce z kamienia? Nawet jeśli tak, to powinien być przynajmniej ciekawy, co mu przypadnie w spadku. - Instrukcje są dokładne i nie można od nich odstępować. Pana brat wyznaczył firmę, którą reprezentuję, czyli Flintock, Gough i Coverdale, jako wykonawcę swego testamentu. Pan Flintock poprosił mnie o zrealizowanie wymogów uwzględnionych w liście...

Usłyszała w słuchawce chichot.

- Czy do wszystkich klientów przemawia pani tym prawniczym żargonem? - zapytał z przekąsem. - Polecam mówienie po ludzku...

Nikt nigdy nie skrytykował jej za profesjonalne podejście do pracy! Poczuła się urażona. Poza tym widać, to znaczy słychać, że Rigo Ruggiero ma w nosie swojego przyrodniego brata. Oczami wyobraźni widziała, jak jej interlokutor siedzi rozparty w jakimś wygodnym fotelu. Ma absurdalnie białe zęby, włosy czarne jak smoła, oraz ciemne oczy, w których czai się wieczna drwina i pogarda dla reszty śmiertelników, biedniejszych niż on. Westchnęła głośno i spróbowała zachować zimną krew.

- Signor Ruggiero, ja jedynie prostymi słowami usiłuję wyjaśnić...

- Wypraszam sobie mówienie do mnie jak do dziecka! - powiedział ostrym głosem.

- Proszę mi wybaczyć. To nie było moją intencją...

- W takim razie wybaczam...

Powiedział to głosem łagodnym jak aksamit. Czy on z nią flirtuje? To wydawało się nieprawdopodobne, a jednak chyba tak! Reakcja ciała Katie tylko potwierdziła te domysły.

- A zatem możemy ustalić datę spotkania? - zapytała.

Po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie. Katie oczami wyobraźni zobaczyła, jak Ruggiero tłumi chichot. Dlaczego się z niej śmieje?

- Kiedy tylko pani zechce... - mruknął.

Jego niski, gardłowy głos dotykał coś ukrytego głęboko w niej... Nie mogła nic na to poradzić. Pomyślała o czekającej ją podróży do Rzymu. Wyjrzała przez okno. Zimny, deszczowy dzień, znak rozpoznawczy Yorkshire. Nudna rzeczywistość. Ale pod banalną powierzchownością Katie kryło się coś więcej. Niespokojny duch. Dawno temu wyobrażała sobie, że zwiedzi cały świat jako gwiazda opery. Od zawsze marzyła o Rzymie. Co za ironia losu, że pojedzie tam nie jako śpiewaczka, tylko prawnik...

- Signorina Bannister, jestem zajętym człowiekiem, nie mogę z panią rozmawiać cały dzień - odezwał się Ruggiero. - Kiedy chce się pani spotkać?

Katie marzyła o urlopie, wyrwaniu się stąd, choćby na chwilę. Mogłaby być w Rzymie już jutro!

- No to może jutro? - powiedziała, zanim zdążyła pomyśleć. Po chwili dodała nieco bardziej nieśmiało: - To znaczy, jeśli data ta nie koliduje z pana...

- Niech będzie - przerwał jej.

- Dziękuję za współpracę - odparła oficjalnie. Serce waliło jej jak szalone. Co teraz? Co innego rozmawiać przez telefon, a co innego go spotkać! Signor Ruggiero zobaczy, jaka jest nudna i szara na żywo. Będzie rozczarowany. Nie obejdzie się bez przykrości...

- Czekam zatem na nasze spotkanie - powiedział Włoch. - Nawiasem mówiąc, ma pani ładny głos.

- Dziękuję - powiedziała zmieszana, oblewając się niewidocznym na szczęście dla Włocha rumieńcem.

Po chwili pomyślała sobie, że przecież playboye zawsze i wszędzie flirtują. Robią to z nawyku. Z kolei ona... "Ładny głos''. Ruggiero nie wiedział, że jej obecny głos to tylko nędzna pozostałość po głosie, który miała kiedyś... Straciła go bezpowrotnie.

To było parę lat temu. W akademiku wybuchł pożar. Obudziła się w szpitalu. Prawie podskoczyła z radości, usłyszawszy, że wszystkie jej koleżanki i koledzy wyszli z tego bez szwanku. Po chwili jednak zalała ją fala czarnej rozpaczy. W czasie pożaru nawdychała się za dużo dymu, wskutek czego jej głos został na trwałe zredukowany do chronicznej chrypki. Dziwne, że ludziom, którzy nie znali tej dramatycznej historii, jej głos bardzo się podobał.

Pożar pozostawił jeszcze inne ślady. Na plecach miała mnóstwo blizn. Nigdy nikomu nie pokazała się nago. Kiedy spłonęły jej marzenia o karierze śpiewaczki operowej, Katie postanowiła zacząć nowe życie. Wybrała karierę prawnika. Życie w cieniu, a nie w świetle reflektorów. Nigdy zresztą nie obchodziła ją sława i rozgłos... Chodziło jej jedynie o muzykę, którą kiedyś tak mocno kochała. Tęskniła za nią.

- Signorina Bannister? Jest tam pani jeszcze?

- Przepraszam, Signor Ruggiero. Coś mi upadło z biurka na podłogę... - skłamała.

Spojrzała znowu na magazyn na biurku. Rigo Ruggiero. Umięśniony i opalony, ubrany w elegancki garnitur od słynnego projektanta. Nie miał twarzy bogatego lalusia. Przeciwnie, wyglądał niemal jak pirat! Ciemny zarost, dodający mu męskości, oraz złowrogi błysk w ciemnych oczach. Do tego gęste, czarne włosy oraz męskie rysy twarzy.

- Co z tym przyjazdem? - zapytał. - Czy pani ma jakieś obawy?

Katie w jego głosie usłyszała nutę rozbawienia.

- Bynajmniej - odparła, wbijając wzrok w zdjęcie swojego rozmówcy. Usta wykrzywione w cynicznym uśmiechu. Idealne ukoronowanie jego aroganckiego oblicza. Jakby tego było mało, na zdjęciu pozował, obejmując ramieniem jakąś blondynkę. Dziewczyna była tak ładna, że wyglądała jak lalka, a nie prawdziwa kobieta.

Katie wzięła głęboki wdech i wyprostowała się. Wyjazd do Rzymu to podróż biznesowa. Koniec, kropka.

- Mam do pani pytanie, signorina Bannister...

- Słucham. - Zacisnęła mocniej ręce na słuchawce. Nadal wpatrywała się w idealną, gładką skórę towarzyszki Riga na zdjęciu.

- Dlaczego wybrali akurat panią?

To nie był playboy, tylko bezlitosny biznesmen podający w wątpliwość decyzję przełożonych, by wysłać na to spotkanie tak młodą i niedoświadczoną prawniczkę jak ona. Miał rację. Dlaczego wysyłają akurat ją? Katie zastanowiła się nad tym. Wyznaczyli ją pewnie dlatego, że dzięki operze znała język włoski. Była zwyczajną, przeciętną dziewczyną, bez obowiązków rodzinnych. Poza tym była najnowszym nabytkiem firmy, więc musiała robić to, co każą.

Lepiej nie mówić tego wszystkiego Włochowi.

- Jestem jedynym pracownikiem w naszej kancelarii, który może w chwili obecnej poświęcić trochę czasu na przyjazd do Rzymu... - wyjaśniła.

- Aha. Innymi słowy, nie jest pani zbyt cennym pracownikiem...

- Signor Ruggiero... - wydukała w ramach protestu zbulwersowana Katie.

- Piano, piano, bella...

,,Piano, bella?'' Kazał się jej uspokoić. I to w dodatku takimi słowami i takim głosem, jakby była...

Nie ma co, język włoski jest strasznie seksowny, pomyślała Katie. Był melodyjny i liryczny. A Rigo Ruggiero potrafił zrobić użytek ze swojego ojczystego języka.

- A więc? - zapytał. - Widzimy się jutro w Rzymie, si?

Widzimy? Jutro?

Katie czuła się, jakby miała gorączkę. Mimo wszystko miał rację, aby z podejrzliwością odnosić się do jej referencji. Nie była świetnym prawnikiem. I nigdy nim nie będzie. Bo... nawet nie ma takich ambicji. Czasem zastanawiała się, czy pasja, którą darzyła muzykę, przeniesie się kiedykolwiek na inne dziedziny jej życia. Na razie jeszcze to nie nastąpiło.

- Będę pani jutro oczekiwał na lotnisku - oświadczył.

Jutro...

Przecież tego właśnie chciała! Lecz teraz nie była już tak pewna siebie. To wszystko było absurdalne! Jakim cudem może pojechać do Rzymu, miasta, o którym marzyła jako początkująca śpiewaczka, teraz jako prawnik drugiej kategorii, aby mieć do czynienia z jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi we Włoszech?

Jedynym powodem, uważała Katie, była twarda ekonomiczna rzeczywistość. Podobno firma Katie rozważała zwolnienia z powodu kryzysu ekonomicznego. Jako że Katie jako ostania dołączyła do firmy, to też pewnie jako pierwsza z niej wyleci. Nie ma wątpliwości, że kontakt z taką osobistością jak Rigo Ruggiero dodałby jej CV sporo koloru. To się przyda w przyszłości, kiedy będzie się rozglądać za inną pracą.

Jednak jakim cudem Katie Bannister, ubrana w tanie ubrania, nie mająca pojęcia o modzie, ma stanąć twarzą w twarz z najsłynniejszym światowym playboyem? Przecież to niedorzeczne. Przy nim będzie się czuła brzydka, biedna i głupia.

Zbędne dywagacje. Przecież nie ma wyboru!

- Proszę mi przesłać e-mailem szczegóły pani przyjazdu. Przyślę kogoś po panią na lotnisko Fumicino...

- To bardzo miłe z pa...

Rozłączył się.

Co za brak kultury! Słyszała, że Włosi są nieco nieokrzesani, ale to już lekka przesada!

Po chwili pomyślała, że ten facet stanowi niezłe wyzwanie. A przecież tego właśnie jej teraz brakowało!

Dziewczyny w biurze upierały się, że Katie ma w sobie skrywany, wewnętrzny ogień, i na pewno w mig owinie sobie wokół palca tego aroganckiego playboya. Katie zbywała te żartobliwe uwagi śmiechem, chociaż w środku było jej smutno. Może kiedyś miała w sobie to coś... To było dawno temu. Teraz była kimś zupełnie innym. Rigo chyba ją po prostu rozszarpie i pożre! To człowiek zimny i bez serca. Nawet nie przejął się śmiercią członka swojej rodziny. A w dodatku co za maniery - rozłączać się ot tak, bez słowa pożegnania... Doszła do wniosku, że im szybciej to wszystko załatwi, tym lepiej.

Katie zarezerwowała przez Internet miejsce w samolocie do Rzymu. Czy uda jej się polecieć tam i z powrotem w jeden dzień? Zrobi wszystko, co w jej mocy.

 

Rigo odłożył słuchawkę i rozparł się w swoim skórzanym fotelu. Telefon z Anglii popsuł mu humor. Miał nadzieję, że już nigdy w życiu nie usłyszy o tym draniu... swoim przyrodnim bracie. Mimo to, ta młoda pani prawnik dostarczyła mu odrobiny rozrywki.

Czy dlatego, że miała ładny głos?

Jej głos spodobał mu się z wielu powodów. Po pierwsze, należał do kobiety. Młodej kobiety. Po drugie, był ochrypły i pociągający. Bardzo pociągający. Oraz, co nie bez znaczenia, inteligentny. A przez to jeszcze bardziej pociągający... Właścicielkę tego intrygującego głosu już prawie widział w swoich myślach. I był to miły widok.

Jeśli zaś chodzi o tego przeklętego przyrodniego brata... Ciekawe, co zostawił mu w spadku? Kielich pełen trucizny? Udziały w jakimś syndykacie zbrodni? Rigo wstał i zaczął chodzić po pokoju. Dlaczego człowiek, który okazał mu w życiu jedynie pogardę i nienawiść, miałby mu coś zostawiać w spadku? I o co chodzi z tymi jego rzeczami osobistymi, które były tak wyjątkowe, że własnoręcznie musiała je dostarczyć reprezentantka kancelarii prawnej z Anglii?

Wiedział, że Carlo przez kilka lat mieszkał na północy Anglii. Gazety trąbiły o wszystkich jego występkach. Rigo był pewny, że jeśli tymi "skarbami'' Carla były sztabki złota, to na pewno zostały skradzione - tak samo jak biżuteria, antyki czy dzieła sztuki. Rigo miał nadzieję, a nawet pewność, że teraz Carlo smaży się w piekle...

Rigo miał zaledwie czternaście lat, kiedy jego ojciec wziął ponownie ślub. Gdy miał siedemnaście lat, musiał na stałe opuścić dom. Zdecydował się na to po paru latach mieszkania z Carlem, przez którego dom stał się miejscem, gdzie Rigo nie był już mile widziany. Pragnął miłości ojca, ale ten znalazł sobie inny dom. Pewnego dnia Rigo spakował się, wyjechał z miasteczka i przybył do Rzymu. Chciał spełnić swoje marzenia. Od Carla, który był od niego jedenaście lat starszy, nie otrzymał nigdy żadnej wiadomości. Aż do dzisiaj...

Po głębszym namyśle Rigo uznał, że jednak sporo zawdzięcza Carlowi, przez którego uciekł z domu. Rozejrzał się po swoim mieszkaniu. Luksusowy penthouse, z przeszkloną ścianą, przez którą można było podziwiać panoramę Wiecznego Miasta. Mieszkał w najbardziej ekskluzywnej części miasta. Miał wiele posiadłości. Wszystko, co w życiu osiągnął: sukces, majątek, wolność - było następstwem tamtego dnia, kiedy postanowił uci

Jak już się pewnie sami domyślacie, każde z tych opowiadań jest przewidywalne i nie wymagające, jednakże to właśnie w tym tkwi ich sekret, bo tak jak już wcześniej napisałam, takie pozycje są idealne na letnie upały lub dla tych, którzy tak jak ja nie mają zbyt wiele wolnego czasu. Dodatkowo, styl każdej z autorek jest bardzo prosty i wciągający, co bardzo ułatwia, tą z pozoru już łatwą lekturę. (...) Bez zbędnego "gadania" (a raczej w tym przypadku pisania) szczerze mogę Wam polecić tę pozycję. Fani tzw. harlequinów, czy też krótszych form pisania będą bardzo zadowoleni.

Przyjemne w odbiorze, wciągające i pogodne opowiadania zostały napisane przez trzy różne autorki. Polecałabym je głównie młodzieży, starsi mogą uznać tę książkę za nieco przewidywalną i czasem zbyt nierealistyczną. Są to historie na jeden raz, ale idealne na wakacje, do włożenia w torebkę i zrelaksowania się podczas wypoczynku.

Książka ta należy zdecydowanie do tych lekkich i przyjemnych, w sam raz na błogie popołudnie czy leniuchowanie na plaży. Mimo, że historie są banalne i niczym specjalnie mnie nie zaskoczyły, to z całą pewnością uprzyjemniły mi czas. Lubię takie opowieści z happy endem, czy inaczej mówiąc, bajki dla dorosłych. Bardzo podobał mi się styl pisania autorów, bardzo lekki i obrazowy. Czytając czuje się prawie namacalnie włoski klimat, co już sama okładka, piękna i kolorowa ( i radosna) nam sygnalizuje. I ten włoski temperament, wprost kipiący z bohaterów... Polecam powieść każdemu, kto chce się zrelaksować i zapomnieć na moment o trudach dnia codziennego i każdemu kto lubi romanse połączone z powieściami obyczajowymi.

Jeśli lubisz przenosić się w miejsca, w których jeszcze nie byłeś to pozycja dla Ciebie. Zapewniam, że książka ta warta jest każdej spędzonej z nią chwili. Polecam w szczególności tym, którzy lubią powieści o miłości lub powieści obyczajowe. Tutaj znajdziecie wiele cech i sytuacji z tych dwóch gatunków literackich.

Takie książki wprowadzają w nasze życie chwilowe przeniesienie do bajkowego świata, gdzie na chwilę możemy stać się bogate, piękne i pożądane. Jeśli chcecie odetchnąć po tygodniu ciężkiej pracy i pomarzyć to ten egzemplarz doskonale się sprawdzi. Szczególnie latem, kiedy wszystko może się zdarzyć.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ