Powieść historyczna
Zimowa opowieść
KUP TERAZ

Zimowa opowieść

brak opinii
Liczba stron: 320
ISBN: 9788327614636
Premiera: 2015-11-04

Szkocja, XIX wiek

                 Jest mroźny grudzień 1837 roku. Liczna rodzina Cynsterów przyjeżdża wraz z domownikami do zasypanej śniegiem posiadłości Casphairn Manor w północnej Szkocji, aby świętować Boże Narodzenie – a gdzie zbierają się Cynsterowie, tam zawsze pojawia się miłość.

                Przy świątecznym stole spotykają się Daniel Crosbie, guwerner synów Alasdaira Cynstera, i Claire Meadows, guwernantka córki Richarda Cynstera. Ci dwoje poznali się już wcześniej i tli się między nimi uczucie.

                Jednak Claire już raz się sparzyła, jeśli chodzi o miłość, i nie wierzy w małżeństwo. Ale Daniel nie zamierza tak łatwo się poddać, bo Claire jest kobietą, z którą pragnie spędzić resztę życia. Wspierany przez swoich chlebodawców – urodzonych swatów – stara się przekonać Claire, aby oddała mu rękę i serce, uszczęśliwiając ich oboje.

                W Boże Narodzenie, gdy prószy śnieg, na kominkach  trzaska ogień, a goście całują się pod jemiołą, wszystko wydaje się możliwe… 

Stephanie Laurens

Stephanie Laurens to australijska powieściopisarka urodzona w Cejlonie. Jej książki to głównie romanse historyczne. W Polsce znana jest m.in. z powieści o rodzie Cynsterów. Ma doktorat z biochemii i wraz z mężem prowadziła badania nad rakiem. Na emeryturze poświęciła się jednak pisaniu.

Upewniwszy się, że wszystkie dzieci Cynsterów, zarówno dziewczęta, jak i chłopcy, wracają do Wielkiej Sali, zszedł po głównych schodach i ruszył za nimi.

Wkraczając do Wielkiej Sali głównym wejściem, usłyszał cienkie głosy śpiewające starą kolędę Here We Go A-Wassailing[1] – nader stosowną, gdyż właśnie wnoszono i stawiano na stołach ogromne wazy z grzanym piwem. Na końcu podwyższenia, przed pustymi w tej chwili fotelami starszyzny, zebrał się na poczekaniu chór.

Uśmiechy na twarzach zebranych mówiły, że wszyscy się radują, gdy dzieci, od najmłodszych do najstarszych – z rodu Cynsterów i rodzin miejscowych – śpiewały wysokimi głosami, pod przewodnictwem kilku należących do dorosłych barytonów, tenorów, sopranów i altów.

Sam nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu, Daniel rozejrzał się i zobaczył Ravena i Morrisa, którzy wracali od strony biblioteki. Każdy towarzyszył jednej ze starszych pań, za nimi zaś podążał McArdle. Obie damy spoglądały na chór z wyraźnym zachwytem, a przynajmniej wdowa.

Policzywszy szybko głowy dzieci, Daniel się upewnił, że wszyscy ich podopieczni już wrócili. Teraz albo śpiewali jak anioły, albo popijali małe ilości grzanego piwa i ochoczo pałaszowali babeczki.

Pod wpływem ogólnej wesołości, uśmiechając się jeszcze szerzej, ruszył w stronę Claire i Melindy, które również sączyły grzańca i jadły przypieczone na złoto ciastka. Zanim jednak do nich dotarł, stanęła przed nim pokojówka, która podsunęła mu duży drewniany kubek z piwem i talerz babeczek; biorąc od niej piwo, Daniel poczęstował się ciastkiem, podziękował rozpromienionej dziewczynie uśmiechem i półukłonem, a następnie podszedł do Claire.

Rozmowa przybrała ogólny charakter; babeczki z korzennymi bakaliami były pyszne, a grzane piwo, złote, ale pachnące przyprawami, pomogło złagodzić pozostałe jeszcze napięcie. Chociaż zapalenie świec w oknach nie sprowadziło magicznym sposobem pięciorga starszych dzieci do domu, panowało powszechne poczucie, że zrobiono wszystko, by nieobecni wrócili cali i zdrowi.

Raven i Morris przyłączyli się do grupy. Daniel razem z innymi zerkał czujnie na podopiecznych, lecz przecież była Wigilia – i gdy tylko dzieci zjadły babeczki i dopiły piwo, sennie ruszyły ku schodom.

Melinda zachichotała.

– Dziś nie trzeba ich zapędzać do łóżek.

– W istocie. – Morris się uśmiechnął. – To jedyny wieczór w roku, kiedy guwernantki i guwernerzy nie muszą namawiać podopiecznych, by udali się spać.

Wyjście dzieci Cynsterów podziałało na innych; niebawem rodziny domowników i służby, ze śpiącymi maluchami na rękach, także wymamrotały pożegnania i opuściły salę.

Podsuwając pusty kubek wciąż roześmianej służącej, Raven stłumił westchnienie.

– Ja też idę spać. To był długi dzień. – Uniósł brwi, patrząc na innych. – A wy?

Morris i Melinda kiwnęli głowami. Daniel zerknął na Claire i pochwycił jej spojrzenie.

– Zaraz przyjdziemy – odparł.

Patrząc mu w oczy, Claire potwierdziła i spojrzała na Melindę.

– Niedługo przyjdę.

Odwracając się, Melinda machnęła ręką.

– Nie spiesz się. Może i jest Wigilia, ale na wszelki wypadek zajrzę do dziewcząt, abyś ty nie musiała już tego robić. Nie martw się o nie.

– Dziękuję ci – odparła Claire.

Stojąc obok niej, Daniel patrzył, jak inni wychodzą do holu. Gdy zniknęli z pola widzenia, rozejrzał się wokół. Tłum szybko się przerzedzał. W przeciwieństwie do młodszych Cynsterów, trójka seniorów ponownie usadowiła się w fotelach i nie licząc ich oraz kilku służących, wynoszących ostatnie półmiski, wazy i kubki, on i Claire należeli do nielicznych z towarzystwa, którzy jeszcze zostali.

Panie z rodu Cynsterów zabierały szale, a panowie prostowali nogi; najwyraźniej oni także szykowali się wyjścia.

Dotykając ramienia Claire, Daniel wskazał wnękę przy centralnym kominku.

– Usiądźmy tam. Wygląda na to, że wszyscy już idą, więc będziemy mogli swobodnie porozmawiać, na osobności, choć na widoku, by się tak wyrazić. – Miał nadzieję, że dzięki temu ostatniemu poczuje się spokojniejsza.

Claire skwapliwie skinęła głową i razem ruszyli w stronę kamiennej ławy we wnęce przy kominku. Była na tyle duża, by mogli wygodnie usiąść na niej oboje, a kiedy to uczynili, zniknęli w cieniu szerokiego gzymsu, dzięki czemu miejsce to stało się jeszcze ustronniejsze.

Usłyszeli wybuch śmiechu; minęli ich książę i księżna, prowadzący innych Cynsterów w stronę głównego wyjścia, niewątpliwie zmierzając do salonu, w którym grupa ta zazwyczaj spędzała wieczory po kolacji.

Książę, idąc z księżną pod rękę, doszedł do łuku – i przystanął.

Daniel i Claire przyglądali się tej małej procesji. Książę uniósł głowę i na jego twarzy o surowych rysach z wolna pojawił się łobuzerski uśmiech.

Patrzył na wiszący w górze pęk jemioły.

W skutek niepokoju o nieobecnych uczestników wyprawy konnej i z powodu panującego podniecenia nikt jej do tej pory nie zauważył.

Książę szybko opuścił wzrok – na małżonkę, która właśnie spojrzała tam, gdzie on.

– Och! – Otworzyła szeroko ciemne oczy.

– W rzeczy samej. – Objął żonę w wąskiej talii, pochylił się i pocałował ją namiętnie.

Pozostałe pary przyglądały się temu z pobłażliwymi uśmiechami.

W końcu książę podniósł ciemną głowę, a księżna wyrwała się z jego objęć, zaczerpując tchu ze śmiechem.

– Doprawdy, Wasza Książęca Mość! – Usiłowała zmarszczyć czoło, lecz była zbyt rozbawiona.

Devil Cynster, książę St. Ives, rzucił znaczące spojrzenie bratu i kuzynom, czekając, by oni z kolei przeszli pod łukiem. Nieskruszony, uśmiechnął się szeroko; znowu podniósł wzrok, wyciągnął rękę i zerwał gałązkę z białymi owocami, po czym wetknął ją do kieszeni.

– Zostało ich jeszcze mnóstwo – powiedział i nie oglądając się, pociągnął za sobą żonę. – Chodź, moja droga. Jak zwykle to my przecieramy szlaki.

Zostało to przyjęte śmiechem i okrzykami, ale kolejne pary poszły za przykładem gospodarzy, przed przejściem do salonu całując się długo, namiętnie, lecz jednocześnie czule pod wiszącą jemiołą.

Wreszcie Claire i Daniel zostali w sali sami, z wyjątkiem trójki najstarszych z towarzystwa, którzy jednak drzemali w fotelach przy kominku.

Na lepsze warunki do rozmowy nie mogliby liczyć.

Daniel zwrócił się ku Claire, lecz zanim zdążył coś powiedzieć, położyła mu dłoń na ramieniu. Wciągnęła głęboko powietrze, spojrzała mu szybko w twarz i zaczęła przyciszonym głosem:

– Muszę panu coś wyjaśnić. – Zwilżywszy usta, ciągnęła: – Myślałam... nadal myślę... że... – Znowu zaczerpnęła powietrza i wypuściła je. – Że... nie wyszłabym... nie wyjdę powtórnie za mąż. Że nigdy nie będę tego chciała... i to niezależnie od konkurenta. Tu chodzi o mnie... o to, co czuję... czułam... po poprzednim małżeństwie, o to, co sobie obiecałam.

Przerwała, spojrzała na niego z ukosa i cofnęła rękę.

– Czułam... czuję... że przyjmując oświadczyny poważnego i uczciwego dżentelmena, jak pan, postąpiłabym nieuczciwie.

Daniel ściągnął brwi. Otworzył usta, lecz Claire opuściła wzrok i zanim cokolwiek powiedział, dodała pospiesznie:

– Gdyż nie mogłabym dać mu tego, na co by zasługiwał.

Wreszcie odpowiadając na jego spojrzenie i patrząc mu błagalnie w oczy, jakby prosiła o zrozumienie, zaczęła wyjaśniać:

– Byłoby niewłaściwe, gdybym przyjęła oświadczyny kogoś takiego, ponieważ nie mogę... – Zmarszczyła czoło, szukając odpowiednich słów. – Ponieważ nie jestem pewna... nie jestem w stanie obiecać... że byłabym dla niego prawdziwą małżonką... że zaoferowałabym mu należną miłość, wsparcie i szacunek. Nie wiem, czy w ogóle mogłabym ponownie wyjść za mąż. – Urwała. Potem, jakby nagle rozwiązał jej się język, rzekła cicho, patrząc coraz bardziej nieobecnym wzrokiem przed siebie: – Nie sądzę... Nie wierzę, że moje serce by było do tego zdolne. - Po chwili się poprawiła: – Że zrobiłabym to całym sercem.

Daniel nie wiedział, co o tym myśleć. Wszystko wskazywało na to, że pierwsze małżeństwo i śmierć męża odcisnęły na niej piętno; spodziewał się tego, nie sądził jednak, że to będzie tak brzemienne w skutki. Że cień jej męża sięgnie z grobu tak daleko i nie pozwoli jej już nikogo poślubić.

Zastanawiał się nad tym oszołomiony i zbity z tropu; zanim jednak podjął świadomą decyzję, by się odezwać, z jego ust wyszły słowa:

– Czy pani zmarły mąż by tego chciał? – Obracając się na ławie, spojrzał Claire w oczy, nie pozwalając jej opuścić wzroku. – Chciałby, aby jego wspomnienie wstrzymywało panią do końca życia? Nie pozwoliło pani zaznać już szczęścia, choćby los je pani zsyłał?

Zaskoczona, Claire zamrugała – i zapatrzyła się w dal. Przez jedną długą chwilę miała wrażenie, jakby świat wokół niej zawirował; tylko spokojne spojrzenie Daniela trzymało ją na miejscu. Przez moment szok – wywołany uświadomieniem sobie prawdy, fundamentalnym objawieniem – był tak silny, że zabrakło jej tchu. Odetchnęła z wysiłkiem. Umykając spojrzeniem w bok i wciąż dochodząc do siebie, wymamrotała:

– Nigdy tak o tym nie myślałam.

Naprawdę.

Wydawało jej się, że przysięgając sobie, iż nigdy nie weźmie nawet pod uwagę ponownego małżeństwa, będzie się chronić. Czy to możliwe, że wręcz przeciwnie, wyrządza sobie krzywdę? Odmawia sobie czegoś? Odcina się od życia i tego wszystkiego, co mogłaby mieć?

Ta nagła refleksja była tak uderzająca, że Claire na chwilę otępiała. Zupełnie otępiała. Nie mogła myśleć.

A co dopiero mówić.

Gdy tak milczała, Daniel nachylił się ku niej.

– Rozumiem, że chce pani uszanować jego pamięć, wynieść wspólne wspomnienia na piedestał i nie dopuścić, by związek z innym mężczyzną to przysłonił. To bardzo szlachetne, ale nieżyciowe. – Wziął ją za rękę i w tym geście, w jego intensywnym spojrzeniu wyczuła szczere, poważne intencje. – Rozumiem, że tak pani myśli, Claire, lecz co pani czuje?

Pragnę cię.

Te słowa ponownie zabrzmiały echem w jej głowie; miała je na końcu języka, ale była zbyt poruszona i zdezorientowana, by je wypowiedzieć. Odwzajemniając jego spojrzenie, przełknęła ślinę i odpowiedziała ledwie słyszalnym zbolałym szeptem:

– Czuję się... rozdarta. – Gdy chciał się odezwać, szybko podniosła wolną dłoń i położyła mu palec na ustach. – Nie, proszę. Trudno mi o tym rozmawiać i nie jestem pewna, czy sama wiem, czego chcę. Przez długi czas żywiłam przekonanie, czułam całym sercem, że nie potrafiłabym ponownie stanąć przed ołtarzem. Że już mnie na to nie stać... nie, niech pan nic nie mówi. To nie tak, jak pan myśli. Nie chodzi o pana... chodzi o mnie. Nie wiem, czy mam jeszcze w sobie to coś, czego trzeba, by poślubić mężczyznę. Musiałabym zaufać... a nie jestem pewna, czy jeszcze umiem.

Wiele wysiłku kosztowało ją to, by siedzieć tam i patrzeć mu w oczy, podczas gdy miała ochotę wstać i uciec.

Pragnę cię.

Jedna jej część czepiała się tego – nie chciała ustąpić i pozwolić drugiej temu zaprzeczyć, odmówić sobie i jemu, mimo że tamta była wciąż przekonana, iż to nieuniknione, że tak trzeba.

Nie ma szansy, nie ma przyszłości. Ani dla niej, ani dla nich obojga.

Ale on patrzył jej w oczy.

Poczuła, że coś w niej pęka, rozpada się, jednak nie miała siły – albo odwagi – by pojąć, czego chce tak naprawdę.

– Sama nie wiem.

Te słowa były wyrazem duchowego zamętu, bolesnej rozterki; Daniel instynktownie mocniej uścisnął jej dłoń.

– Nic nie szkodzi.

Zraniono ją. Zrozumiał to nagle z całą jasnością. Nawykł radzić sobie z rozterkami innych; może nie była uczennicą, podopieczną – ale przecież kimś... ważniejszym. Poczuwał się do opieki nad nią bardziej niż nad nimi.

Nawet jeśli jeszcze tego nie pojęła ani nie godziła się na to.

W tej samej chwili ujrzał przed sobą własną drogę.

– Nic nie szkodzi – powtórzył z jeszcze większą pewnością.

Popatrzył jej w twarz i wyczytał dostatecznie dużo z jej miny, z zachmurzonych pięknych oczu, by się zorientować, że nie pora, by wywierać na nią presję. Jeszcze na to za wcześnie.

Musiał się zastanowić, pomyśleć – a ona była zbyt rozemocjonowana; oboje potrzebowali czasu.

Rozejrzał się po prawie pustej sali, po czym spojrzał znowu na Claire i uśmiechnął się uspokajająco.

– Jest już późno. Powinniśmy pójść na górę. Melinda będzie się zastanawiać, co się z panią dzieje.

Claire przełknęła ślinę, skinęła głową i wstała; zabierając dłoń z jego uścisku, zwróciła się w stronę wyjścia. Robiąc pierwszy krok przed siebie, opancerzyła się znowu; była dawną panią  Meadows, wdową i guwernantką.

On także wstał. Ruszył z nią ku wyjściu.

Jego wzrok ściągnął ruch na skraju podwyższenia.

McArdle chrapał, ale dwie damy... Uświadomił sobie, że coś wskazują, gwałtownie machają rękami. Spojrzał w tamtą stronę – i ujrzał jemiołę.

Claire doszła tymczasem do wyjścia. Daniel wyciągnął rękę, ujął ją za łokieć i zatrzymał.

Odwróciła się, unosząc brwi.

Wtedy pochylił się i pocałował ją pod jemiołą.

Miał wrażenie, że przez całe życie czekał, by to zrobić, by poczuć, jak jej usta słabną, a potem – cóż za cudowna niespodzianka – odwzajemniają pocałunek.

Może nie pożądliwie, lecz z przekonaniem.

Na moment serce przestało mu bić, a za chwilę zaczęło walić jak młotem.

Raczej instynktownie niż świadomie podniosła rękę i musnęła palcami jego policzek, nie przerywając pocałunku.

Nie chciał, by to się skończyło, ale też bał się ją spłoszyć. Pamiętał, że nie może jej przynaglać, jeszcze nie.

Nie mógł się jednak powstrzymać i przyciągnął ją do siebie – tylko trochę. By poczuć w ramionach obietnicę, jaką ze sobą niosła.

Nie mógł oprzeć się pokusie, by przedłużyć tę chwilę, by sprowokować Claire do odpowiedzi, może bardziej instynktownej niż zamierzonej, ale mimo to odpowiedzi.

Natychmiast wyczuł, kiedy się zreflektowała i oprzytomniała – wtedy od razu się wycofał.

Podnosząc głowę, spojrzał Claire w twarz. Wciąż czuł pulsowanie krwi w skroniach, pragnienie. Spojrzał jej w oczy, po czym powiedział spokojnie:

– Będę panią zdobywał. – Była to prawda, sama prawda. – Chcę mieć panią za żonę i tak łatwo nie zrezygnuję... z pani, z nas obojga. Będę panią przekonywał.

Wyczuwając przepełniające ją napięcie, czule przesunął palcem po jej policzku.

– Chcę, by pani to wiedziała.

Claire zamrugała.

– Jeśli nie będę mogła? Jeśli powiem „nie”?

Nie opuścił wzroku; patrzył na nią jeszcze intensywniej.

– Będę prosił, aż powie pani „tak”. – Wziął jej rękę i uniósł, przesunął ustami po palcach, cały czas spoglądając w jej twarz. – Nie odejdę, Claire... nie zrezygnuję z pani.

W jego oczach było oddanie i miłość. Claire dostrzegła to i wyczuła.

Nic nie mogła powiedzieć – nic nie było do powiedzenia.

Nie w tej chwili. Nie tego wieczoru.

Powoli się cofnęła, uwolniła z jego objęć; on jej na to pozwolił, opuścił ramiona. Odwróciła się bez słowa i ruszyła po schodach.

Daniel poszedł za nią.

Helena na podwyższeniu opadła na oparcie fotela. Uśmiechała się z zadowoleniem.

– Wyśmienicie! Uda mu się!

Algaria prychnęła, lecz nic nie powiedziała.

"Zimowa opowieść" nie jest może książką, która zapadnie w mojej pamięci na długo, ale czytało ją się całkiem przyjemnie i szybko. Wzbudziła ona moje zainteresowanie pozostałymi pozycjami z cyklu i nie była całkiem złym pomysłem na początek przygody z prozą Stephanie Laurens, pomimo tego że wkraczałam w bardzo już rozbudowaną opowieść.

Miłą odmianą jest, iż romans, historia miłosna nie jest jedynym atutem książki. Największą zaletą jest klimat Szkocji, świąteczna atmosfera, egzotyczne – jak dla mnie – zwyczaje. Wszystko to sprawia, że książka może być doskonałym preludium do świątecznej atmosfery, jeśli tak jak u mnie, ze śniegiem biednie i atmosfera jest bardziej wielkanocna.
Ta książka w miły sposób mnie zaskoczyła, jest ciepłą, klimatyczną opowieścią, pełną rodzinnej atmosfery, chociaż wiadomo, że z rodziną bywa różnie, nawet w święta. Polecam. Zwłaszcza fanom Gwiazdki.

"Zimowa opowieść" jest wspaniałą i bardzo klimatyczną książką, która idealnie nadaje się na zbliżające się wielkimi krokami święta. Powieść ma w sobie wszystko, co powinna zawierać dobra książka: płynną akcję oraz momenty, które chwytają czytelnika za serce. Dlatego polecam ją, gdyż jest to idealna pozycja do czytania w Wigilijny wieczór, przy choince, pod którą jest góra prezentów, ze śniegiem za oknem i kubkiem gorącej czekolady w ręku.

"Zimowa opowieść" to książka dla nas kobiet, a w szczególności dla fanek twórczości Stephanie Laurens. Ja uwielbiam tę autorkę jak i również uwielbiam wszystkie książki o rodzinie Cynsterów, więc nie mogło stać się inaczej i musiałam przeczytać również i tę opowieść, opowiadającą o rodzącym się uczuciu dwójki pracowników. Miło było również kolejny raz zobaczyć co dzieje się u tych krezusów oraz poznać ich dorastające dzieci.
Polecam tę książkę tym, którzy lubią taką literaturę, jestem pewna, że się nie rozczarujecie.

Powiem Wam, że czytało mi się tę książkę naprawdę dobrze, opowieść ta nie jest wcale takim typowym romansem historycznym z jakimi dotychczas miałam do czynienia ponieważ wiele się tutaj dzieje i nie ma zbyt dużo na temat uczuć czy podchodów głównych bohaterów. Możemy jednak przeczytać o tym jak wyglądały przygotowania do świąt oraz same święta Bożego Narodzenia w tamtych czasach i to ogromnie mnie zaciekawiło. (...) Także kochani, jeśli macie ochotę na odwiedziny u rodziny Cynsterów gdzie czuć świąteczny klimat dawnych czasów to zapraszam ;)

To dość ciekawa opowieść świąteczna, w której romans zajmuje jednak dalsze tło. Bardziej zajmujące są rzeczywiście perypetie młodszego pokolenia Cynsterów podczas śnieżycy oraz opis szkockich bożonarodzeniowych zwyczajów. Dobrze się czyta, gdy za oknem deszczowa szaruga i pewnie jeszcze lepiej czytałoby się, gdy w tle byłaby świąteczna aura i gdybym siedziała przed ciepłym kominkiem.

Zimowa opowieść” to lekka i prosta, trzymająca się klasycznego toru wymogów romansu, opowieść doskonale wpasowująca się w ten klimat. Rodzinna, i to bardzo, atmosfera, miłość, na drodze której stają przeszkody, choinka, blask ognia w kominku, padający śnieg, przystojni mężczyźni, piękne kobiety… To powieść typowo kobieca, skrojona pod gusta czytelniczek, ale w przyjemnym, ciepłym stylu. Lekko napisana i posiadająca wszystko to, czego można by się spodziewać i czego – oczywiście – zwolennicy oczekują.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ